<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144</id><updated>2011-07-31T07:18:03.276+02:00</updated><category term='NIE WIADOMO'/><category term='MOJE WIERSZE'/><category term='WIERSZE JORDANA K. DYLEWSKIEGO'/><title type='text'>PERFORMANCE</title><subtitle type='html'>Próba wyobraźni</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>13</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-703264284426720835</id><published>2009-12-08T21:55:00.001+01:00</published><updated>2009-12-08T21:55:39.697+01:00</updated><title type='text'>CYWILIZACJA</title><content type='html'>Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spór o konstytucję&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chrześcijaństwo jest nie tylko religią, ale również pewnym typem cywilizacji. Jako religia ma walor uniwersalny, jest skierowana do wszystkich ludzi dobrej woli. Miliony odpowiedziały na wezwanie Chrystusa i Kościoła na całym świecie, nie tylko w Europie, ale i w Afryce, w Azji, w Australii czy obu Amerykach. Przyjęcie chrztu nie oznaczało jednak rezygnacji z własnej kultury. Do istoty chrześcijańskiej inkulturacji należy bowiem to, że religia przyjmowana jest przez różne ludy i narody dobrowolnie, a nie pod przymusem, a ich kultura zachowuje swoją odrębność. Stąd właśnie misjonarze prowadząc pracę w Ameryce Południowej nie starają się z Indian zrobić Europejczyków. Indianie zachowują swoje zwyczaje, o ile nie są one przeciwne wierze i moralności chrześcijańskiej; mają więc swoje tańce i śpiewy, swoją rzeźbę i sposób budowania domostw, swój rytuał życia rodzinnego, swój pogląd na świat. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest jednak kontynent, dla którego chrześcijaństwo było nie tylko religią, ale właśnie cywilizacją; objęło nie tylko wiarę i moralność, lecz również naukę i edukację, sztukę i rzemiosło. Tym kontynentem jest Europa. Najpierw częściowo pozostawała pod cywilizacyjnym wpływem Grecji, potem Rzymu. Po upadku zaś imperium rzymskiego, zdewastowana przez plemiona germańskie, zaczęła dochodzić do siebie właśnie dzięki chrześcijaństwu, które z jednej strony przechowało skarby kultury antycznej, z drugiej zaś uszlachetniło tę kulturę Objawieniem. Wymarłe lub zacofane tereny Europy zaczęły stawać na nogi dzięki Kościołowi, a zwłaszcza klasztorom. Tu znajdowały się biblioteki, tu powstały szkoły, w których miejscowych, europejskich analfabetów uczono czytać i pisać, by następnie ukazać przed nimi skarby mądrości zapisane właśnie w księgach. W klasztorach rozwijano cudowną sztukę i rzemiosło, a styl zwany gotyckim zachwyca po dziś dzień. Kościół pokazał, jak należy zakładać miasta i jakie prawa przysługują człowiekowi, rodzinie, warstwom społecznym, całym narodom i jakie prawa winny obowiązywać w stosunkach między narodami, w czasie wojny i w czasie pokoju. Jednym słowem, chrześcijaństwo stało się w Europie nie tylko powszechnie uznawaną wiarą, ale i cywilizacją. I to jest właśnie fenomen Europy. W XV w. cała Europa była chrześcijańska pod względem religijnym i cywilizacyjnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cywilizacja chrześcijańska zawierała istotne wartości charakterystyczne dla tzw. Zachodu. Był to prymat człowieka jako osoby. Pojęcie osoby zakorzenione jest w Bogu. Nawet jeśli jakiś człowiek w sumieniu Boga odrzucał, to i tak był nadal osobą i jako osobie przysługiwały mu określone prawa. Cywilizacja chrześcijańska nie była fundamentalizmem, który wykluczałby z grona osób ludzi niewierzących. Również cywilizacja ta zachowała podstawowe wartości wskazane jeszcze przez Greków: prawdę, dobro i piękno. Prawda patronowała całej kulturze, zarówno w wymiarze doczesnym pod postacią nauki, jak i nadprzyrodzonym, pod postacią religii i teologii. Dobro związane zostało z moralnością życia osobistego i społecznego, obowiązywało w stosunkach międzyludzkich, w państwie i w Kościele. Piękno natomiast w sposób szczególny przylgnęło do sztuki, która po dziś dzień budzi podziw i zachwyt. Te trzy wartości miały swe ostateczne zakorzenienie w Bogu, jako Stwórcy świata i człowieka, a zarazem Celu, do którego człowiek dąży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ideały cywilizacji chrześcijańskiej stały się tak charakterystyczne dla Zachodu, że łatwo było przy ich pomocy odróżnić Europejczyka od przedstawicieli innych kontynentów. Równocześnie jednak na terenie Europy rozpoczyna się od XV w. wewnętrzna walka o jej tożsamość, właśnie tożsamość chrześcijańską w sensie nie tylko religijnym, ale i cywilizacyjnym. Walka ta obejmuje wszystkie dziedziny kultury. Najpierw w czasie reformacji, pod płaszczykiem nadawania religii nowej formy próbowano zmienić kulturową tożsamość Europy pozbawiając ją dziedzictwa antycznego. Później, od Rewolucji Francuskiej, postanowiono Europę zupełnie zlaicyzować, pozbawić religii i zaprowadzić przymusowy ateizm. Walka o tożsamość Europy trwa więc już od sześciu wieków, balansuje między religią i cywilizacją. Próbuje się marginalizować albo religię albo cywilizację, pierwszą przez sekularyzację i ateizm, drugą przez relatywizm i liberalizm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy wobec tego dziwić może fakt, że w Preambule projektu konstytucji Unii Europejskiej brak jest odniesienia do Boga i tradycji chrześcijańskiej? Tu nie ma co się dziwić. Walka o tożsamość Europy nadal trwa. I z pewnością będzie trwała. Warto, abyśmy pamiętali, że jest to walka nie tylko o religię, ale o całą cywilizację, i to cywilizację autentycznie zachodnią, której bez chrześcijaństwa nie będzie. Bez chrześcijaństwa nie będzie Europy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-703264284426720835?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/703264284426720835/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/12/cywilizacja.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/703264284426720835'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/703264284426720835'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/12/cywilizacja.html' title='CYWILIZACJA'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-245564142149851529</id><published>2009-11-24T14:35:00.000+01:00</published><updated>2009-11-24T14:36:14.649+01:00</updated><title type='text'>BEZ KOMENTARZA</title><content type='html'>"Przez ponad 100 lat ideologiczni ekstremiści po obu stronach politycznego spektrum uczepili się dobrze nagłośnionych incydentów, by atakować rodzinę Rockefellerów za niezwykły wpływ, jak oni twierdzą, my mamy na polityczne i ekonomiczne instytucje. Niektórzy nawet wierzą, że należymy do tajnej kabały, działającej przeciwko interesom Stanów Zjednoczonych, charakteryzując moją rodzinę i mnie jako 'internacjonalistów', oraz spiskujących wraz z innymi na świecie, by zbudować bardziej zintegrowaną globalnie polityczną i ekonomiczną strukturę - jeden świat, jeśli chcecie to tak nazwać. Jeśli to jest oskarżeniem, to jestem winny i jestem z tego dumny." &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;David Rockefeller, "Wspomnienia", 2002 &lt;br /&gt;D. Rockefeller - założyciel i honorowy sekretarz Rady Ameryk [Council of the Americas], Sekretarz Stowarzyszenia Ameryk [Americas Society], założyciel Forum Ameryk [Forum of the Americas], Sekretarz honorowy Rady Spraw Zagranicznych [Council on Foreign Relations], założyciel i honorowy sekretarz Komisji Trilateralnej [Trilateral Commission]. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Jesteśmy wdzięczni wydawcom "Washington Post", "New York Times", "Time Magazine" i innym wielkim wydawnictwom, których menedżerowie uczestniczyli w naszych spotkaniach i dotrzymali swych obietnic zachowania dyskrecji przez blisko 40 lat. &lt;br /&gt;Byłoby dla nas niemożliwością zrealizowanie naszego planu budowy światowego rządu, jeśli bylibyśmy w tym czasie przedmiotem zainteresowania prasy. Dziś jednak świat jest już dużo bardziej wyrafinowany i przygotowany do organizacji rządu światowego. &lt;br /&gt;Idea ponadnarodowej suwerenności elit intelektualnych i światowych bankierów jest z całą pewnością korzystniejsza od narodowego samostanowienia, praktykowanego w minionych stuleciach." &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;David Rockefeller (z przemówienia na spotkaniu Komisji Trójstronnej w 1991 roku). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Będziemy mieli rząd światowy czy wam się to podoba czy nie; za waszą zgodą, lub poprzez zabór." &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;James Warburg, &lt;br /&gt;Rada Spraw Zagranicznych (CFR) [Council on Foreign Relations]&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-245564142149851529?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/245564142149851529/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/bez-komentarza.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/245564142149851529'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/245564142149851529'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/bez-komentarza.html' title='BEZ KOMENTARZA'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-1091373433843825880</id><published>2009-11-21T23:37:00.000+01:00</published><updated>2009-11-21T23:38:19.953+01:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-1091373433843825880?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://nasza-klasa.pl/card/25538071/301b1484fa' title=''/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/1091373433843825880/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/blog-post_21.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/1091373433843825880'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/1091373433843825880'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/blog-post_21.html' title=''/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-7588675351927794920</id><published>2009-11-21T12:34:00.001+01:00</published><updated>2009-11-21T12:34:35.976+01:00</updated><title type='text'>koterie</title><content type='html'>Światem rządzą koterie. &lt;br /&gt;Jeżeli myślimy, że jest inaczej, że jest jakaś tam demokracja, jakieś tam wolne wybory i inne duperele, to jesteśmy w błędzie. Gdyby nie było koterii, nepotyzmu, a więc układów, nie byłoby takiego rozwarstwienia w społeczeństwie, tym lokalnym jak i globalnym.&lt;br /&gt;Jest jak jest nie bez powodu, światem nie rządzi przypadek!&lt;br /&gt;Rządzą egoistyczni ludzie. Egoizm jest ich bogiem, a oni sami, od zawsze są głodni boskiej czci! &lt;br /&gt;Dlatego odkąd tylko sięgam pamięcią ciągnie mnie do outsiderów, performerów, happenerów, anarchistów, poetów, artystów wszelkiej maści, domorosłych i wiejskich filozofów i wszystkich innych sikających pod wiatr...&lt;br /&gt;W cytowanym w poprzednim wpisie Newsweeku czytamy, że 2,5 miliarda ludzi nie ma dostępu do podstawowych urządzeń sanitarnych!&lt;br /&gt;Czytamy też, że najdroższy klozet świata kosztował 3,3 miliona dolarów, wykonano go z 24-karatowego złota i ozdobiono 8200 drogimi kamieniami.&lt;br /&gt;Widzicie teraz jak zarządcy tego świata cenią własny stolec!&lt;br /&gt;Czemuż innego nie ma świata?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-7588675351927794920?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/7588675351927794920/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/koterie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/7588675351927794920'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/7588675351927794920'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/koterie.html' title='koterie'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-819819796944028902</id><published>2009-11-20T09:32:00.000+01:00</published><updated>2009-11-20T09:33:01.200+01:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-819819796944028902?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='related' href='http://www.youtube.com/watch?v=mzDhJL3LNps' title=''/><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/819819796944028902/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/blog-post.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/819819796944028902'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/819819796944028902'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/blog-post.html' title=''/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-3621289612182493854</id><published>2009-11-19T08:24:00.000+01:00</published><updated>2009-11-19T08:26:35.695+01:00</updated><title type='text'>Jesień zycia</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwTzGcdXBzI/AAAAAAAAAcU/BmP81YR2puA/s1600/18078__jesien_kopia.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 300px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwTzGcdXBzI/AAAAAAAAAcU/BmP81YR2puA/s400/18078__jesien_kopia.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5405712744795539250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-3621289612182493854?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/3621289612182493854/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/jesien-zycia.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/3621289612182493854'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/3621289612182493854'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/jesien-zycia.html' title='Jesień zycia'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwTzGcdXBzI/AAAAAAAAAcU/BmP81YR2puA/s72-c/18078__jesien_kopia.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-6826538969031892202</id><published>2009-11-18T12:22:00.001+01:00</published><updated>2009-11-18T12:22:32.068+01:00</updated><title type='text'>PROWOKACJA</title><content type='html'>BURZYCIEL ALBO PROWOKACJA&lt;br /&gt;                   &lt;br /&gt;                    (pamięci Władysława Broniewskiego i innym komuchom)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;zburzmy pałace bracia&lt;br /&gt;nie tylko te&lt;br /&gt;kultury&lt;br /&gt;i&lt;br /&gt;nie dajmy zwieść się tym &lt;br /&gt;którzy burzą mury&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;tu burzą&lt;br /&gt;a tam stawiają... nowe&lt;br /&gt;patrzcie&lt;br /&gt;poziomo - pionowe&lt;br /&gt;wy tam &lt;br /&gt;a my tu&lt;br /&gt;mury nie zasiekowe&lt;br /&gt;lecz zasiłkowe&lt;br /&gt;mury&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;po co pałac kulturze?&lt;br /&gt;wrzeszczą&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;do pałaców elita&lt;br /&gt;wspina&lt;br /&gt;się&lt;br /&gt;po murach naszych czworaków&lt;br /&gt;po krwi &lt;br /&gt;niewiniątek&lt;br /&gt;naszych&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wymyślmy hymn nowy&lt;br /&gt;bracia&lt;br /&gt;na miarę dzisiejszych czasów&lt;br /&gt;już mam nawet początek &lt;br /&gt;tak&lt;br /&gt;jakby&lt;br /&gt;z wierszy Nowaka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;na dwory pójdźmy chłopy&lt;br /&gt;boso...&lt;br /&gt;w rokokowe pałace&lt;br /&gt;z kosą...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;bo jeśli taka jest wola nieba&lt;br /&gt;zburzmy  pałace&lt;br /&gt;lecz te które &lt;br /&gt;trzeba...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-6826538969031892202?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/6826538969031892202/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/prowokacja.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/6826538969031892202'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/6826538969031892202'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/prowokacja.html' title='PROWOKACJA'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-1727359401141664323</id><published>2009-11-16T20:50:00.001+01:00</published><updated>2009-11-16T20:51:50.802+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='NIE WIADOMO'/><title type='text'>ŚWIŃSKA SPRAWA</title><content type='html'>1. Rocznie na zwykłą grypę umiera od 500 do 700 tyś ludzi ( z powikłaniami&lt;br /&gt;liczba ta dochodzi do 1 mln ) , podczas gdy na świńską grypę zmarło od&lt;br /&gt;początku roku około 6 tyś osób, czyli ok. 140 razy mniej.    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Mimo ze śmiertelność nie przekracza 0,5%, przebieg grypy jest stosunkowo&lt;br /&gt;łagodny, a liczba ofiar jest 140 razy mniejsza niż na zwykła grypę ogłoszono&lt;br /&gt;pandemie i jest to główny temat w mediach od 7 miesięcy.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. WHO ogłosiło 6-ty ( najwyższy ) stopień pandemii świńskiej grypy po&lt;br /&gt;stwierdzeniu 18 przypadków śmiertelnych.  &lt;br /&gt;Mimo tego, że co roku na zwykłą grypę umiera 1 milion ludzi, nigdy z tego&lt;br /&gt;powodu nie ogłoszono pandemii ani masowych szczepień. Ponad to tuż przed&lt;br /&gt;ogłoszeniem pandemii WHO zmieniło kryteria, które muszą być spełnione do jej&lt;br /&gt;wprowadzenia, znacznie je obniżając.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4. Większość ofiar grypy jest w krajach o niskim poziomie opieki medycznej&lt;br /&gt;lub tam gdzie dostęp do niej jest ograniczony np: USA gdzie 1/6 obywateli&lt;br /&gt;nie ma prawa do ubezpieczenia. 70% przypadków śmiertelnych to Ameryka Płn i&lt;br /&gt;Płd , a kolejne 20% to Azja - Europa to nie całe 5%. Oznacza to, ze w&lt;br /&gt;krajach gdzie opieka medyczna jest na dobrym poziomie grypa ma stosunkowo&lt;br /&gt;łagodny przebieg i nie stanowi większego zagrożenia, a u większości chorych&lt;br /&gt;nie jest nawet potrzebna hospitalizacja.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5. Na Ukrainie rocznie umiera na zwykła grypę i jej powikłania 6,5 tys&lt;br /&gt;ludzi, co daje około 20 osób dziennie, ale należy pamiętać, że 20 to średnia&lt;br /&gt;roczna, a teraz mamy sezon na grypę, kiedy to średnia jest znacznie większa&lt;br /&gt;niż w pozostałym okresie. Tymczasem od tygodnia mamy potwierdzonych 14&lt;br /&gt;przypadków śmierci z powodu świńskiej grypy, co daje około 2-óch osób&lt;br /&gt;dziennie. Warto zauważyć że wcześniej przez kilka dni media informowały o 22&lt;br /&gt;osobach. Po tygodniu pandemii liczba ta spadła o 1/3.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6. Śmiertelność na Ukrainie wynosi w najgorszym razie 0,03%, ale jest to&lt;br /&gt;tylko czysta teoria bo na dobrą sprawę nie wiadomo ilu naprawdę jest&lt;br /&gt;zarażonych nową grypą. Mimo to trwa panika, a media podsycają atmosferę.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;7. WHO podaje ze 70% wszystkich zachorowań na grypę ( UWAGA! - NA ŚWIECIE! )&lt;br /&gt;to grypa AH1N1. Oznacza to, że na Ukrainie po tygodniu epidemii powinno być&lt;br /&gt;już 630 tyś chorych na AH1N1 (900 tys zachorowań). Tymczasem chorobę&lt;br /&gt;stwierdzono u kilkudziesięciu osób.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;8. W Polsce rocznie na grypę choruje średnio ( w ciągu ostatnich 10 lat )&lt;br /&gt;około 350 tyś osób co daje około tysiąca zachorowań dziennie. Jak dotąd od&lt;br /&gt;lipca stwierdzono 200 przypadków AH1N1, co daje nam zachorowalność na grypę&lt;br /&gt;AH1N1 w stosunku do zachorowań na zwykłą grypę w tym czasie na poziomie&lt;br /&gt;0,16%. Według WHO powinno to być 70%. Trochę to odbiega od stanu&lt;br /&gt;faktycznego.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SZCZEPIONKI:  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;9. Istnieją potwierdzone informacje o niebezpiecznym składzie szczepionek (&lt;br /&gt;miedzy innymi rtęć i skwalen ), oraz ich szkodliwym działaniu na ludzi a w&lt;br /&gt;szczególności dzieci.    &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;10. Mimo ze przygotowanie szczepionki zajmuje kilka miesięcy, szczepionka na&lt;br /&gt;świńską grypę pojawiła sie już po 2 miesiącach od pojawienia sie pierwszych&lt;br /&gt;przypadków świńskiej grypy i praktycznie od razu po ogłoszenia pandemii. Nie&lt;br /&gt;ma tu również mowy o jej odpowiednich testach, które również trwają&lt;br /&gt;przynajmniej kilka miesięcy.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;11. W Szwecji na grypę AH1N1 zmarło ja dotąd 3 osoby. Natomiast po masowych&lt;br /&gt;szczepieniach prawdopodobnie 4, a kolejne 20 jest w ciężkim stanie. Następne&lt;br /&gt;700 ma poważne komplikacje. Mimo to WHO utrzymuje że nie stwierdzono&lt;br /&gt;przypadku śmiertelnego po podaniu szczepionki, a te są bezpieczne.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;12. W ciągu 2-4 miesięcy, mimo jakichkolwiek podstaw do paniki wiele krajów&lt;br /&gt;zapowiedziało  masowe szczepienia oraz zamówiło miliony nie sprawdzonych&lt;br /&gt;szczepionek.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;13. Firmy farmaceutyczne produkujące szczepionki są oficjalnie zwalniane z&lt;br /&gt;odpowiedzialności za ich ewentualne niewłaściwe działanie w tym wysoką&lt;br /&gt;śmiertelność spowodowaną ich użyciem.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;14. Firmy farmaceutyczne wymuszają na rządach krajów z którymi podpisują&lt;br /&gt;umowy utajnianie przed opinią publiczną, skutków ubocznych szczepionek oraz&lt;br /&gt;ich składu, co samo w sobie jest skandalem.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;15. W wielu krajach, w tym Niemczech i Francji wybuchły skandale po tym jak&lt;br /&gt;sie okazało ze władze oraz wojsko miały otrzymać szczepionki o innym&lt;br /&gt;składzie niż zwykli obywatele. Szczepionki dla elit i służb porządkowych nie&lt;br /&gt;zawierały miedzy innymi rtęci i skwalenu oraz innych substancji które budzą&lt;br /&gt;największe obawy.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;16. W większości krajów, lekarze i środowiska medyczne odmawiają szczepienia&lt;br /&gt;się przeciwko grypie AH1N1. W Polsce tylko 5 % lekarzy deklaruje, że sie&lt;br /&gt;zaszczepi, a ponad połowa kategorycznie stwierdza ze tego nie zrobi. Mimo to&lt;br /&gt;trwa wielka kampania nakłaniająca społeczeństwa poszczególnych krajów do&lt;br /&gt;szczepień. Uczestniczą w niej między innymi ONZ, WHO oraz Komisja&lt;br /&gt;Europejska, a także rządy poszczególnych krajów.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;17. Wielu członków Rady Doradczej przy WHO ma powiązania z firmami&lt;br /&gt;farmaceutycznymi, natomiast Europejska Agencja Medyczna, która podjęła&lt;br /&gt;decyzje o zatwierdzeniu szczepionek przeciwko AH1N1 w Europie jest w 2/3&lt;br /&gt;finansowana przez te firmy.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co więcej, jedna z głównych instytucji lobbystycznych, będąca również&lt;br /&gt;doradcą WHO, na 3 miesiące przed pojawieniem się grypy w meksyku,&lt;br /&gt;zorganizowała sympozjum pod hasłem walki z pandemią. W śród sponsorów tej&lt;br /&gt;grupy są wszyscy trzej producenci szczepionek przeciwko grypie AH1N1.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;18. Firma Baxter - jeden z głównych producentów szczepionek złożyła wniosek&lt;br /&gt;o opatentowanie szczepionki przeciwko AH1N1 w sierpniu 2008 czyli na pól&lt;br /&gt;roku przed epidemią tej grypy w marcu tego roku w Meksyku.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;19. W lutym firma Baxter wysłała do Czech szczepionki na grypę sezonową.&lt;br /&gt;Ponieważ wydarzył się wypadek, zostały one poddane badaniom w czeskich&lt;br /&gt;laboratoriach. Wszystkie zwierzęta laboratoryjne którym je podano zdechły.&lt;br /&gt;Jak się okazało szczepionka zawierała wirus AH5N1 ( znacznie bardziej&lt;br /&gt;niebezpieczny od AH1N1 - śmiertelność na poziomie 60% ). Gdyby nie wypadek&lt;br /&gt;wirus został by zaaplikowany w Czechach jako zwykła szczepionka.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;20. Wszystkich tych informacji nie usłyszysz w polskich mediach. Czy to&lt;br /&gt;normalne?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-1727359401141664323?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/1727359401141664323/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/swinska-sprawa.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/1727359401141664323'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/1727359401141664323'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/11/swinska-sprawa.html' title='ŚWIŃSKA SPRAWA'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-8773339559770302470</id><published>2009-03-14T14:05:00.002+01:00</published><updated>2009-03-14T14:06:50.121+01:00</updated><title type='text'>RZECZPOSPOLITA ABSURDALNA</title><content type='html'>Pan Józef Baran, moim zdaniem najbardziej znany krakowski poeta, cyklicznie, ( w soboty), na łamach &lt;em&gt;Dziennika Polskiego&lt;/em&gt;, prowadzi swoje Wierszowisko, promując mniej znanych, lub w ogóle nieznanych poetów. &lt;br /&gt;Z wielu wierszy, które kilkanaście lat temu wysłałem do Wierszowiska, Pan Józef wybrał Modlitwę. &lt;br /&gt;Dziś, świeżo po lekturze pierwszej strony gazety zacznę modlić się na serio, i to gorliwie, ogłoszę może święty post w intencji naszej Ojczyzny- Rzeczpospolitej Absurdalnej.&lt;br /&gt;A oto cytat z pierwszej strony gazety:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;20 marca rozpocznie się proces 84-letniej pani Marii obwinionej o kradzież kostki masła. Wartość szkody-4,74 zł.&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To chyba jakiś żart?! Pomyślałem sobie. Nie! Nie! To się nie może dziać! Może to tylko jakaś dziennikarska prowokacja!&lt;br /&gt;Niestety to prawda. Brutalna rzeczywistość Rzeczpospolitej Absurdalnej.&lt;br /&gt;W państwie gdzie miliardowe machlojki uchodzą różnej maści partyjnym cwaniaczkom na sucho, lub co najwyżej idą w przedawnienie, sądzić się będzie 84-letną babcię za „kradzież” kostki masła. Kobieta ta, poza tym, cierpi na amnezję, a przez ponad dwie godziny od zatrzymania w sklepie nie mogła przypomnieć sobie jak się nazywa.&lt;br /&gt;Ale zanim sprawa znalazła się w sądzie i na łamach gazet, najpierw musiał pojawić się łańcuszek ludzi dobrej woli, od ochrony sklepu, do policji aż po sąd.&lt;br /&gt;Proszę zauważyć, że nie było w tym całym procesie (kłania się Franz Kafka), ani jednej rozsądnej osoby, która przerwałaby w odpowiednim miejscu ten groteskowy koszmar.&lt;br /&gt;Ale tak niestety funkcjonują bezmyślne trybiki systemu tego kraju.&lt;br /&gt;Prawo w Polsce Absurdalnej nie tylko egzekwowane jest wbrew logice a przede wszystkim wbrew zdrowemu rozsądkowi.&lt;br /&gt;Panowie urzędnicy powinniście się wstydzić i do...kąta!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-8773339559770302470?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/8773339559770302470/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/03/rzeczpospolita-absurdalna.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/8773339559770302470'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/8773339559770302470'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/03/rzeczpospolita-absurdalna.html' title='RZECZPOSPOLITA ABSURDALNA'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-2295480498011548998</id><published>2009-03-12T12:38:00.000+01:00</published><updated>2009-03-12T12:42:08.970+01:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>Autor: Mirosław G. Majewski&lt;br /&gt;Tytuł: Perfomance&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;OBRAZ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Co to?&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- To. O! - Wskazał na obraz.&lt;br /&gt;- Ach, to! Wiosna.&lt;br /&gt;- Ja mówię o tym obrazie.&lt;br /&gt;- Ja również. Wiosna. Tak się nazywa.&lt;br /&gt;- Kto go namalował?&lt;br /&gt;- A na kogo byś postawił?&lt;br /&gt;- Dali?&lt;br /&gt;- Ciepło...&lt;br /&gt;- Miro nie?&lt;br /&gt;- Nie. Stanowczo nie.&lt;br /&gt;- A więc kto?&lt;br /&gt;- Poddajesz się? - Stanęła za nim oddychając mu w kark.&lt;br /&gt;On mruknął coś pod nosem.&lt;br /&gt;- Słucham...&lt;br /&gt;- Nie Miro...Nie?&lt;br /&gt;- Nic nie słyszę!&lt;br /&gt;- Dobrze. Poddaję się.&lt;br /&gt;- To Paul Delvaux.&lt;br /&gt;- Wiedziałem.&lt;br /&gt;- Nie wiedziałeś!&lt;br /&gt;- Wiedziałbym. W innej wersji.&lt;br /&gt;- W czym?&lt;br /&gt;- Ach! W niczym. I tak tego nie zrozumiesz.&lt;br /&gt;- Zawsze chcesz być górą, co?&lt;br /&gt;Odwrócił się gwałtownie i objął ją. Jej usta były już tak blisko jego. Zawahał się.&lt;br /&gt;- Makary. Proszę... - Delikatnie wyswobodziła się z jego objęć.&lt;br /&gt;Stał jeszcze przez chwilę. Czuł się teraz jakoś niezręcznie.&lt;br /&gt;Usiadła.&lt;br /&gt;- A ty jakbyś go nazwał?&lt;br /&gt;- Ja?&lt;br /&gt;- Ty.&lt;br /&gt;- Ja...Ja bym go nazwał...Pociąg do kobiet.&lt;br /&gt;Pokiwała głową. To było nawet rozsądne.&lt;br /&gt;- Wiosna... - Wygiął usta . -  Wiosna stanowczo mi nie pasuje.&lt;br /&gt;- I co jeszcze? - Chciała wydobyć z niego maksimum wrażeń.&lt;br /&gt;- Co jeszcze? - Przysunął krzesło do jej krzesła. - Ktoś na nas patrzy...To jeszcze!&lt;br /&gt;Dziwne. Pomyślała. Miała to samo odczucie.&lt;br /&gt;- Kto?&lt;br /&gt;- Nie wiem.&lt;br /&gt;Spojrzeli sobie w oczy.&lt;br /&gt;- Skąd patrzy? - Dociekała.&lt;br /&gt;Makary wycelował wskazujący palec w obraz.&lt;br /&gt;- Z wagoniku... - Powiedział to ciszej niż zamierzał. Głos uwiązł mu w krtani. Odchrząknął. - Z przedziału.&lt;br /&gt;Z przedziału? Dlaczego niczemu już się nie dziwi?&lt;br /&gt;- Są takie chwile w życiu, kiedy całkowicie ulegam ich magii. - Odkryła. - A ty, miewasz takie chwile?&lt;br /&gt;- Myślę, że moje życie składa się z takich chwil... - Sięgnął po filiżankę. Upił kilka łyków. Wiosna...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest późno. Ale na drugim piętrze starej kamienicy przy ulicy Kierkiegaarda 7 pali się jeszcze światło. &lt;br /&gt;Kobieta w przeciwdeszczowej pelerynie zadziera do góry głowę. W oknie na chwilę ukazuję się postać mężczyzny. &lt;br /&gt;- O, pan Hanuszkiewicz też dzisiaj nie może zasnąć! - Tłumaczy swojej zmokniętej suczce, z którą wybrała się na nocny spacer. Piesek odpowiada skomleniem. - Już, już idziemy Sonieczko...Jakaś ty mądra, jakaś mądra.&lt;br /&gt;Kiedy kobieta wraz ze swoim psem znika w bramie kamienicy, światło na drugim piętrze gaśnie. Przenikliwą ciszę jesiennej nocy przerywa charakterystyczny dźwięk przekręcanego zamka. Po chwili słychać nerwowe, przyśpieszone kroki po schodach.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór sąsiedzie. - Kobieta uwalnia psa z uwięzi, i z doskonale maskowanym zainteresowaniem przygląda się mężczyźnie.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór pani Wando.&lt;br /&gt;- Na spacerek? - Jej szeroki uśmiech reklamuje kunszt stomatologiczno-jubilerski - Bezsenność też panu dokucza? Co?&lt;br /&gt;- Szkoda słów... - Macha ręką. Nie lubi tej wścibskiej baby.&lt;br /&gt;I już go nie ma. Kobieta z politowaniem kiwa głową. &lt;br /&gt;- Same kłopoty z tym jego siostrzeńcem - wypowiada te słowa trochę do siebie, trochę do psa. - Takie nieszczęście, takie nieszczęście...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PERON&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najpierw zobaczył puchacza. Potem zegar...Puchacz - zegar...Puchacz? Co on tutaj robi? Pytanie zawisło pomiędzy dwoma istnieniami, ptaka i człowieka...&lt;br /&gt;O tej porze na stacji metra nic się nie dzieje, lub dzieje się wszystko...Ptak przygląda się człowiekowi bez zbytniego zainteresowania, przymyka, co chwila oczy...Nieruchomy... Jakby wyrzeźbiony z szarego marmuru! Dostojny...&lt;br /&gt;Z lewej, jak i z prawej strony wyziera czeluść tunelu, tory giną w gęstym mroku. Tak, to bez wątpienia stacja metra. Jej magię można kroić nożem. &lt;br /&gt;Człowiek zgubił sens istnienia. Ptak nie ma takich dylematów, zamyka oczy. Śpi? Nie...Jego pióra porusza delikatny powiew. Puchacz jest czujny, ufa swojemu instynktowi. Gdzieś z głębin tunelu dochodzi głuchy, metaliczny odgłos. Teraz i człowiek wyczuwa ruch powietrza na swojej twarzy.&lt;br /&gt;Kamery metra rejestruje zdarzenie. Zaspany dyspozytor nie jest wstanie kontrolować wszystkich monitorów. Nawet nie zauważa postaci mężczyzny, który zbiega po ruchomych schodach. Jest pierwsza w nocy. O tej porze nie kursują już pasażerskie pociągi a jedynie służbowe składy.&lt;br /&gt;Metaliczny hałas nabiera impetu, wchodzi w kulminacyjną fazę! Puchacz zrywa się ze swojego miejsca i przelatuję tuż nad głową człowieka zbliżającego się do krawędzi peronu.&lt;br /&gt;Śmierć rozwiera swoją paszczę! Człowiek przestał ufać instynktowi. A intelekt go zawiódł! Cóż, każda śmierć jest pewna. Pociąg nie zwalnia na tej stacji, pędzi jak oszalały! Maszynista nie zwraca na nic uwagi. Zajada się hot dogiem, a po jego brodzie krwistą czerwienią ścieka ketchup.&lt;br /&gt;Jeszcze tylko krok, pół kroku i...&lt;br /&gt;Biegnący mężczyzna zdążył w ostatniej chwili, bezlitośnie pociąga tego pierwszego do tyłu i już po wszystkim! Pociąg znika po drugiej stronie, ustępując na powrót miejsca ciszy. Zniknął tak szybko jak się pojawił.&lt;br /&gt;Mężczyźni odprowadzają wzrokiem turlającą się plastikową butelkę po coca coli, która po chwili znika z pola ich widzenia spadając na tory.&lt;br /&gt;Puchacz powraca na swoje miejsce.&lt;br /&gt;Mężczyźni siedzą na ławce.&lt;br /&gt;Starszy dyszy, co chwila przykładając dłoń do swojej klatki piersiowej. Młodszy patrzy nie widzącymi oczami przed siebie. Nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co zaszło. Cisza otula ich obu.&lt;br /&gt;Starszy mężczyzna wstaje. Wzdycha. Jest już spokojny. Ściąga swój znoszony, flauszowy płaszcz, wiesza go na oparciu ławki i rozprostowując parę śnieżnobiałych skrzydeł, trzepoczę nimi kilka razy, po czym zwija je, sięga po płaszcz i zakłada na siebie.&lt;br /&gt;Młodszy nadal jest nieobecny.&lt;br /&gt;- To be or not to be? - Słyszy w sobie obcojęzyczną frazę. I bynajmniej nie oczekuje odpowiedzi.&lt;br /&gt;Dopiero teraz zauważa starszego mężczyznę. Poznaje go. To Adam Hanuszkiewicz. Tylko, kim jest Adam Hanuszkiewicz. &lt;br /&gt;- Przechodziłem właśnie... - Starszy mężczyzna zatacza łuk ręką. A jego słowa na chwilę zawisły w przestrzeni.&lt;br /&gt;- Mam na imię Makary... - Odkrywa młodszy. - MAKARY...&lt;br /&gt;- Tak! - Starszy kładzie mu dłoń na barku. - Masz na imię Makary.&lt;br /&gt;To była dobra wiadomość.&lt;br /&gt;Dobry punkt odniesienia.&lt;br /&gt;- Ale kim jest Makary? - Spytał młodszy. Zaniepokoiło go to pytanie. Kim jest Makary? To tylko logo na produkcie. Nic więcej. Makary... Więc zapomina o wszystkim, a uruchomiony raz mechanizm utraty pamięci działa bezbłędnie.&lt;br /&gt;Adam Hanuszkiewicz nie miał zamiaru odpowiadać na to pytanie. Zbliżył się do krawędzi peronu, wyciągnął swoją dłoń i z nieukrywaną satysfakcją obserwował jak butelka po coca coli odrywa się od ziemi, aby znaleźć się w jego ręku. Starszy mężczyzna był bardzo zorganizowanym facetem. Wszystko musiało być na swoim miejscu. Nawet on sam. Z butelką podszedł do kosza na śmiecie, przez chwilę zastanawiał się nad czymś, po czym wrzucił butelkę tam gdzie było jej miejsce.&lt;br /&gt;- Tak . - Mruknął pod nosem. - Makary... -  Po czym zrobił szybki zwrot i prawie krzyknął do obróconego plecami młodszego mężczyzny. -  Ostatni raz ratowałem ci dupę! Zapamiętaj to sobie!&lt;br /&gt;Makary nie zareagował. Miał uczucie deja vu, ale nie miało ono bezpośredniego związku z wypowiedzią pana Hanuszkiewicza.&lt;br /&gt;Puchacz obserwując obydwu mężczyzn wtrącił nawet swoje trzy pohukiwania, ale został przez nich zupełnie zignorowany. Szkoda tylko, że te sympatyczne ptaszysko nie zdawało sobie sprawy ze swojej roli kontrapunktu dla tej całej enigmatycznej sytuacji.&lt;br /&gt;Tymczasem starszy mężczyzna nieco już rozładowany swoją ostrą wypowiedzią, stanął za siedzącym w zupełnym bezruchu Makarym i kładąc jednocześnie obie ręce na jego barkach rzekł.&lt;br /&gt;- Wstawaj, idziemy na wódkę!&lt;br /&gt;Wódka?! Makary zmarszczył czoło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DREZYNA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robotnik ze zmierzwioną grzywką. Pewny swojego posłannictwa. Spracowane dłonie zaciska na kole steru. Jasno patrzy w przyszłość. &lt;br /&gt;Jasno patrzy w przyszłość...&lt;br /&gt;W przyszłość?&lt;br /&gt;Nad jego głową gzyms. Na gzymsie przycupnęło kilkadziesiąt gołębi...Setki...?&lt;br /&gt;Poruszają swoimi małymi główkami. Góra-dół-góra-dół...Ich charakterystyczne gruchanie wypełnia całą przestrzeń.&lt;br /&gt;Robotnika wycięto z podłej jakości blachy, osadzono na zawiasie, aby obracał się dookoła własnej osi, wskazując kierunek historycznych zawieruch. Obok niego, na nagim, ceglanym murze, ktoś niezdarnie białą, olejną farbą umieścił napis: &lt;br /&gt;REUSTARACJA PROLETARYAT.&lt;br /&gt;Makary widzi ten obraz...&lt;br /&gt;Wódka?&lt;br /&gt;- Wstawaj, idziemy na wódkę! - Słyszy, a na barkach czuje dłonie starszego mężczyzny.&lt;br /&gt;Ciężko powstaje z ławki, tak jakby ważył tonę. Teraz słyszy furkot gołębich skrzydeł, które zrywają się z gzymsu i giną w przestworzach. Robotnik jak oszalały obraca się niczym wiatrak. Wiruje coraz bardziej, coraz bardziej, aż do zawrotu głowy. Makary traci siły. Siada. Siedzi...Nie, to nie gołębie. Na peron wjeżdża drezyna. Makary otwiera usta. Puchacz oczy. Co to? Drezyna skonstruowana jest na bazie samochodu marki Warszawa, pomalowana na niebiesko z charakterystycznymi, białymi literami na obydwu bokach:  - MO.&lt;br /&gt; - No! Wstawaj. -  Adam Hanuszkiewicz wali go w plecy.&lt;br /&gt;MO? Czyżby trauma? MO! Makary jest podenerwowany, ale posłuszny. Delikatnie popychany przez starszego mężczyznę, zbliża się do drezyny.&lt;br /&gt;Funkcjonariusz z literkami V na pagonach jest uśmiechnięty. Wierzy w swoją firmę, której jest oddany niczym pies. Pies służy swoim panom i szczeka na obcych. Boi się tego, czego nie zna. Taka właśnie jest rola psa. To dobry funkcjonariusz, wskoczył nawet na peron, aby pierwszy przywitać się z Makarym. Pan Hanuszkiewicz otwiera tylne drzwi drezyny, Makary schyla się i po chwili siedzi już wewnątrz.&lt;br /&gt;- Gdzie mnie zabieracie? - Pyta.&lt;br /&gt;Funkcjonariusz odpowiada, nie rezygnując ze swojego uśmiechu. Tak jakby ten uśmiech był przypisany do jego funkcji. Cóż z tego, skoro Makary widzi jedynie ruch jego warg. Słowa gubią się gdzieś po drodze. Ale łapie się na tym, że to mu wystarcza. Sam fakt, że funkcjonariusz nie ignoruje jego pytania. Tak, to dobry funkcjonariusz, jeden z tych, których wycinają z socrealistycznych plakatów z lat pięćdziesiątych XX wieku.&lt;br /&gt;Drezyna rusza...Jadą...&lt;br /&gt;Na chwilę giną w ciemnej gardzieli tunelu...&lt;br /&gt;To dziwna stacja. Słabo oświetlona. Wręcz mroczna. Żegnają się tak jak bracia, serdecznie, z mocnym uściskiem obydwu rąk. Funkcjonariusz siadł już za kierownicę. Rusza...Pojechał. Zostali sami na tej dziwnej, jakby niedokończonej stacji.&lt;br /&gt;Gdzieś z głębin błyska snop iskier, rozświetlając na chwilę mrok. Potem znów. W pojawiającej się łunie widać pochyloną postać spawacza i kawał porządnej metalowej konstrukcji.&lt;br /&gt;- Co on robi? - Pyta Makary.&lt;br /&gt;- Konstruuje nowy porządek świata. - Słyszy odpowiedź.&lt;br /&gt;Makary łapie Adama Hanuszkiewicza za kołnierz płaszcza.&lt;br /&gt;- Dlaczego ja niczego nie pamiętam.&lt;br /&gt;Starszy mężczyzna delikatnie uwalnia się z uchwytu Makarego.&lt;br /&gt;- Ponieważ o wszystkim zapomniałeś. Tak było dla ciebie wygodniej. Tracić pamięć i odzyskiwać. Tracić i odzyskiwać...&lt;br /&gt;- A kim ty jesteś dla mnie?&lt;br /&gt;- Tym, kim chcesz, w tym przypadku Aniołem Adama Hanuszkiewicza.&lt;br /&gt;- Adama Hanuszkiewicza...Czy to ktoś, kto mi imponował? -  Makary opuścił wzrok penetrując czubki swoich znoszonych kamaszy. &lt;br /&gt;-Tak właśnie...Chodź, będziemy mieć jeszcze dużo czasu na rozmowy. - Anioł objął go ramieniem i ruszyli przed siebie, za sobą zostawiając spawacza, aby od czasu do czasu rozświetlał mroki na budowie nowego porządku świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PRZESŁUCHANIE&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszędobylska szarość i nijakość. Tragiczna bezbarwność! Mdłe światło słabych żarówek na chwile rozświetla kontury prześlizgujących się demonów przeszłości.&lt;br /&gt;Stalowe drzwi z łuszczącą się farbą. Makary nawet nie ogląda się za siebie. Nie szuka wsparcia w Adamie Hanuszkiewiczu. Zapomniał o nim. Tak po prostu. Jakby nigdy go nie było. Stoi przed tymi masywnymi drzwiami jakby na kogoś czekał. Jakby bał się je otworzyć.&lt;br /&gt;Ale one otwierają się same, powoli, ale same. Niesmarowane od wieków zawiasy nucą złowrogie tony. Jeszcze chwila, moment i Makary znajduję się w gęstym od kurzu snopie światła.&lt;br /&gt;- Wejść! - Słyszy nie znający sprzeciwu głos.&lt;br /&gt;Idzie. Wprost w snop światła. Nie widzi postaci kryjącej się za oślepiającą go lampą. Jego wzrok przykuwają frędzle odwiecznej pajęczyny zwisającej z każdego kąta tego pomieszczenia.&lt;br /&gt;Krzesło. Surowe, drewniane krzesło z plamą po wysiedzeniu przez dziesiątki przesłuchiwanych ludzi. Wydaje mu się, że widzi ślady po zastygłej krwi. Ciemno-brunatne plamy...&lt;br /&gt;- Siadaj ! - I znów ten głos nie znający sprzeciwu.&lt;br /&gt;Boi się. Strach żelazną dłonią ściska go za gardło.&lt;br /&gt;Siada...&lt;br /&gt;Ale odnajduję w sobie jakiś bunt. Niezgodę na taki stan rzeczy. Miota się sam w sobie, ale tylko po to, aby poddać się biegowi wydarzeń. Uścisk na gardle ustaje, strach odchodzi zaskoczony jego metamorfozą. Postać po drugiej stronie światła przekręca lampę i Makary po chwili rozpoznaje uśmiech funkcjonariusza z drezyny.&lt;br /&gt;- To pan?&lt;br /&gt;- To ja zadaję pytania!&lt;br /&gt;- Ale mi chodzi o tę drezynę...&lt;br /&gt;- Cisza do kurwy nędzy! - Funkcjonariusz wali pięścią w biuro. Strzępy pajęczyny odrywają się od sufitu i zalegają grubą warstwą na podłodze.&lt;br /&gt;Już nie jest taki grzeczny jak wcześniej. Ktoś skradł mu jego przyjazny uśmiech. Tak, to niepowetowana strata. Dlatego teraz jest zły, groźny.&lt;br /&gt;Makary zupełnie bez powodu wybucha histerycznym śmiechem, takim, który nie ma prawnych, a tym bardziej psychologicznych podstaw, i którego nie można zatrzymać.&lt;br /&gt;Zna tego milicjanta, to pan Kurzawa. Przypomniał sobie to lato, tę jabłoń, w której cieniu pan Kurzawa parkował swój służbowy motocykl marki SHL.&lt;br /&gt;- Proszę pana, ja tylko chciałem usiąść...&lt;br /&gt;- Milczeć! - Tym razem bez uderzenia w biurko, chociaż następna porcja pajęczyn szykowała się do upadku.&lt;br /&gt;- Ale motor się przewrócił! Przygniótł mnie. Ledwo się spod niego wydostałem, kiedy zobaczyłem pana w oknie pokoju. Uciekłem do domu!&lt;br /&gt;Nagle w pokoju zrobiło się jakby jaśniej, bardziej pastelowo.&lt;br /&gt;- Makary ty sukinsynu, ile ja strachu się przez ciebie najadłem. Myślałem, że sobie nogę złamałeś.&lt;br /&gt;- Uciekłem do domu i schowałem się pod łóżko w sypialni.&lt;br /&gt;- Zestarzałeś się chłopcze. - Kurzawa skierował światło lampy w Makarego.- Ile ty już masz mimicznych zmarszczek? Czy to, aby ty, mój chłopcze?&lt;br /&gt;- Nie wiem. Nie wiem czy ja, to ten sam chłopiec przygnieciony przez motor. Nie wiem.&lt;br /&gt;- No, dobrze już. Ja nie o tym...Nie w tej sprawie...Zresztą, uśmiałem się z twoim ojcem jak powiedział mi, że schowałeś się pod łóżkiem. Twój ojciec był moim serdecznym przyjacielem chłopcze.&lt;br /&gt;- Był?&lt;br /&gt;- Dowiedziałem się... - Zawiesił głos  - że szukasz drogi do Proletaryatu.&lt;br /&gt;- Nie, skądże, to tylko nazwa knajpy.&lt;br /&gt;- To nie tylko nazwa synu. To coś o wiele więcej.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Być może twoje ukryte pragnienia, które, jak chce Zygmunt Freud, zamiatasz pod dywan, żeby nikt się o tym nie dowiedział. - Mówiąc to wyprostował się nad biurkiem, a Makary mógł znowu zobaczyć jego uśmiech.&lt;br /&gt;- Ja jestem zagorzałym antykomunistą! - Stanowczo zaoponował Makary.&lt;br /&gt;- Nie rozśmieszaj mnie...Bo mam zajada... - Zakpił. Makary wiedział, że odwdzięczy się Kurzawie tym samym.&lt;br /&gt;Drzwi za plecami Makarego otworzyły się, a w ich świetle pojawiła się postać pana Hanuszkiewicza.&lt;br /&gt;- A co ty tu robisz do licha? - Spytał.&lt;br /&gt;Makary zerwał się z krzesła i wskazał ręką pana Kurzawę... Ale, ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, nikogo nie zauważył. Nie było tam ani Kurzawy, ani biurka, ani tym bardziej lampki. W ostatniej chwili zauważył jedynie małego demona przeszłości, przemykającego chyłkiem pod ścianą.&lt;br /&gt;- No i na co się tak gapisz?&lt;br /&gt;Makary schylił się, odsunął nogę...Na pożółkłej kartce papieru odbił się czubek jego buta. Podniósł kartkę i przysunął do twarzy.&lt;br /&gt;- To chyba jakiś wiersz... - Zauważył słusznie.&lt;br /&gt;- Nie jakiś, tylko twój. A czy wiersz...? Chodź, przeczytasz sobie po drodze - Zdecydował całkiem rozsądnie pan Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;-Tak...Chodźmy, Proletaryat czeka.&lt;br /&gt;Puchacz zamrugał oczami i przez chwilę odprowadzał ich swym mądrym wzrokiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DROGA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Makary nie wiedział czy to księżyc, czy raczej blask jupiterów oświetlających plac budowy. Równie dobrze mógłby to być plan filmowy, albo jakaś teatralna scenografia. Krzątający się w mrówczym pędzie ludzie, nie zwracali na nich uwagi. Jakby ich nie było. Robotnicy w czerwonych kaskach na głowach toczyli metalowe beczki. Kilku spawaczy próbowało zamknąć w bryłę monstrualną konstrukcję. Grupa prawie nagich kobiet spacerowała po ulicy, czasem siadając na pozostawionych tam bez sensu szezlongach. Zapraszały przechodniów do somnambulicznych doznań.&lt;br /&gt;- Nie patrz na te nimfy. - Pan Hanuszkiewicz zakrył swoją dłonią oczy Makaremu. Czyżby wiedział, co w tym czasie dzieje się z Makarym. A działy się dziwne rzeczy. Makary miał wrażenie, że jego mózg osuwa się przez gardło, płuca, żołądek, aby zagnieździć się w okolicach jąder. Teraz myślał tylko o jednym. Pożądał tych kobiet bardziej niż czegokolwiek. A one wiedziały o tym, uśmiechały się i przyjmowały coraz bardziej zachęcające pozy.&lt;br /&gt;- Już wiem, kim jestem. - Odkrył Makary, pokornie godząc się na dłoń pana Hanuszkiewicza na swoich oczach. Zasłona wszak nie była szczelna. A przerwy pomiędzy palcami jedynie potęgowały pożądliwość.&lt;br /&gt;- A więc kim jesteś? -  Spytał Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;- Prymitywnym samcem. Jestem prymitywnym samcem, zaprojektowanym do podtrzymania gatunku. Oto, kim kurwa jestem! -  Mówiąc to strząsł z siebie dłoń starszego mężczyzny. -  Ale mam to w dupie! – Spojrzał w górę i krzyknął. - Nie myśl sobie, że będę rozpłodowym byczkiem! Jestem poetą! Jestem artystą. -  Podniósł w górę przydeptaną kartkę i krzyczał dalej. -  Jestem twórcą tak samo jak ty! Kurwa, tak samo jak ty...&lt;br /&gt;- Makary...Chłopie! Co z tobą? Spokojnie...Spokojnie...Bez patosu...O...Już dobrze...Chodź, napijemy się! - Ton jego głosu wskazywał, że naprawdę, przednie się bawi.&lt;br /&gt;Tymczasem Makary złożył starannie kartkę na cztery i wsunął do tylnich kieszeni spodni. Następnie zerknął nieco spod łba na Hanuszkiewicza.&lt;br /&gt;- Wygłupiłem się, co?&lt;br /&gt;Starszy mężczyzna uniósł brwi.&lt;br /&gt;- Co? - Nalegał młodszy.&lt;br /&gt;- A jeżeli nawet, to co? Masz do tego święte prawo...Człowiek to nie drezyna, która jeździ tylko wyznaczonym torem...&lt;br /&gt;I mimo że odpowiedź była nieco wykrętna, Makary uspokoił się na tyle, że nawet nie obejrzał się wstecz, aby po raz ostatni spojrzeć na te cudowne kobiety, wyzwalające w nim, najdziksze, ale jakże słodkie pragnienia. Szli teraz w milczeniu, klucząc w gąszczu składowanych bez ładu olbrzymich rur, zdezelowanych maszyn i urządzeń budowlanych, porosłych mchem żużlowych pustaków, czerwonych i białych cegieł, skamieniałych worków z cementem. Od czasu do czasu spotykali ludzi, którzy coś przenosili, układali, inwentaryzowali. A wszystko to odbywało się w niepokojących półcieniach, hipnotyzującym szumie niewidocznych maszyn lub olbrzymich wentylatorów wtłaczających powietrze w ten podziemny świat metra. &lt;br /&gt;Starszy mężczyzna milczał i te milczenie udzieliło się Makaremu. Ten ostatni zaufał mu bez reszty. Zresztą nie widział żadnego powodu, aby mu nie ufać. Jak można nie ufać komuś, kto wyrwał cię z paszczy śmierci. Makary zdał sobie sprawę z tego, że jego życie, o którym wie tak niewiele, od tamtej chwili, tak naprawdę, należy do Adama Hanuszkiewicza. Kimkolwiek by on nie był.&lt;br /&gt;W końcu zatrzymali się przed nieruchomymi, ruchomymi schodami. Makary, mimo że wytężał wzrok, nie potrafił przebić się przez ciemność, w której ginęły, hen w górze.&lt;br /&gt;- Tędy! -  Pan Hanuszkiewicz wskazał na schody. - Kiedyś, właściwie, jeszcze całkiem nie tak dawno były ruchome... -  Zamyślił się. -  Były ruchome. - Powtórzył z  nutą nostalgii w głosie. Po czym wracając do siebie powiedział - Proszę... - I puścił Makarego przodem. &lt;br /&gt;Makary postawił ostrożnie stopę na martwych schodach, jakby obawiając się, że schody mimo wszystko ruszą, kiedy odbiorą odpowiedni impuls, ale nic takiego nie nastąpiło. Oparł dłoń o gumową poręcz i postawił drugą nogę. Starszy mężczyzna szedł za nim, Makary czuł jego oddech na swoim karku, szli spokojnym rytmem, krok za krokiem, od czasu do czasu zerkając w górę, z nadzieją na rychłe światełko w tunelu. Lecz Makary nie mógł wiedzieć, że ktoś chciał zafundować mu daleką podróż Bardzo daleką, w poza świadomość. Póki co, jego dłoń oparta o poręcz obierała, nieśmiałe, delikatne drgania. Zmysł dotyka przekazywał te wibracje do umysłu, ten natychmiast uruchomił uśpioną wyobraźnię&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;TRZYNASTY BRAT&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Makary zatrzymał się. Od jakiegoś czasu nie przemieszczał się już po schodach, stał w autystycznym zamyśleniu, tracąc zupełnie poczucie czasu i przestrzeni. Nawet ułamek myśli nie informował go o istnieniu Adama Hanuszkiewicza. Był wyciszony absolutnie. Oderwany od Boga, świata i samego siebie. W miejscu, w którym się znalazł, ciemność traciła swoją intensywność, lecz światłość nie godziła się jeszcze na żaden kompromis. Miejsce to, na minutę przed brzaskiem było krainą demonów. Makary wiedział o tym.&lt;br /&gt;- Tak... - Pomyślał - Dotarłem zbyt daleko a by myśleć o powrocie...A niby, dokąd miałbym wracać?&lt;br /&gt;Z miejsca, w którym się znalazł, mógł jedynie iść do przodu. Ku przeznaczeniu. Lecz póki co, stał, sparaliżowany strachem. Strachem, który trzeba pokonać, albo umrzeć! I umrzeć tą śmiercią, która nigdy się nie kończy, a człowiek zamykany jest w bryle wiecznego konania jak owad w bursztynie. Tak, to kraina demonów! Zawieszenie pomiędzy nocą a dniem, śmiercią i życiem... To piekło! Tam demony odżywiają się twoim strachem, wiecznym strachem! I tym bardziej jesteś dla nich cenny im więcej fobii posiadasz w swoim duchu.&lt;br /&gt;Makary czuł ich oddech na plecach, chociaż mógł to być oddech starszego mężczyzny, o którego istnieniu zapomniał.&lt;br /&gt;- Bezcielesna papka!!! -  Wykrzyczał z siebie cały strach, który paraliżował każde włókno jego mięśni. - Pocałujcie mnie w dupę!!!&lt;br /&gt;Po czym dał nura w mrok, a ślepa ciemność wyłapała jedynie tik policzka i skrzywienie ust mówiące o bezkompromisowej desperacji.&lt;br /&gt;Demony rzuciły się na Makarego w swej urażonej dumie, wściekłe aż do bólu, gotowe rozszarpać śmiałka w strzępy. Ale Makary oswajał ciemność niczym drapieżną, czarną pumę, stając się z każdym krokiem jej Panem. Cel, którego nie znał, czekał na niego. Wiedział, że musi tam dotrzeć! Jedynie w ten sposób mógł nadać sens swojemu istnieniu! To wszystko. Tylko tyle! A ciemność rozumiała to doskonale i nie stawiała zbytnio oporu. No tak...Ale kiedy pokonujesz ciemność, prowadzony jedynie przez instynkt, a jej, zamiast ubywać, przybywa, wkrada się niewiadomo jak i kiedy - beznadzieja...Beznadziejność po stokroć gorsza od legionów zielonookich demonów! I cóż wtedy? Co robić? Nic?! Czy raczej modlić się do Boga, który ma obowiązek być, kiedy idziesz ciemną doliną! I modlisz się, ale nie tak, jak oszalały klecha! Modlisz się jak poeta, jak młody bóg. I wtedy widzisz jak z nieistnienia powstaje istnienie. Modlił się więc, tworząc wszechświaty. Modlił się nie po to, aby modlitwa stała się celem jego istnienia, lecz aby przybliżała go do celu! I spełnienia się w NIM. Tak...Wibracje stawały się coraz bardziej czytelne. Zamieniały się powoli w nierozpoznawalne tony, wzdychania, szepty.&lt;br /&gt;Makary przez chwilę pomyślał nawet, że to tylko akustyczne omamy, przecież tak długo przedzierał się przez mroki totalnie samotny. Kiedy próbował odczytać je za pomocą słuchu, oszukiwały go, twierdząc, że samo poszukiwanie celu jest sensem jego istnienia. I prawie uwierzył tym kłamstwom. Zły na samego siebie, przyśpieszył kroku! Obraz, który zobaczył w swojej wyobraźni to drwal, który próbuje ściąć kamienne drzewo. Ale to nie był drwal...Stanowczo nie! Nie! Nie! To bez sensu! I wtedy drwal rozpłynął się, znikł jak mydlana bańka. A wtedy ciemność przestraszona jego determinacją, zagęściła swoje istnienie, stając się murem nie do przebycia... &lt;br /&gt;Czy to już koniec? Koniec... &lt;br /&gt;- Cholera! - Zatrzymany przez mur zastanawiał się nad magicznym słowem. A ono przyszło samo, nagle, bez żadnego wysiłku i zapowiedzi. -  I tak cię pokonam ty suko!&lt;br /&gt;Ale w głębi duszy nie wierzył już w zwycięstwo. Jego desperacja nie była niczym innym jak tylko desperacją. Przegrał. Usiadł na ziemi. Oparł plecami o mur. Umierał spokojnie, pogodzony z losem. Ale głos, który teraz usłyszał, przyprawił go o elektryczne mrowienie na plecach. Poderwał się i z ręką przy murze pobiegł, ile miał tylko sił w nogach przed siebie.&lt;br /&gt;Zobaczył ich wkrótce...&lt;br /&gt;Dwunastu braci...&lt;br /&gt;- W co wierzycie! - Krzyknął pomiędzy jednym a drugim uderzeniem młota.&lt;br /&gt;Zdezorientowani jego nagłym wtargnięciem w hermetyczny świat Leśmiana, opuścili swoje młoty.&lt;br /&gt;- Wierzymy w Sny... - Odpowiedzieli pokornie.&lt;br /&gt;- A kim jesteście?&lt;br /&gt;Spojrzeli po sobie.&lt;br /&gt;- Jesteśmy braćmi! Ale teraz nie przeszkadzaj nam. Musimy rozwalić mur.&lt;br /&gt;I biorąc jednocześnie potężny zamach uderzyli jeden za drugim. Mur zadrżał.&lt;br /&gt;UF! Piękni! Szaleni!&lt;br /&gt;- Przestańcie! Na Boga, przestańcie! -  Krzyczał Makary - Tam nic nie ma!!!&lt;br /&gt;Opuścili swoje młoty i spojrzeli na niego groźnie, tak, jak inkwizycja na heretyka.&lt;br /&gt;- Tam jest...Dziewczyna! -  Stwierdzili imperatywnie.&lt;br /&gt;- Nie! - Powstrzymywał ich, póki była jeszcze nadzieja. -  Znam waszą przyszłość! Zginiecie bez sensu, wy, jak i wasze cienie!!!&lt;br /&gt;I wtedy, Makary usłyszał ten głos...Niesamowity głos...Głos, przy którym tuzin nagich panienek rozłożonych na szezlongach był zaledwie tłem.&lt;br /&gt;Głos Dziewczyny, głos, który kochał od zawsze. Bracia uśmiechnęli się tryumfująco. Makary podążył za ich wzrokiem. Spojrzał w dół, u jego stóp leżał trzynasty młot. Podniósł go w całkowitym skupieniu, proroczym namaszczeniu...&lt;br /&gt;Wziął potężny zamach i uderzył w mur!&lt;br /&gt;Potem jeszcze raz!&lt;br /&gt;I jeszcze...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PROLETARYAT&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Śpisz ? Halo Makary! - Pan Hanuszkiewicz klepnął go w ramię. - Wysiadka...&lt;br /&gt;- Zamyśliłem się chyba... -  Makary potrząsnął głową, strząsając z siebie resztki sennego pyłu.&lt;br /&gt;- Nie ma co, masz odloty... - Uśmiechnął się pan Hanuszkiewicz. - To takie typowe dla poetów, schizofreników i pomocników murarzy...&lt;br /&gt;Stali na słabo oświetlonym moście lub wiadukcie. Makary znał to miejsce, chociaż starszy mężczyzna zapewniał go, że są tu po raz pierwszy.&lt;br /&gt;- Odnoszę wrażenie, że już tu kiedyś byłem. - Makary podszedł do barierki i spojrzał w dół.&lt;br /&gt;- To tylko wrażenie. - Pan Hanuszkiewicz stanął obok, przygryzając dolną wargę. &lt;br /&gt;”Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!&lt;br /&gt;I powymarli jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera...” &lt;br /&gt;W tym samym czasie, jednocześnie usłyszeli te słowa. Spojrzeli po sobie, nie przyznając się do przeżytych doznań. To było wewnątrz nich...&lt;br /&gt;Makary sięgnął do kieszeni spodni. Wyciągnął kartkę, rozłożył.&lt;br /&gt;- Myślę, że nie jest to odpowiednie miejsce, ani pora na czytanie... - Powstrzymał jego zamiary pan Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;- Tak... - Zgodził się z nim Makary. Potem podniósł wzrok do góry, kącikiem oka wyłapując jakiś przelatujący cień w świetle ulicznej latarni. &lt;br /&gt;- Puchacz. -  Zauważył, wskazując ruchem głowy ptaka, siadającego właśnie na filarze mostu.&lt;br /&gt;- Puchacz...- Powtórzył starszy mężczyzna, a pod jego płaszczem zadrgały skrzydła.&lt;br /&gt;Gdzieś pod nimi, jak i nad, toczyło się normalne, wielopoziomowe życie metra. Istny labirynt tuneli, peronów, dojść, ruchomych jak i nie ruchomych schodów, hosteli, stanowisk pracy, poetów i prostytutek.&lt;br /&gt;- Długa ta nasza droga do Proletaryatu. -  Zauważył Makary.&lt;br /&gt;- To tuż za mostem. -  Uspokoił go pan Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;- Oby to nie był ten, o jeden za daleko... - Makary wyciszył ostatnią sylabę, zwracając głowę ku przejeżdżającej obok nich znajomej Drezynie, lecz tym razem zamiast liter MO był napis - Milicja.&lt;br /&gt;Milicja!&lt;br /&gt;Atmosfera gęstniała niczym w obrazach Paula Delvaux...Stąd te roznegliżowane panienki na ulicy...&lt;br /&gt;- Paul Delvaux! - Makary wydał z siebie okrzyk z serii „eureka”. -  Być może- myślał - w tych obrazach tkwi klucz do zagadki mojego istnienia?!&lt;br /&gt;- Słucham? - Starszy mężczyzna oderwał wzrok od zmniejszającej prędkość drezyny.&lt;br /&gt;- Widzę te obrazy!- Spojrzał panu Hanuszkiewiczowi w oczy. - Czuję się tak, jakbym był w jednym z nich...&lt;br /&gt;- To bardzo interesujące...Bardzo... - Drezyna zwolniła do minimum. Starszy mężczyzna ożywił się. - Delvaux. Ale ja nie jestem Paulem Delvaux? Prawda?&lt;br /&gt;- Nie... - Makary kątem oka, obserwował wysiadającego z drezyny Kurzawę. - Dla mnie jest pan...Mistrzem!...Aniołem?...&lt;br /&gt;Jego słowa były raczej dziełem instynktu, tak typowego dla mistyków, a instynkt mistyków jest przeciwwagą do logiki empiryków i hodowców kapusty.&lt;br /&gt;- Mistrzem?...&lt;br /&gt;- Właśnie... -  Makary oparł się o barierkę i za pomocą mocnego odbicia wyskoczył w górę i znalazł się po drugiej stronie. &lt;br /&gt;Mistrz nawet nie zdążył powiedzieć - NIE! Kurzawa na ten widok schował kajdanki za pas i zaczął wycofywać się do pojazdu.&lt;br /&gt;- I co pan najlepszego narobił! -  Mistrz z wyrzutem Kurzawie. I do Makarego.- Tylko spokojnie...Spokojnie...&lt;br /&gt;- Ja...Ja tylko chciałem dokończyć rozmowę. - Kurzawa rozłożył dłonie w geście niewinności. - Prędzej czy później i tak musimy ją dokończyć...&lt;br /&gt;- A tego to ja już, taki pewien, proszę pana, bym nie był! - Pan Hanuszkiewicz dobitnie recytując, wskazał ruchem głowy zdesperowanego Makarego. - Dajcie mu do cholery trochę czasu na odnalezienie samego siebie. - Po czym zrobił krok do przodu i dodał nieco ciszej. -  W tym gąszczu...&lt;br /&gt;Kurzawa nie wiedział, o jaki gąszcz chodzi, ale na wszelki wypadek wsiadł do drezyny i mrucząc coś pod nosem, niepocieszony, odjechał...&lt;br /&gt;- Przestań działać irracjonalnie. - Skarcił Makarego Mistrz. - Dawaj łapę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tymczasem Makary, wpatrzony w czeluść otchłani, walczył z szalonym pragnieniem skoku...&lt;br /&gt;Nie żeby się zabić! Stanowczo nie. Czuł, że mógłby opanować przestrzeń, unieść się na skrzydłach wiary, tej absolutnej pewności, która nie wymaga rozsądku.&lt;br /&gt;- Makary... -  Dotarł do niego łagodny głos, prawie szept pana Hanuszkiewicza.&lt;br /&gt;- Ja...Ja muszę...&lt;br /&gt;- Wiem. Wiem Makary. Ale to nie ten czas. -  Mistrz był już na wyciągnięcie ręki.&lt;br /&gt;Ale Makary podjął decyzję, odepchnął się i z rozłożonym szeroko rękoma poszybował w dół...&lt;br /&gt;Nie oglądając się za siebie, nie miał pojęcia, że Mistrz rozmawiając z nim, jednocześnie ściągał z siebie płaszcz, a przy ostatnich słowach był już gotowy do lotu.&lt;br /&gt;Leciał za nim...W dół...&lt;br /&gt;Na wszelki wypadek.&lt;br /&gt;Leciał za nim w przód, przed siebie, zakochany w jego szaleństwie.&lt;br /&gt;Wznosił się wzwyż. I wzwyż! Na przekór prawu grawitacji. W baśń, w nicość i we wszystko, co tylko może uroić się w szaleństwie słów!&lt;br /&gt;- Och Makary! - Krzyczał niebu, nie mogąc dogonić tego szaleństwa. - Pamiętaj, że aniołowie pocą się ludzkim potem!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Już dobrze synu... -  Złapał go za kołnierz w ostatniej chwili. Jak na swój wiek miał mocny uścisk. &lt;br /&gt;Makary przeskoczył barierkę pod czujnym okiem Mistrza. Stanął na twardym gruncie.&lt;br /&gt;- Latałem? – Spytał trawiąc wspomnienia.&lt;br /&gt;- Latałeś? - Zdziwił się Mistrz zapinając guziki płaszcza, następnie wytarł pot z czoła. -  Co ci przyszło do głowy?&lt;br /&gt;- Wiem...Wiem, że latałem...Chciałem...Chciałbym...&lt;br /&gt;- To już bardzo blisko, druga przecznica za mostem. Chodź. Napijemy się...&lt;br /&gt;A więc wódka, pocieszycielka...Latałem?...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obrotowe drzwi mają to do siebie, że można, przez ich szklane skrzydła zobaczyć wszystkich wychodzących. &lt;br /&gt;- Pamiętasz go? - Makary nie wiedział czy Mistrz pyta o fakty czy raczej je stwierdza..&lt;br /&gt;- Tak...Ale...Nie wiem, kim jest.&lt;br /&gt;Człowiek, który opuszczał Proletaryat był ich znajomym. Makary był tego prawie pewien. &lt;br /&gt;Przy tym, człowiek ów, nie krył swojego zdziwienia widząc ich razem. Podniósł nawet swoją dłoń na powitanie, a może, pożegnanie, a może wyrażając swoje zakłopotanie.&lt;br /&gt;Mistrz pozwolił szatniarzowi ściągnąć z siebie płaszcz i wygładzić skrzydła, po czym podał kapelusz i szal.&lt;br /&gt;- Proszę o pana kurtkę . - To było do Makarego.&lt;br /&gt;- Ach tak. - Rozsunął suwak i po chwili szatniarz podał mu numerek. Był co prawda nieco zdziwiony, że Makary nie ma jeszcze skrzydeł, ale wydawało mu się, że zobaczył jakiś ich zalążek.&lt;br /&gt;Bywał w tym lokalu. Tym razem był tego więcej niż pewien. Dokładnie pamiętał tę dekadencką atmosferę, te półcienie i półnuty, zapach markowego tytoniu, szlachetnych win i zwykłej czystej wódki. Ale być może, była to jedynie, zwykła emisja jego podświadomych tęsknot.&lt;br /&gt;Mistrz oparł swoją dłoń pomiędzy jego zalążkami na plecach, i naprowadzał do swojej, jak to nazwał - enklawy - w tym lokalu. Stolik, który zajmował, chroniony był przez wielką, kiczowatą,( może starczy już tych przymiotników?) sztuczną palmę daktylową. &lt;br /&gt;Mistrz schował się pod jednym z jej rozcapierzonych liści, Makaremu wskazał miejsce obok, przy przepierzeniu, oddzielających ich od następnego stolika. Nie zdążyli jeszcze usiąść na obitej ekologiczną skórą sofie, kiedy, jak spod ziemi pojawił się kelner. &lt;br /&gt;- Dobry wieczór panom - powitał gości niezbyt wyszukanym zwrotem, po czym zaczął się tłumaczyć, że nie spodziewał się Mistrza o takiej porze. - Dla Mistrza jak zwykle anyżóweczka? - Zapytał chyba na wszelki wypadek. Zdezorientowany Makary odpowiedział kiwnięciem głowy na pytający wzrok kelnera. - A może jakieś specjalne życzenie? -  Naciągał słodko. &lt;br /&gt;- Za to mu właśnie płacą! -  Nasz główny bohater usłyszał głos. Rozejrzał się wkoło. Ale widocznie był to jego, wewnętrzny głos.&lt;br /&gt;Zamówił kawę. Mocną, czarną i bez cukru. Mistrz herbatę o jakiejś nieznanej nazwie. Po tym zamówieniu kelner zniknął tak jak się pojawił.&lt;br /&gt;Biedny chłopak. Pomyślał o Makarym kelner, klucząc pomiędzy labiryntem stolików, półcieni, zagubionych nut, niedokończonych historii, mgieł papierosowego dymu. Tak. Biedny chłopak. &lt;br /&gt;-Tamten w drzwiach, kojarzy pan? - Mistrz od tej pory zaczął stosować zamiennie obydwie formy. Per „ ty” i „pan”. &lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;- On chyba też ciebie zna. - Spojrzał na Makarego tak jakoś badawczo, niczym oficer śledczy, albo ojciec, kiedy jako chłopiec podprowadzał drobne z portfela.&lt;br /&gt;- Dlaczego pan tak myśli?&lt;br /&gt;- Najwyraźniej kiwał do ciebie. - Uśmiechnął się  - Chociaż był lekko zdezorientowany widząc pana w moim towarzystwie.&lt;br /&gt;I w tej właśnie chwili, opowieść ma osiągnąć swój całkiem oniryczny charakter.&lt;br /&gt;Sprzedającywiersze...Sprzedającywiersze? &lt;br /&gt;Cóż za idiotyczna myśl błąka mu się po głowie? Ale nie narzekał. Ostatnio cierpiał na deficyt jakichkolwiek myśli.&lt;br /&gt;- To był...Sprzedającywiersze! -  Wykrzyknikiem poradził sobie z niepewnością.&lt;br /&gt;- Rzeczywiście, to był on... - Przerwał, aby podziękować kelnerowi za anyżówkę. - A to już dużo nam wyjaśnia. Bardzo dużo.&lt;br /&gt;- To znaczy?&lt;br /&gt;- To znaczy, że pisze pan... - zawiesił głos - przynajmniej wiersze. - Podniósł kieliszek -  No to, co? Za poezje!&lt;br /&gt;- Za poezje... - Powtórzył bez przekonania Makary.&lt;br /&gt;Wódka rzeczywiście była anyżowa i paskudna w smaku. -   Wie pan... - Krzywił się niczym dziecko łykające tran. - Ja wiem, że jest poezja...Wiem, ale nic nie pamiętam, nic nie kojarzę, żadnego nazwiska, tytułu...&lt;br /&gt;Mistrz przeszył go swoim stalowym wzrokiem, po czym zatopił wygodnie w sofie, następnie podrapał wskazującym palcem po skroni a kciuk oparł o podbródek.&lt;br /&gt;- A wie pan, że to idealny punkt wyjścia dla twórcy! -  Ożywił się. -  Możesz tworzyć od zera, bez żadnego punktu odniesienia...Jak Bóg... -  Kusił.&lt;br /&gt;- Obawiam się, że tak naprawdę nie wiem, co to poezja, co określa ta definicja...Być może nawet, kiedyś sam pisałem...Nie wiem... -  Makary zapomniał o kartce ze swoim tekstem, którą podniósł w pokoju przesłuchań.&lt;br /&gt;- I oto właśnie chodzi. NIE WIESZ! Wiem, że nic nie wiem! Istne katharsis... Oczyszczenie...Jesteś narodzony na nowo, pańska amnezja jest zbawienna, jesteś, jesteś...Być może powrót pamięci zabije pana! Tak! To jej brak będzie teraz motorem dla twojego życia. To, drogi panie żadna ułomność, to... - Klepnął Makarego w dłoń - Zazdroszczę ci! I jeżeli mogę cokolwiek poradzić, to nie upieraj się na jej odtworzeniu.&lt;br /&gt;Oszalał. Tak, Mistrz oszalał. Patrzył na niego w osłupieniu. O czym on mówi? Bredzi!&lt;br /&gt;- Czy wszystko z panem ok.? -  zapytał na wszelki wypadek.&lt;br /&gt;- Tak, tak. Nie, drogi panie, nie oszalałem. Jeszcze nie. - Nachylił się nad stolikiem przenikając jego myśl i wyszeptał - Jesteś szczęściarzem Makary, wielkim szczęściarzem. Och błoga niewiedzo! To dar od Boga... -  Po czym zatopił się na powrót w swoim miejscu i być może sam w sobie i zamilkł. &lt;br /&gt;Makaremu wydawało się, że zwrócił się do niego po imieniu. Ale ostatnio słyszał różne głosy, tak, że nie mógł być niczego pewien. Bo i po co?&lt;br /&gt;Kelner przyniósł kawę i herbatę w filiżankach dla nieco wyrośniętych skrzatów.&lt;br /&gt;Na chwilę nastała cisza, nawet muzyka przestała grać.&lt;br /&gt;- Gdzie tu jest toaleta? -  Zapytał znikającego w półcieniu kelnera. Ten zbladł. Właśnie tego się obawiał, A więc zaczęło się!&lt;br /&gt;- Po drugiej stronie szatni proszę pana. - Wyszeptał.&lt;br /&gt;Makary nawet nie zdążył podziękować, kelner zniknął.&lt;br /&gt;- To dar od Boga. - Mistrz spojrzał na niego spod swoich krzaczastych siwych brwi.&lt;br /&gt;- Tak... - Zgodził się z tą tezą. - Zaraz wracam.&lt;br /&gt;- To święta prawda.&lt;br /&gt;Makary machnął tylko ręką i ruszył z misją odnalezienia toalety.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W DRODZE DO TOALETY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brakowało mu tchu, dusił się. Niczym ryba wyciągnięta z wody łapał powietrze, droga do toalety wydawała się nie mieć końca, miał wrażenie, że wszyscy, których mija, przyglądają mu się z litością a nawet pogardą, szeptali coś sobie do uszu, kiwając głowami w jego kierunku...Na pewno wiedzieli coś o nim, czego on sam nie wiedziałem. Tylko co?&lt;br /&gt;- Hej ty! -  Nagle ktoś szarpał go za rękaw. -  Co tak pędzisz? Ludzi już nie poznajesz?&lt;br /&gt;- Tu jest tak ciemno! -  Próbował się wyrwać. I wtedy zobaczył twarz, uwolnioną z półmroku. Kaziu!?&lt;br /&gt;- Kazik! -  Ucieszył się, ale tak, jakby nie do końca. - To ty?&lt;br /&gt;- A co, nie poznajesz? - Uśmiechnął się.&lt;br /&gt;- Cześć Kazik. -  Uciekał wzrokiem od noża tkwiącego w jego piersi. &lt;br /&gt;Zauważył to. Uśmiechnął się nieco demonicznie. - Ty zawsze byłeś kurewskim estetą, co?&lt;br /&gt;- Chyba tak, Kaziu, ale nie wiem... &lt;br /&gt;Kazik nie żył od lat. Zabiła go żona kumpla, w którego obronie stanął na jakiejś imprezce. Zginął za niego. Poświęcił swoje życie.&lt;br /&gt;- Nic się nie zmieniłeś. – Stwierdził Kazik, a jego porcelanowa, lewa, górna dwójka, zamigotała świetlnym promykiem.&lt;br /&gt;- Ty też. -  Makary starał się być grzeczny.&lt;br /&gt;- Co ty mi tu pierdolisz ! - Zgasił go. - Nawet nie byłeś na moim pogrzebie.&lt;br /&gt;- Nie byłem? Jak to, nie byłem? No tak, nie byłem. Byłem w RFN. Dlatego nie byłem.&lt;br /&gt;- Rozpisz to Kaziowi na tablicy. - Usłyszał kolejny znajomy głos z półmroku.&lt;br /&gt;To był Jacek. Zmarł na raka. Miał 21 lat. Tylko 21 lat. Boże. Wraca mu pamięć. Ale, z której strony?&lt;br /&gt;- Na pogrzebie Jacka też nie byłeś. - Wyczuł chłód w tym stwierdzeniu. - Czy też byłeś w RFN? -  Zadrwił.&lt;br /&gt;Kazik w oczekiwaniu na jego odpowiedź, poprawiał sobie przekrzywiający się nóż w swojej piersi.&lt;br /&gt;- Nie, nie byłem w RFN, ale nie pamiętam, gdzie byłem, w ogóle, mało co pamiętam Kaziu, wiesz...&lt;br /&gt;- No zobacz, oddałem życie za przyjaciela a Maksymilianem nie jestem.&lt;br /&gt;- Jakim Maksymilianem Kaziu? O czym ty mówisz?&lt;br /&gt;- To były fajne czasy, co? -  Usłyszał głos Jacka. - Zamurowało cię? To były fajne czasy czy nie?&lt;br /&gt;- Pewnie że fajne, byliście jeszcze tacy, tacy...&lt;br /&gt;- Żywi! -  Wyręczył go Kazik.&lt;br /&gt;- No...  -  Wyszeptał nie swoim głosem.&lt;br /&gt;- Pamietasz? - Jacek zanucił -  We are champions, we are champions…&lt;br /&gt;- Jasne. Queen. - Makary ożywił się. (Nomen- omen)&lt;br /&gt;- A wiedziałeś, że Fredek to ciota? -  Spytał tak, od niechcenia, przerywając nucenie.&lt;br /&gt;- Że co? – Makary nie zrozumiał.&lt;br /&gt; -Ciota, pedał. -  Wyjaśniał ze stoickim spokojem Jacek&lt;br /&gt;- A ty się zawsze czegoś czepiasz! -  Zgromił go Kaziu.&lt;br /&gt;- Nie czepiam się, wyjaśniam, coś taki nerwowy?&lt;br /&gt;- To były fajne czasy co? - Jacek wrócił do pierwszego pytania.&lt;br /&gt;-  A co tam u was chłopaki? -  Makary poszedł, va banq na idiotę.&lt;br /&gt;- Nudy, nudy i jeszcze raz nudy. -  Skwitował Kaziu.&lt;br /&gt;- To moja kwestia, że tak powiem, względem dziennika telewizyjnego! - Usłyszeli zachrypnięty głos. - A poza tym, to wszyscy czekamy na Sąd Ostateczny, a ten, kurwa, odwleka się z dnia na dzień. Normalnie krew człowieka zalewa.&lt;br /&gt;- Kto to? - Jacek do Kazika. -  Znasz go?&lt;br /&gt;Kazik wzrusza ramionami.&lt;br /&gt;- To chyba Jan Himilsbach. -  Odpowiedział Makary, ale bez zbytniej pewności w głosie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A gdzie oni się podziali? Co jest grane? &lt;br /&gt;Kątem oka zauważył kelnera, skradającego się pomiędzy stolikami, pobiegł w jego kierunku, ale akurat uruchomiono agregat do produkcji mgły, no i kelner zginął w oparach.&lt;br /&gt;- Jak chodzisz idioto?! -  W gęstej mgle nadepnął na czyjąś nogę.&lt;br /&gt;- Przepraszam. Najmocniej przepraszam. Taka mgła, że można nogi połamać.&lt;br /&gt;- W rzeczy samej. -  Przyznał głos niepocieszony jego kajaniem.&lt;br /&gt;- Janek? -  Opadające mgielne opary odkryły znajomą mu postać.&lt;br /&gt;- Czy my się znamy? -  Spojrzał na Makarego niczym na ostatnie pięć groszy w portfelu.&lt;br /&gt;- Tak! To znaczy nie. Znaczy...Ja pana znam...Pan Jan Rybowicz? Prawda?&lt;br /&gt;- Taaa... - Już nieco udobruchany. -  Janek. - Podał mu dłoń. &lt;br /&gt;W odpowiedzi, usłyszał jakieś pierwsze lepsze imię.&lt;br /&gt;- Pamiętam twój debiut w „Nowym Wyrazie”. -  Chwalił się Makary.&lt;br /&gt;- Jak zostałem pisarzem. -  Uśmiechnął się na wspomnienie starych, dobrych czasów.&lt;br /&gt;- Tak. Jak zostałem pisarzem. Świetny tytuł, no i dobra puenta.&lt;br /&gt;- Siadaj! - Zaprosił go do swojego towarzystwa. - Nie spotykam tu, zbyt wielu swoich fanów.&lt;br /&gt;- Może jeszcze nie ten czas? -  Pocieszał go, jak mógł Makary.&lt;br /&gt;- Miron też tak twierdzi. – Przyznał Rybowicz.&lt;br /&gt;- Ten Miron? -  Z niedowierzaniem.&lt;br /&gt;Janek potwierdził skinieniem głowy.&lt;br /&gt;- On, znaczy Miron, ma ich tu całkiem sporo grono . -  Makary wyczuł jakby nutkę zazdrości w jego glosie. -  Napijesz się browara? Ja stawiam.&lt;br /&gt;- Dzięki. &lt;br /&gt;- Daj, machnę ci. - Pomógł mu, widząc jego zmagania z kapslem. &lt;br /&gt;(Makary nigdy nie nauczy się otwierać piwa o drugą butelkę.)&lt;br /&gt;- Szedłem kupić sobie buty. To było jeszcze jak mieszkałem w Sosnowcu...&lt;br /&gt;- No to, zdrówko!&lt;br /&gt;- Zdrówko...No i zauważyłem ją, we witrynie księgarni przy Warszawskiej.&lt;br /&gt;- Chwila, chwila, bo zamyślenie mnie jakieś ogarnęło...&lt;br /&gt;- Mówię o twojej książce. Samokontrola i inne opowiadania.&lt;br /&gt;- A!&lt;br /&gt;- No i kupiłem sobie, tą twoją debiutancką książkę.&lt;br /&gt;- A buty? - Janek z troską w głosie.&lt;br /&gt;- Na buty zabrakło... -  Makary wzruszył ramionami. - A potem Wiocha Chodaków i cała reszta...&lt;br /&gt;- To miło... A ty? Piszesz?&lt;br /&gt;- Raczej tak.&lt;br /&gt;- Jak to? Raczej! -  Zdziwił się.&lt;br /&gt;- Mam taką poszatkowaną pamięć. Jakby ktoś puzzle przepuścił przez maszynkę do mielenia mięsa.&lt;br /&gt;- O kurwa! -  Przeraził się Janek. -  A może to i dobrze... - Kiwnięciem głowy okazał swoje niezdecydowanie. - Wiesz co ci powiem, tak naprawdę to my gówno możemy! Najpierw jest idea, pomysł! Męczy cię... Więc zaczynasz pisać. Piszesz- piszesz-piszesz...I tak powstaje brudnopis. Materiał, który po jakimś czasie ewoluuje, żyje własnym życiem, ba, zmusza autora do poprawek, retuszy, zmian!&lt;br /&gt;Myślę, że pisarz, najpierw ma szczątkowe poznanie swojego dzieła, ONO gdzieś funkcjonuje, ale autor nie potrafi jeszcze GO zdefiniować. To przychodzi z zewnątrz...Przedstawia się w wielu odsłonach...Artysta musi to tylko wyrazić za pomocą słów, nut czy farb, to nasza rola. Ale Dzieło broni się samo przed grafomaństwem, dyletanctwem i wszelkiej maści malkontentami! A więc Dzieło powstaje samo, potrzebne jest tylko MEDIUM, dzięki któremu pojawi się w całej swej okazałości. - Zamyślił się. - Pierdolić to wszystko...Pij!&lt;br /&gt;- Właśnie takiego cię pamiętam.&lt;br /&gt;- A co oni sobie myśleli! Że miałem być ministrantem, albo urzędnikiem pocztowym! -  Rybowicz widocznie rozmawiał jeszcze z kimś innym. Może z „tym” Mironem. A może prowadził wewnętrzny monolog. Makary nie mógł przecież tego wiedzieć. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Janka już nie było.&lt;br /&gt;- Janku! Janie! - Krzyczał w mgłę, ale nikt nie odpowiadał.&lt;br /&gt;Na stoliku leżały tylko dwa zardzewiałe kapsle po piwie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Kiedy pijesz kawę i piwo, to powinieneś mieć świadomość ich moczopędnych właściwości.&lt;br /&gt;Odwrócił się nie ukrywając swojego zdezorientowania. Za nim stał starszy, wysoki mężczyzna. &lt;br /&gt;- Mówiłem twojej matce, że wyrośniesz na bandytę. Ha! Ha! Na bandytę...&lt;br /&gt;Posmutniał.&lt;br /&gt;Makary znał tego człowieka. Był o tym święcie przekonany.&lt;br /&gt;- Jak byłeś małym chłopcem. – Mężczyzna pokazał jakim. - Naciskałeś dzwonek i uciekałeś spod drzwi.&lt;br /&gt;- Bawiło mnie to? -  Zdziwił się Makary.&lt;br /&gt;- Albo sikaliście do butelki po mleku, opieraliście ją pod odpowiednim katem o drzwi, potem dzwoniliście do mieszkania...&lt;br /&gt;- A kiedy otwierano drzwi, zawartość butelki wlewała się do przedpokoju - uśmiechnął się na przywołane wspomnienia Makary.&lt;br /&gt;- Tak, miałeś wszelkie zadatki na bandytę. Mówiłem to twojej matce, ale powiedziała, że to nie moja sprawa.&lt;br /&gt;- Wiązaliśmy też sznurkiem klamki drzwiom vis a vis! &lt;br /&gt;- Taaak...Wiązaliście. Ty i ten gruby Irek.&lt;br /&gt;- Irek? On nie był gruby...Irek...&lt;br /&gt;Makary przebierał z nogi na nogę.&lt;br /&gt;- Dziadku gdzie tu jest toaleta? - Spytał.&lt;br /&gt;- A więc jeszcze mnie pamiętasz? Ile miałeś lat jak umarłem. Piętnaście?&lt;br /&gt;- Jedenaście. - Poprawił. - No i co dziadku, wyrosłem na bandytę?&lt;br /&gt;- A! Wyrosłeś, wyrosłeś...Jesteś bandytą literatury.&lt;br /&gt;- Jak to? -  Na chwilę przestał odczuwać ciśnienie w pęcherzu.&lt;br /&gt;- Dalej podrzucasz butelki ze szczynami pod drzwi. Tylko, że teraz to są drzwi krytyków, redakcji, wydawnictw...Wciąż lubisz wkurwiać ludzi mój wnuczku, i nadal, co gorsza, to cię bawi...&lt;br /&gt;- Dziadku ja chcę siusiu!&lt;br /&gt;Dziadek pstryknął palcami i było po sprawie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SPRZEDAJĄCYWIERSZE&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otrzeźwiał przy umywalce spryskując sobie twarz chłodną wodą. Jaki Janek Rybowicz? Kaziu...? Dziadek... Umywalka była pełna wymiocin, a on czuł jeszcze ich kwaśny smak w ustach. Odkręcił wodę i wiercąc palcem w odpływie doprowadzał wszystko do porządku. Potem spojrzał w lustro i zobaczył twarz zupełnie nieznanego mu człowieka. Mężczyzna mógł mieć 35-40 lat. Ciemny blondyn z bardzo przerzedzonymi włosami, podkrążone oczy świadczyły o nieprzespanych nocach, a kilkudniowy zarost o zaawansowanej abnegacji. I to miał być Makary!? Rozmyślając nad tym, nawet nie słyszał jak ktoś wszedł za nim do toalety, i  od jakiegoś czasu, bacznie go obserwował. Makary zakręcił kran, podszedł do pisuaru, a sekundę później ktoś stanął obok. Zauważył go kątem oka, i natychmiast jego czynności fizjologiczne zostały zablokowane. Był pewien, że od zawsze cierpiał na tę dolegliwość. Nigdy nie potrafił wysikać się w publicznej toalecie, jeżeli ktoś inny stał obok.&lt;br /&gt;- Niech pan sobie pogwizda. -  Usłyszał niezawodną, w takich przypadkach, radę.&lt;br /&gt;Spojrzał na przyczynę swoich kłopotów. Był to Sprzedającywiersze. Skąd się tu wziął do licha? Przecież wychodził. Makary nie wiedział dlaczego, ale wyluzowany jego obecnością zaczął gwizdać pierwszą lepszą melodię, którą błąkała mu się po głowie. &lt;br /&gt;(To była czołówka z Czterech Pancernych, ale przecież nie mógł o tym wiedzieć.)&lt;br /&gt;- A widzi pan! -  Rzekł triumfująco. - Zawsze pomaga...&lt;br /&gt;Makary umył ręce i podszedł do drugiej wolnej suszarki, niestety była nieczynna, więc stanął za niezbyt śpieszącym się Sprzedającywiersze.&lt;br /&gt;- Pamiętam pańskie „Obierki” -  przestał okupować suszarkę.&lt;br /&gt;- Proszę?&lt;br /&gt;- Mówię o pańskim wierszu w „Art-cie”.&lt;br /&gt;- A...Obierki... - Strumień gorącego powietrza pieścił jego skórę. - Wie pan, że nie kojarzę.&lt;br /&gt;- Jak to? -  Sprzedającywiersze wyciągnął swą prawicę na powitanie, kiedy wreszcie skończył nagrzewać dłonie.&lt;br /&gt;- Nie pamiętam wielu rzeczy... -  Makary spojrzał w lustro. -  Nawet tego łysiejącego gościa.&lt;br /&gt;- Żartuje pan sobie? - Przemówiło odbicie Sprzedającegowiersze.&lt;br /&gt;Odwrócił wzrok od lustra, aby spojrzeć mu w oczy. -  Mówię całkiem poważnie...&lt;br /&gt;- Nic? -  Wydusił z siebie po chwili milczenia.&lt;br /&gt;- No, nie do końca nic... – Makary zmarszczył czoło. - Wiem, że pana znam, ale nie wiem, kim pan jest...I takie tam...&lt;br /&gt;- Ha! -  Ten pokręcił głową z niedowierzaniem. -  Miał pan wypadek?&lt;br /&gt;- Nie. Nie wiem...!&lt;br /&gt;- A więc co się stało?&lt;br /&gt;- Właśnie próbujemy tego dociec. -  Przypomniał sobie o istnieniu Mistrza.&lt;br /&gt;- No tak. Jest pan w świetnym towarzystwie, gratuluję!&lt;br /&gt;- Przepraszam, ale ja naprawdę nie wiem, kim pan jest! -  Wyrzucił z siebie, trochę poirytowany jego przechwałkami.&lt;br /&gt;- Nie mówię o sobie - szeroki uśmiech - lecz o panu Hanuszkiewiczu...&lt;br /&gt;- A...O nim też nic nie wiem. Naprawdę. Poza tym, że przypomina mi Adama Hanuszkiewicza. &lt;br /&gt;  Złapał się na tym, że brzmi to cokolwiek bez sensu. Ale, dlaczego niby któryś z bohaterów powieści nie może nosić nazwiska, jakiegoś znanego reżysera z realu.&lt;br /&gt;(Autor tej przypowieści, powinien w tym miejscu upublicznić, że to właśnie prawdziwy Adam Hanuszkiewicz był wzorcem dla postaci Mistrza, ale niestety, jest zbyt dumny, aby się do tego przyznać. A poza tym nazwisko Hanuszkiewicz, brzmi niczym Wawel!)&lt;br /&gt;- Doprawdy?! – Niedowierzał Sprzedającywiersze.&lt;br /&gt;- Póki co, nazwałem go dla swoich tymczasowych potrzeb, Mistrzem, aby go nie mylić ze znanym aktorem, dyrektorem i reżyserem z realu Adamem Hanuszkiewiczem.&lt;br /&gt;- I słusznie, bardzo słusznie - uśmiechnął się mrużąc oko - Jeżeli to kolejne przedstawienie to gratuluję Mistrzowi pomysłu. Guru undergroundowej literatury i...Outsider undergroundu…Świetny pomysł! Godny mistrza…!&lt;br /&gt;- Niech pan sobie oszczędzi tego, tam, sublimowania...Tu nie ma mowy o żadnej aranżacji, Mistrz spotkał mnie zupełnie przypadkowo na stacji metra. -  Makary zaprotestował, wyjaśnił i zaakcentował wyraźną kropką.&lt;br /&gt;- Na stacji metra? Zupełnie przypadkowo? - Kpił?&lt;br /&gt;- Tak. Na stacji! Prawdopodobnie próbowałem popełnić samobójstwo... - I dusząc w zarodku jego następne pytanie zakończył. - Ale niczego ponad to, co już pan wie, nie pamiętam.&lt;br /&gt;- Przepraszam, jeżeli pana zdenerwowałem. -  Sprzedającywiersze dla odmiany uderzył w pokorną nutę.&lt;br /&gt;- Nie ma sprawy, proszę postawić się w mojej sytuacji, poruszam się jak ślepiec, więc mam prawo być poirytowany.&lt;br /&gt;- Naturalnie...Ale jakby co, kiedy wróci pan do formy i wszystko sobie przypomni. - Urwał.&lt;br /&gt;- Tak?&lt;br /&gt;- Nic, nic...Kojarzę sobie pewne fakty... - Zamyślił się, aby po chwili ożywić. - A wie pan, że jedynie Mistrz, w okresie swojej niemocy twórczej, nie skusił się na moją pomoc... - Rzekł ni to z gruszki, ni pietruszki.&lt;br /&gt;- Chyba nie za bardzo wiem, o co chodzi? Gdyby powiedział pan, że mam niż intelektualny, wziąłbym to za eufemizm.&lt;br /&gt;- Jak to? Przecież ja sprzedaje wiersze, czasem nawet prozę tym wszystkim, którzy cierpią na niemoc twórczą. Panu też jak do tej pory niczego nie sprzedałem...Ale jakby, co, to zawsze jestem do pańskich usług. A „Obierki” jak dla mnie rewelacja, niby kolokwialny wiersz o obieraniu ziemniaków, a ile w nim emanacji...Tak...Widać w panu wnikliwego obserwatora, takiego, rodem z podwórka buddyjskich mnichów. -  Ścisnął jego dłoń i mocno potrząsnął. - Ale nie zatrzymuje pana, sam wolałbym być w towarzystwie Mistrza niż we własnym.&lt;br /&gt;- Chwileczkę, - powstrzymał go Makary - coś mi tu nie gra!&lt;br /&gt;- Mianowicie?&lt;br /&gt;- Mówi pan, że sprzedaje wiersze a nawet prozę, dlaczego pan sam nie publikuję pod swoim nazwiskiem?&lt;br /&gt;- Nie mogę?&lt;br /&gt;- A to niby, dlaczego?&lt;br /&gt;- Nie mam swojego nazwiska.&lt;br /&gt;- Nie ma pan nazwiska?&lt;br /&gt;- I pan się temu dziwi?&lt;br /&gt;- Dziwię się. Jak to można nie mieć nazwiska?!&lt;br /&gt;- A pan je ma?&lt;br /&gt;- Ja? Ja!...Ja... - Postawił go pod murem. - Myślę, że mam, tylko nie pamiętam.&lt;br /&gt;- Nawet gdybym je panu przypomniał i tak nie miałoby żadnego znaczenia, czasem jest tak, że nie ma się swojego nazwiska nawet wtedy, kiedy się je ma. - Zakończył nieco filozoficznie.&lt;br /&gt;- A czy mógłby mi pan przypomnieć moje nazwisko?&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;- A to niby, dlaczego? -  Makary nie wie, z jakich powodów, ale ma tak zwane deja vu.&lt;br /&gt;- Ponieważ pańskie nazwisko i tak nie ma żadnego znaczenia.&lt;br /&gt;- Ale przynajmniej dowiedziałbym się, kim jestem.&lt;br /&gt;- Co najwyżej dowiedziałby się pan jak się nazywa a nie, kim pan jest.&lt;br /&gt;- Mimo to, chciałbym je poznać...&lt;br /&gt;- Tak naprawdę, to zapamiętałem jedynie pański wiersz, być może przeczytałem pańskie nazwisko nad nim, ale niech mi pan wierzy, zapomniałem. Kojarzę pana z obierkami...&lt;br /&gt;- Pięknie...Pięknie...&lt;br /&gt;- Nie podoba się panu?&lt;br /&gt;- Nie powiem żebym był zachwycony.&lt;br /&gt;- Ale mam coś dla pana.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Pańskie imię, nie sposób było je zapomnieć.&lt;br /&gt;- Niech pan to wykrztusi wreszcie, na co pan jeszcze czeka!?&lt;br /&gt;- Makary. -  Wykrztusił wreszcie.&lt;br /&gt;- Makary...? To imię nie jest mi obce...Makary...To jak imię bohatera pewnej powieści...Ale nie pamiętam tytułu...Boże, nie pamiętam nawet autora!&lt;br /&gt;- To całkiem dobre imię, niech go pan nie straci.&lt;br /&gt;- Że co? Jak mogę stracić imię?&lt;br /&gt;- Znam wielu, którzy stracili swoje dobre imię na rzecz nazwiska.&lt;br /&gt;- Ach, to gra pojęć. Dobre...Zapamiętam sobie.&lt;br /&gt;- W dążeniu do sławy bardzo wielu ludzi dało dupy! -  Skomentował brutalnie.&lt;br /&gt;- To znaczy? -  Makary złapał za klamkę drzwi, dając znak, aby się pośpieszył.&lt;br /&gt;- Zaczęli pisać pod publikę.&lt;br /&gt;- No i co w tym złego? -  Otworzył drzwi.&lt;br /&gt;- Nic. Dali dupy.&lt;br /&gt;Wyszedł nie komentując jego wypowiedzi, chociaż jego opinia nie dawała mu spokoju.&lt;br /&gt;Zatrzymał się kilka kroków dalej, czując jego oddech na karku.&lt;br /&gt;- Po prostu czepia się pan. Że niby, co? Jak książka dobrze się sprzedaje to pisarz dał dupy, a jak jest niezauważona to wszystko ok.?&lt;br /&gt;- Upraszcza pan. Często specjaliści od rynku wymuszają na autorze zmiany, twierdząc, że inaczej książka się nie sprzeda i...&lt;br /&gt;- I...?&lt;br /&gt;- I autorzy idą na to. Cenią bardziej swoje nazwisko na okładce i stan konta niż swoją autentyczność. Lubią pławić się w sławie i światłach jupiterów.&lt;br /&gt;- Sam bym się popławił! -  Rozmarzył się nieco.&lt;br /&gt;- W takim razie powodzenia życzę! -  Skwitował ostro. -  Ale żeby ten blichtr nie stanął panu ością w gardle.&lt;br /&gt;Złapał Makarego za rękaw.&lt;br /&gt;- Makary...Drogi panie...Proszę tego nie brać do siebie. -  Uśmiechnął się pojednawczo. - Tak się składa, że wiem o panu więcej niż pan o sobie. Do końca życia będzie pan bandytą literatury. A ja, w tej książce robię jedynie za alter ego autora. I to na ćwierć etatu. Tak naprawdę, to tylko życie jest prawdziwą literaturą, a pan potrafi je pisać...I proszę sobie nie brać do serca zarzutów o proustowski elitaryzm. - Powiedział, co wiedział.&lt;br /&gt;- Niczego nie potrafię i o niczym nie wiem... -  Stwierdził grobowym głosem Makary.&lt;br /&gt;- Właśnie o tym mówię. - Okazywał wobec niego nieskazitelną cierpliwość.&lt;br /&gt;-Przepraszam pana bardzo. - Rosły mężczyzna (sobowtór Ryszarda Rodzika, albo on sam), przeciskał się pomiędzy nimi, a kolumnami starając się dotrzeć do toalety. Był bardzo podekscytowany, jakby wracał z piekieł Dantego albo komisji konkursowej. Makary przylepił się do ściany robiąc mu miejsca. Kiedy odwrócił głowę, aby zadać następne pytanie Sprzedającemuwiersze, jego już nie było. Rozpłynął się jak  kelner. Makary pomyślał, że jeszcze trochę i jemu uda opanować się, tę trudną sztukę rozpływania się w najmniej oczekiwanym momencie.&lt;br /&gt;Zamknął nawet oczy, wierząc, że już w następnym akapicie znajdzie się przy stoliku Mistrza. Niestety, czekała go jeszcze droga powrotna, droga przez mękę. Mękę tworzenia... &lt;br /&gt;Co prawda, już bez ucisku na pęcherz, ale zawsze...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DROGA DO NIKĄD&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bywa, że nagle, bez uprzedzenia dopada cię legion demonów. To demony samotności. Wtedy człowiek staje się niewidzialny dla tego całego zbiorowiska zwanego szumnie „homo sapiens”. Twoją nicość, nijakość, brak charyzmy drażni ten cały świat ludzi sukcesu. Bolesna świadomość tego, że jesteś NIKIM, doprowadza cię do zwierzęcej nienawiści do wszystkiego, co jest CZYMŚ! Wymachując pięścią w niebo, zadajesz Bogu pytanie: - Dlaczego stworzyłeś mnie Znikomkiem? &lt;br /&gt;Bijąc się w pierś, zapierasz się zazdrości, która wysysa szpik z twoich kości, zatruwa krew i odbiera nadzieję. A ty wykrzykujesz Bogu z pianą na ustach:&lt;br /&gt;-Spójrz tylko na nich! Rozsiedli się swoimi tłustymi dupskami na wyściełanych czerwonym atłasem fotelach. Rozpychają się, popisując swymi abstrakcyjnymi teoriami! I żłopią, żłopią drogie francuskie wina, i chleją, chleją drogie skandynawskie wódki! Co gorsza, nie zważają nawet na nazwę lokalu, w którym goszczą!&lt;br /&gt;Ale nawet to nie przynosi ci ulgi...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt z nich nie spojrzy nawet na tego samotnego człowieka. Nikt nie poda mu pomocnej dłoni. Co najwyżej liźnie przypadkowym spojrzeniem i tyle. &lt;br /&gt;Oto ludzie sukcesu. Każde ich pierdnięcie staje się dziełem sztuki, artystycznym wydarzeniem!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; Czyżby więc Makary obracał się dookoła własnej osi? Czyżby miotał się w swojej bezsilności. Nie, on stoi. Stoi twardo niczym człowiek z kamienia. To cała reszta rozsiadła się na karuzeli życia i pędzi przed siebie w szalonym cwale tratując wszystko, co stanie im na drodze. Świat bije im brawa. Aplauz! Aplauz! A co z Makarym? Nic...Jest przecież niewidzialny.&lt;br /&gt;- Czy nie widział pan kelnera? - Pyta.&lt;br /&gt;Patrzą na niego jak na żuczka turlającego swoją kulkę gówna.&lt;br /&gt;- A może pan go widział? Albo pani? Zgubiłem drogę do Mistrza...&lt;br /&gt;- Zajmij się swoją kulką. –  Szydzą z niego. Ha-ha. Mają ubaw.&lt;br /&gt;- To oni są wyalienowani -  słyszy ciepły głos -  tylko, że nie chcą o tym wiedzieć. Siedzą tu  okłamując samych siebie.&lt;br /&gt;- Kim pan jest? -  Pyta rubasznego mężczyznę, który pojawił się nagle i nie wiadomo skąd.&lt;br /&gt;- Jestem Pojawiającymsięwporę. -  Mówiąc to. podał Makaremu wizytówkę. &lt;br /&gt;Ten ostatni rzucił okiem i przeczytał półgłosem: Leszek Żuliński. Krytyk. Po czym zaraz o wszystkim zapomniał.&lt;br /&gt;- Nigdy o panu nie słyszałem. - Przyznał Makary i nagle złapał się na tym, że myśli o akapitach. Akapity?&lt;br /&gt;Pojawiającysięwporę posiadał niezwykłą umiejętność widzenia niewidzialnych ludzi i zadawania bezpośrednich pytań.&lt;br /&gt;- A czy już wiesz, kim jesteś? -  Zadał bezpośrednie pytanie.&lt;br /&gt;- Chyba nie do końca proszę pana.&lt;br /&gt;- A może wiesz chociaż kim byłeś?&lt;br /&gt;- Nie, tego też nie wiem.&lt;br /&gt;- W takim razie, powiedz mi, kim chciałbyś być? -  Naprowadzał.&lt;br /&gt;- To akurat wiem. Wiem, kim chciałbym być.&lt;br /&gt;- Kim?&lt;br /&gt;- Chcę być tylko inny, różny, od tych tu! -  Makary zatoczył ręką szeroki łuk.&lt;br /&gt;- W takim razie, wiesz już kim jesteś. - Stwierdził Pojawiającysiewporę.&lt;br /&gt;- A kim byłem proszę pana. Mam kłopoty z pamięcią i zapomniałem, kim byłem.&lt;br /&gt;- To proste. Zawsze byłeś tym, kim chcesz być. Pamięć nie ma tu nic do rzeczy.&lt;br /&gt;- Jak to?&lt;br /&gt;- Pamięć to tylko archiwum danych, przechowalnia informacji. Pamięć to nie świadomość, nie myl tych dwóch pojęć. Często z powodu negatywnych doświadczeń, które przechowywała twoja pamięć, stawałeś się jednym z nich. -  Pojawiającysięwporę skinął na królów życia.&lt;br /&gt;- Nie pamiętam. - Zauważył z mieszanką ulgi i smutku w głosie.&lt;br /&gt;- I dobrze, że nie pamiętasz. Gdybyś pamiętał, wstydziłbyś się... – Westchnął -  A być może znienawidziłbyś samego siebie. To dobrze, że nie pamiętasz.&lt;br /&gt;- Co oni tutaj robią?&lt;br /&gt;- Co robią? Wydaje im się, że Są...Większość z nich nie wie, że w zasadzie niczym się nie różnią od muszki owocówki...To smutne, ale taka jest prawda o ich życiu.&lt;br /&gt;- O ich życiu? -  Powtórzył Makary - Przecież są królami życia! Lśnią w światłach ramp!&lt;br /&gt;- Życie to tylko dłuższa chwila...Spójrz na tamtego tam... - Pojawiającysięwporę wskazał smutnego mężczyznę, który usiłował zamaskować swój smutek, sztucznym uśmiechem. - Znalazł się tu przypadkowo. Szukał swojego raju, a znalazł się w piekle. To przypadkowy turysta życia. Jest już zmęczony udziałem w tym wyścigu szczurów.&lt;br /&gt;- Kim on jest?&lt;br /&gt;- To Patrzącywścianę.&lt;br /&gt;- Patrzącywścianę? -  Zdziwił się Makary.&lt;br /&gt;- Tak. To on. Szuka alternatywnego świata. Rozumiesz mnie?&lt;br /&gt;- Nie, nie za bardzo.&lt;br /&gt;- Alternatywnego nie znaczy abstrakcyjnego. Mdli go od abstraktu, którego nie można dotknąć, ale z drugiej strony, dotykał już wszystkiego.&lt;br /&gt;- I co? Szuka rozwiązania, którego nie ma?&lt;br /&gt;- Wierzy, że jest. I ta wiara trzyma go przy zdrowych zmysłach.&lt;br /&gt;- Oby się nie zawiódł.&lt;br /&gt;- Nie zawiedzie się. &lt;br /&gt;- Wie pan, zgubiłem drogę, pogubiłem się w tym labiryncie form, szkół, aktualnych trendów...Z chwilą, kiedy przestałem zaskakiwać siebie, zrozumiałem, że nie jestem już wstanie kogokolwiek zaskoczyć.&lt;br /&gt;- To nie tak Makary. Każdy z nas ma swoją opowieść. Magia jest przestrzenią pomiędzy zielonym i uschłym liściem. Opowiedz historię tej przestrzeni...Pisarze zdobywają barykady szturmując drzwi i okna...To targowisko próżności. Cała reszta jest w rękach speców od marketingu. - Zobacz, oni sprzedają to, co inni chcą kupić.&lt;br /&gt;- Ja słyszę pańskie słowa, ale obawiam się, że nie pojmuje ich przesłania.&lt;br /&gt;- Bądź sobą Makary. To deficytowa umiejętność. Jeżeli jesteś wariatem, bądź nim aż do bólu.&lt;br /&gt;- To znaczy?&lt;br /&gt;- Odpowiedź znajdziesz w sobie.&lt;br /&gt;- Kim jest Adam Hanuszkiewicz?&lt;br /&gt;- To twój stryj Makary.&lt;br /&gt;- Nie pamiętam go, nic o nim nie wiem. Mam wewnętrzne przeświadczenie, że mój ojciec nie miał brata.&lt;br /&gt;- Nic bardziej mylnego. To twój stryj, a właściwie...Tak. To twój stryj.&lt;br /&gt;- O nic więcej nie pytam, o nic więcej już nie pytam, i tak mam już wystarczający mętlik w głowie. Chcę tylko trafić tam, skąd przyszedłem, nic więcej...&lt;br /&gt;- Chcesz wrócić na peron?&lt;br /&gt;- Nie...Nie! Jeszcze nie teraz. Nie! Chcę znaleźć drogę do Mistrza, do tej enklawy, pod ochroną rozcapierzonej palmy, do smaku anyżowej wódki...Do konwersacji o poezji, pamięci, patosie, pasztecie, pierdnięciu...&lt;br /&gt;- W takim razie, idź prosto. Idź prosto przed siebie. Nie skręcaj ani w lewo ani w prawo. Nie trącaj nikogo. Nie powielaj cudzych pomysłów. Bądź magiem prozy i pisz! Pisz o przestrzeni pomiędzy robotnikiem a poetą, pensją i zasiłkiem dla bezrobotnych, tym, co zrozumiałe i niepojęte. Rozumiesz?&lt;br /&gt;- Nie! Nic nie rozumiem...Nic...&lt;br /&gt;- I właśnie tego się trzymaj Makary...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MISTRZ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Olbrzymia, kolorowa, mydlana bańka zakończyła swój żywot głuchym „pyk”.&lt;br /&gt;Makary ocknął się z zamyślenia...&lt;br /&gt;- No! Nareszcie. -  Mistrz rozłożył ręce, wcześniej chowając małe naczyńko z mydlinami z boku donicy. -  A alkohol wietrzeje...&lt;br /&gt;- Przepraszam. - Makary zdziwiony swoim nagłym pojawieniem, spoczął na swoim miejscu. - Miałem pouczającą prelekcję. - Przypomniał sobie.&lt;br /&gt;- W toalecie?&lt;br /&gt;- Tak. Spotkałem Sprzedającegowiersze.&lt;br /&gt;- O? Widziałem jak wychodził, zresztą ty też, widocznie miał ważny powód, aby wrócić...Ale wypijmy.&lt;br /&gt;Wypili.&lt;br /&gt;- Nie smakuje mi ten anyż... – Przyznał - Mam skojarzenia z jakimś innym krajem...Ale mniejsza o to.&lt;br /&gt;- I co, jesteś zadowolony z rozmowy?&lt;br /&gt;- Czy zadowolony, nie wiem. Za to wiem jak mam na imię.&lt;br /&gt;- Makary. -  Mistrz odpowiedział za niego&lt;br /&gt;- Tak! Skąd pan wiedział?&lt;br /&gt;- To pan traci pamięć nie ja? - Odpowiedział nieco wykrętnie.&lt;br /&gt;- O nie! -  Zaprotestował Makary grożąc palcem - Wie pan o mnie więcej niż mówi, to nie fair!&lt;br /&gt;- Tak pan sądzi?&lt;br /&gt;- Tak sądzę! Właśnie tak sądzę! Kurwa mać!&lt;br /&gt;Mistrz widocznie miał dobrą zabawę, uśmiechał się pod nosem, sącząc drobnymi łyczkami swoją herbatę w miniaturowej filiżance.&lt;br /&gt;- Uspokój się Makary. Musisz sam dojść do tego, kim jesteś.&lt;br /&gt;Zdziwiony reakcją na jego mało wyszukany wulgaryzm zamilkł, i próbując znaleźć pokój ducha postanowił czekać na rozwój wypadków. Mistrz wiedział o nim dużo więcej niż mógł sobie wyobrazić, ale tylko z jemu ważnych powodów nie chciał tego ujawniać. Coś było z nim nie tak. Tylko, co? Nie wiedział.&lt;br /&gt;- Po co to cała szopka? -  Spytał wreszcie. O ile słodka niewiedza bywa czasem błogosławieństwem, o tyle w tym przypadku była niczym ość w gardle.&lt;br /&gt;- Czekasz na życiorys instant? Taki, co wlewasz do kubka, zalewasz wrzątkiem i bełtasz?&lt;br /&gt;- Ale...Ja bez przerwy tracę pamięć... -  Zauważył słusznie Makary.&lt;br /&gt;- I chwała Bogu. Być może gdybyś jej nie tracił, ponownie chciałbyś popełnić jakieś głupstwo.&lt;br /&gt;- Co ja takiego zrobiłem, że nie chce mi się żyć? -  Zapytał tak na wszelki wypadek.&lt;br /&gt;- Problem w tym, że nie chce ci się żyć, ponieważ czegoś nie zrobiłeś! Do czegoś nie doszedłeś...&lt;br /&gt;- Jak to...Nie zrobiłem...Nie doszedłem? -  Nie krył, że zbił go tym stwierdzeniem z tropu. Po czy westchnął, ocierając się o rozpacz. Pomyślał, że Bóg może zrobić z nim, co zechce. I jakichkolwiek nie zakładałby masek cynizmu, nie był wstanie poradzić sobie z tą otchłanią rozpaczy. Fatalizm, którego był wyznawcą powodował, że czuł się fatalnie, a smak anyżowej, greckiej wódki raczej go pogłębiał. A może pognębiał. &lt;br /&gt;Mówiąc po ludzku: - Czuł się fatalnie.&lt;br /&gt;- Nie chciałbym teraz o tym mówić, powiem tylko, że potrzebujesz takiej psychicznej dekompresji, rozumiesz?&lt;br /&gt;- Staram się.&lt;br /&gt;- Twoje doświadczenia nakładały się przez kilka dziesiątek lat, warstwa po warstwie, powoli, przyzwyczajałeś się do świata i samego siebie, nie mogę teraz tego wszystkiego, co z ciebie wyleciało załadować łopatą, nie da się. A poza tym musimy zrobić wstępną selekcję. Słuchasz mnie?&lt;br /&gt;- Selekcję? -  Ocknął się z zamyślenia.&lt;br /&gt;- Być może skorzystasz z szansy, aby uwolnić się od niechcianych wspomnień.&lt;br /&gt;- A są takie?&lt;br /&gt;- Być może.&lt;br /&gt;- Mam rodzinę?&lt;br /&gt;- A któż jej nie ma?&lt;br /&gt;- Chodzi mi o żonę, dzieci.&lt;br /&gt; W tym miejscu Mistrz powiedział coś, co Makary natychmiast wrzucił do śmietnika podświadomości.&lt;br /&gt;- A więc mam!?&lt;br /&gt;- To nie chodzi o to czy masz czy nie. To są suche fakty. Chodzi o ciebie. Kim ty jesteś a nie, co masz a czego nie, i w jakich relacjach z tym jesteś...Rozumiesz? Co ci to da, kiedy teraz mówię ci, że masz żonę, dzieci? A nie mówię i nic nie powiedziałem. - Mistrz obserwował uważnie jego reakcje. -  Teoretyzuje tylko, aby naświetlić ci problem. Pomyśl, jakie zadałbyś kolejne pytanie, kiedy powiedziałbym ci, że jesteś żonaty?&lt;br /&gt;- Kim jest moja żona, jak wygląda...? - Zgadywał.&lt;br /&gt;- No właśnie. Najpierw musisz znaleźć siebie, i jeżeli udźwigniesz ten ciężar, cała reszta przyjdzie sama. Ustalmy priorytety. Szukamy ciebie, a dokładniej to ty szukasz samego siebie. A więc co już masz?&lt;br /&gt;- Adama, Hanuszkiewicza... - Próbował zbagatelizować problem, ale chyba mu to nie wyszło. Przynajmniej nie tak, jakby tego sobie życzył.&lt;br /&gt;- Ok., Dalej!&lt;br /&gt;- Jestem w średnim wieku...&lt;br /&gt;- Dalej!&lt;br /&gt;- Mam na imię Makary i napisałem wiersz „Obierki”&lt;br /&gt;- Okej, ale to nie jest mój ulubiony wiersz  -  uśmiechnął się  - Dlatego jeszcze nic nie kupiłem od Sprzedającegowiersze, nie ta estetyka. Co jeszcze?&lt;br /&gt;- Obrazy Paula Delvaux?&lt;br /&gt;- Świetnie.&lt;br /&gt;- Pytanie, czy chciałem popełnić samobójstwo, ponieważ straciłem pamięć, czy straciłem pamięć, ponieważ próbowałem popełnić samobójstwo? O ile chciałem popełnić samobójstwo, albo, co gorsza, czy ja miałem jakąkolwiek pamięć?&lt;br /&gt;Pytania się mnożyły. Były to raczej retoryczne pytania, ale niezaprzeczalnie miały wyjątkowy talent do rozrodu.&lt;br /&gt;- A propos pamięci, przypomniała mi się pewna anegdota, może w tej chwili nie na miejscu.&lt;br /&gt;Oczywiście, że nie na miejscu.&lt;br /&gt; - Ale bardzo zabawna. Pewnego razu Honoriusz Balzak wychodził z restauracji chwiejnym krokiem a za nim, po chwili wybiegł garson i woła: - Mistrzu, mistrzu, zapomniał pan zapłacić. Balzak przystanął, odwrócił się na pięcie i ze stoickim spokojem odpowiedział: Chłopcze ja właśnie po to pije, aby zapomnieć. -  Mistrz uśmiechnął się od ucha do ucha.&lt;br /&gt;- Balzak? To pisarz prawda?&lt;br /&gt;- Tak. Pisarz...&lt;br /&gt;- Francuski?&lt;br /&gt;- Francuski. Brawo.&lt;br /&gt;- Ale miał jakiś związek z Polską.&lt;br /&gt;- O tak! -  Mistrz nie krył entuzjazmu.&lt;br /&gt;- Balzak...? Dlaczego przypominam sobie pewne rzeczy a innych nie potrafię, nie uważa pan, że to dziwne?&lt;br /&gt;- Nie jestem psychologiem, więc nie będę wypowiadał się na ten temat. - Skwitował.&lt;br /&gt;- Kurwa, nie wiem czy mam żonę, czy mam dzieci, czy znałem Rybowicza, a wiem o jakimś tam Balzaku!&lt;br /&gt;- Ja w twoim wieku wolałem kupić książkę i chodzić w dziurawych butach... -Uległ nostalgii wspomnień. - Kto wie, może i dla ciebie literatura stała się chorobliwą obsesją.&lt;br /&gt;- Kto wie?! Ty wiesz! Ty!!!! -  Wykrzyczał Mistrzowi w twarz nie dbając już o konwenanse.&lt;br /&gt;- Zamknij się, ludzie patrzą! -  Rzekł stanowczo.&lt;br /&gt;- Mam w dupie ludzi...W dupie... Ach...  -  Zakończył monosylabą.&lt;br /&gt;- Analizuj swoje reakcje na różne bodźce, to chyba najlepszy sposób poznawania samego siebie.  -  Zauważył z przekąsem Mistrz.&lt;br /&gt;Mistrz prawdopodobnie był mistrzem ciętych ripost.&lt;br /&gt;- Cóż, poniosło mnie...Przepraszam. Może masz rację z tą selekcją wspomnień...Kiedy zobaczyłem swoje odbicie w lustrze, ciężko było mi zgodzić się z tym faktem...Jestem nosicielem zupełnie obcej twarzy... -  Makary chwytał powietrze niczym ryba na brzegu. A poza tym zaczął rozczulać się nad sobą, co nie było wcale pierwotną intencją autora.&lt;br /&gt;- Nie demonizuj. To jest twoja twarz, zapewniam cię. -  Mistrz strzelił palcami na kelnera, który właśnie wyłaniał się z mgły, pokazując dwa palce w kształcie litery „V”.&lt;br /&gt;Kelner, rzecz jasna nie był członkiem Solidarności i znak ten, jako bardzo dobry profesjonalista, odczytał bezbłędnie jako Vodka. I to Vodka dwa razy!&lt;br /&gt;Makary w głębokiej konspiracji wyciągnął nogi spod stolika i zaczął analizować stan swojego obuwia. Był fatalny.&lt;br /&gt;- Muszę sobie kupić nowe buty. - Oświadczył.&lt;br /&gt;- Tylko nie przechodź obok księgarni w drodze do sklepu obuwniczego. - Ostrzegł Mistrz&lt;br /&gt;Kelner postawił przed nimi kolejną porcję alkoholu.&lt;br /&gt;-  No. To za nowe buty! - Wzniósł toast Mistrz.&lt;br /&gt;- Za buty!&lt;br /&gt;Anyż! Jak Mistrzowi mogła smakować ta wódka?&lt;br /&gt;A Makary? Z jakim krajem ją kojarzy? Co przypomina mu ten specyficzny smak? Makary obudź się z błogiego letargu amnezji. Słońce, plaża, morze, anyż...A tak swoją drogą, ciekawe czy ma rodzinę...?&lt;br /&gt;- Cóż, mój przyjacielu, będziemy chyba zwijać żagle, zapraszam cię do siebie... Mistrz złożył banknot na pół i wsunął pod spodek z filiżanką. Wstał. - Chodźmy.&lt;br /&gt;- Chodźmy? Tak po prostu? - Makary obudził się z letargu&lt;br /&gt;- Masz inny pomysł?&lt;br /&gt;- Nawet pana nie znam.&lt;br /&gt;- Daruj sobie pana, skoro już jesteśmy na ty. Wstawaj! Wsta-Waj!&lt;br /&gt;Mistrz jak na swój wiek, wstał bardzo zdecydowanie i nie oglądając się za Makarym ruszył w stronę wyjścia, wystukując rytm obcasami o marmurową podłogę.&lt;br /&gt;Makary wstał niepotrzebnie ociągając się, gdyż nie było nikogo, na kim, jego ociąganie zrobiłoby jakiekolwiek wrażenie. Na chwilę utkwił wzrok w wystającym spod filiżanki banknocie, przez sekundę walcząc nad pokusą wyciągnięcia go stamtąd. I wtedy pomyślał o selektywnej odbudowie swojej pamięci. Odwrócił się na pięcie i dogoniłem Mistrza. Ten nie odwracając głowy rzekł rozbawionym głosem:&lt;br /&gt;-  Miałbyś na nowe buty, co?&lt;br /&gt;W pierwszym odruchu chciał zaprotestować przeciwko jego insynuacjom, ale zaraz zrozumiał ze wyszedłby na jeszcze gorszego idiotę niż był w rzeczywistości.&lt;br /&gt;- Na buty! Nawet nie wiem czy starczyłoby mi na buty. -  Tłumaczył się jak idiota, którym myślał, że nie jest.&lt;br /&gt;- Zapewniam cię, że tak! I to bardzo dobre.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ZACZAROWANA PRZEJAŻDŻKA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szatniarz pomógł Mistrzowi założyć płaszcz tak, aby nie uszkodzić lotek, i po kurtuazyjnym pożegnaniu znaleźli się na zewnątrz Proletaryatu. Deszcz, o ile padał, przestał padać. Powietrze było wilgotne, ale bardzo rześkie. Niebo częściowo rozchmurzone migotało światłem gwiazd, za kłębiastej szarej chmury właśnie wyłonił się księżyc.&lt;br /&gt;- Pięknie prawda? - Usłyszał głos Mistrza.&lt;br /&gt;- Tak... - Odpowiedział Makary zachwycony nową dekoracją.&lt;br /&gt;- Brakuje tylko zaczarowanej dorożki...? Co...?&lt;br /&gt;- Tak... - Rzekł nieco zamyślony, po czym spojrzał na Mistrza i powtórzył: &lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;I wtedy usłyszał stukot końskich kopyt. Był coraz głośniejszy. Dorożka wyłoniła się z półmroku, konik parsknął dwa razy a dorożkarz zawołał: PRRRRRR!&lt;br /&gt;- Jest i dorożka. -  Mistrz bawił się doskonale. -  Czyż życie nie jest piękne.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór Mistrzowi - odezwał się dorożkarz ściągając swój śmieszny cylinder i ignorując skromną postać Makarego. -  Do domu Mistrz sobie życzy?&lt;br /&gt;- Do domu też, ale najpierw przejażdżka.&lt;br /&gt;- Trasa jak zwykle?&lt;br /&gt;- Jak zwykle, póki nie pada, panie Stanisławie...A to mój przyjaciel - przedstawił Mistrz - Makary...&lt;br /&gt;- Makary? -  Zdziwił się pan Stanisław -  To tak, jak temu chłopaczkowi, którego przygniótł mój motor...&lt;br /&gt;- Potem, panie Stanisławie, potem - przerwał Mistrz zajmując miejsce w dorożce.&lt;br /&gt;Makary usiadł obok z niesamowitym przeświadczeniem, że wkracza w magiczną przestrzeń zbliżoną do realizmu, a w jego głowie ujawniło się nazwisko, Gałczyński. Pan Stanisław strzelił lejcami i konik ruszył z gracją w nieznane.&lt;br /&gt;- Makary to bardzo rzadkie imię - wrócił do tematu pan Stanisław od czasu do czasu odwracając głowę. - Jest taki ruski święty, Makary.&lt;br /&gt;- Prawosławny. -  Mistrz poprawił braki w erudycji pana Stanisława.&lt;br /&gt;- Przecież mówię. - Upierał się przy swoim pan Stanisław.&lt;br /&gt;Mistrz dał swojemu młodszemu towarzyszowi kuksańca w bok i szepnął do ucha:&lt;br /&gt;- Będziemy mieli wykład na temat wyższości socjalizmu nad kapitalizmem...&lt;br /&gt;- Wszystko słyszałem. - Triumfował pan Stanisław.&lt;br /&gt;- A pan -  Teraz zwrócił się bezpośrednio do Makarego. - jakie ma zdanie?&lt;br /&gt;- To zależy, o co chodzi? -  Odpowiedział niepewnie.&lt;br /&gt;- Socjalizm był dobry czy zły, na ten przykład?&lt;br /&gt;- Wie pan co, ja mam luki w pamięci... - Spojrzał na Mistrza, aby wziął go w swoją obronę.&lt;br /&gt;- Jak to luki? No wio... – Dorożkarz zerknął na niego spode łba. - Nie wiem jak to jest z panem, ale znam takich, co teraz plują na Polskę Ludową, która ich wykształciła, a teraz mają luki!&lt;br /&gt;- Polska ludowa... -  Poczuł metalową obręcz na głowie, ale nic nie potrafił sobie przypomnieć, oprócz nazwiska, Gałczyński.&lt;br /&gt;- Panie Stanisławie, proszę nie męczyć Makarego, on ma rzeczywiście problem z pamięcią.&lt;br /&gt;- Skoro pan tak twierdzi. - Rzekł nieco uspokojony, po czym sięgnął do kieszeni i wyciągnął zmiętą paczkę tanich papierosów. -  Wiem, że Mistrz nie pali, a pan?&lt;br /&gt;- Nie wiem, ale chyba nie...&lt;br /&gt;- Jak pan zapali to będzie pan wiedział. - Podsunął Makaremu paczkę pod nos.&lt;br /&gt;Spojrzał na Mistrza, ten wzruszył tylko ramionami. Makary wyciągnął papierosa bez filtra i złapał pudełko z zapałkami. Zapalił i zaciągnął się dymem, papieros był mocny, ale nie na tyle aby się zakrztusić.&lt;br /&gt;- Mur beton palił pan! - Stwierdził pan Stanisław, odbierając ode niego zapałki. - To robotnicze.&lt;br /&gt;- Robotnicze? - Palenie papierosa stawało się coraz przyjemniejszym zajęciem.&lt;br /&gt;- Tak się nazywają, robią go z najgorszego tytoniu, są tanie i mocne z dużą zawartością nikotyny i ciał smolistych. - Kpił w żywe oczy z zarządzenia ministerstwa zdrowia i innych ciał społecznych.&lt;br /&gt;- Trucizna. - Beznamiętnie stwierdził Mistrz - Ale nie potępiam, sam paliłem.&lt;br /&gt;- Wiecie co mnie najbardziej w tym kapitalizmie wkurza? Że wielkimi literami piszą na papierosach PALENIE ZABIJA. &lt;br /&gt;- A co, nie zabija?!&lt;br /&gt;- A jak tak w mordę jeża, zwalniają setki ludzi z fabryk i wywalają na bruk, to co? Albo co było z Jaśkiem Wiśniewskim, znał go pan przecież, chłop pół życia przerobił w fabryce i się powiesił z tego wszystkiego, jeszcze mu nawet parę miesięcy zasiłku dla bezrobotnych zostało. Załamał się chłop i powiesił, żonę i czwórkę dzieci zostawił...&lt;br /&gt;- Trójkę. - poprawił Mistrz.&lt;br /&gt;- A co to za różnica, a „te” -  pan Stanisław nie mógł znaleźć odpowiedniej inwektywy - Niby tak troszczą się o zdrowie człowieka, palenie zabija, tfu!&lt;br /&gt;Polska Ludowa? Coś mu to mówi. Socjalizm, kapitalizm. Bóg, honor, ojczyzna. &lt;br /&gt;- Na ten przykład. Mieszka u nas w kamienicy. W oficynie znaczy. Kobita z czwórką dzieci, pokój i ślepa kuchnia tylko...&lt;br /&gt;- Z czwórką? - Upewniał się Mistrz.&lt;br /&gt;- Tak...No...Wio stara...&lt;br /&gt;- A!&lt;br /&gt;- Ona ma córkę, też jej Zosia jest, tylko, że po innym ojcu, artyście ponoć... No wio stara!&lt;br /&gt;- A co z jej mężem? -  Wtrącił swoje trzy grosze, dziwnie podekscytowany Makary.&lt;br /&gt;- Wyjechał parę lat temu, jeszcze jak w blokach mieszkali. Podobno jakąś babę tam poznał i został...Wtedy jeszcze wizy były...Ale nie ważne...Zresztą ciągle miał jakieś gorzkie żale o tego artystę... No... Chodzi o to, że jakby roboty nie stracił, to siedziałby może na dupie...I do dziś wszyscy...E! Niech oni lepiej napiszą, że kapitalizm zabija, a nie palenie.&lt;br /&gt;Nikt nie podjął tematu. Mistrz widocznie znał już na pamięć całą retorykę pana Stanisława, a Makary, cóż, w jego głowie niczym na rozpędzonej karuzeli ścigały się trzy słowa: Bóg, honor, ojczyzna. Instynkt podpowiadał mu, że Polska Ludowa to pojęcie dla niego pejoratywne, ale wywody pana Stanisława, wydawały mu się bardzo interesujące. Wyrzucił niedopałek papierosa na ulice i zapytał:&lt;br /&gt;- No i co z tą kobietą?&lt;br /&gt;- Co? Nic! Dostała eksmisję z bloków, jak stary przestał funty z Anglii słać. Pracowała u prywaciarza w sklepie, na pół etatu niby, ale tak naprawdę po osiem, dziewięć godzin, na życie to może i od biedy jej starczyło, ale nie na opłaty. Zalegała z czynszem, więc ją wywalili... A nasz Mistrz jest piewcą kapitalizmu. - Zakończył z nieukrywanym zarzutem.&lt;br /&gt;- Panie Stanisławie, jestem jednakowym wrogiem zwyrodniałego kapitalizmu jak i socjalizmu, z tym, że własność prywatna to świętość i kropka.&lt;br /&gt;- Dobrze, że jeszcze jest nas w kamienicy kilku ze starej daty, bo mnie panie już ósmy krzyżyk idzie, tak, że pomagamy kobiecie, jak kto może. -  Zignorował tłumaczenie Mistrza . - Bo młodzi panie przed komputerami siedzą...No wiśta! Poza robotą i komputerem to świata nie widzą. Nawet się panu nie ukłonią, nikt nikogo nie zna...&lt;br /&gt;Makarego zatkało, bynajmniej nie z powodu wywodu pana Stanisława, nie mógł uwierzyć własnym oczom... Wjechali na peron! &lt;br /&gt;- Albo na ten przykład ta stacja, kiedyś to ona nazywała się, Majowa, a teraz stacją samobójców, dobrze, że człowiek już stary i niewiele mu zostało, bo jakby miał dłużej żyć w takim świecie to tylko wziąć silny rozpęd i rzucić się pod służbowy skład. Bo wie pan...&lt;br /&gt;Makary oderwał wzrok od pleców pana Stanisława, aby wpatrzeć się w miejsce, z którego trzeba wziąć rozbieg. Potem spojrzał w górę gdzie całkiem nie tak dawno widział puchacza. Ptak siedział na swoim miejscu. Dopiero teraz Makary zauważył, że to nie dorożka. A pan Stanisław to nie kto inny jak Stanisław Kurzawa. Makary nie wiedział, dlaczego, ale myśl o samobójstwie jakoś nie pasowała do jego osobowości. Chyba prędzej byłby zdolny do morderstwa. A może już kogoś zabił? I dlatego chciał skończyć z sobą! Kurzawa uśmiechał się do jego myśli. Chwila, czy facet, który pisze wiersze może być zdolny do morderstwa? Wątpił. Ale pewności nie miał, i mieć nie będzie dopóki nie wróci mu pamięć...&lt;br /&gt;- Ja już ci przywrócę pamięć! -  Kurzawa zanosił się od śmiechu. -  Niby taki mądrala a dał się nabrać na starą sztuczkę z dorożką.&lt;br /&gt;Ojej, a jeżeli powrót pamięci przyniesie jakieś okropne fakty!? Co mu chciał zasugerować Mistrz wspominając o selektywności? Czy jego pojawienie się na peronie było dziełem przypadku? A co takiego miał na myśli Sprzedającywiersze imputując Mistrzowi „przedstawienie”. Czy to jakaś gra? I dlaczego prześladuje go ten puchacz? Czy to, co teraz właśnie przeżywa, to nie daj Boże, jakiś strumień podświadomości. O strumieniu świadomości już chyba słyszał, ba, był pewny, że on już dawno przebrzmiał. Albo jestem – Myślał - pod działaniem jakiś psychotropów, a sztab psychiatrów w tym czasie robi sobie notatki. No i co z tą psychodramą? Jaką psychodramą...? I kto to jest Gałczyński?&lt;br /&gt;- Panie Kurzawa - wyrwał się z lepkich macek szalonych myśli - Czy ja jestem może jakimś królikiem doświadczalnym?&lt;br /&gt;Kurzawa...Pan Kurzawa...Myśli...&lt;br /&gt;NA GAŁĘZIACH! ZAMIAST LIŚCI! BĘDĄ WISIEĆ! KOMUNIŚCI!!!&lt;br /&gt;- Ładna piosenka. Podoba ci się Makary, co?! - Kurzawa nie był dziś w dobrym humorze, chociaż jego, naturalnie przyjazny uśmiech, błąkał się gdzieś po zmęczonej twarzy. - Siadaj, musimy dokończyć naszą rozmowę.&lt;br /&gt;- Postoję! -  Wycedził przez zęby Makary.&lt;br /&gt;- Siadaj kurwa! - Tak! Kurzawa nie był w najlepszym nastroju.&lt;br /&gt;Gałczyński...Makary odkrywał w sobie obraz ojca. Ojciec? Widzi go jak stoi na trybunie honorowej. Widzi dwa pochody, komunistyczny i antykomunistyczny. Ojciec ma czerwony krawat i znaczek pierwszomajowy w klapie marynarki. A potem ta regularna bitwa z zomo...Huk petard, gazy łzawiące, wycie syren, armatki wodne. Boli go głowa! Ojciec...&lt;br /&gt;Bolą go plecy, ma zdrętwiałą wargę, rusza mu się górna jedynka. Oberwał?&lt;br /&gt;Spojrzał na Kurzawę.&lt;br /&gt;Nie usiadł!&lt;br /&gt;Kurzawa nie był na tyle głupi, jak ci gliniarze z kawałów. Próbował wziąć go na huki. Nie udało się. Trudno. Wiedział... Wiedział, że Makary da się zabić, żeby tylko zrobić ojcu na złość. Tak, Kurzawa wiedział, że Makary wie, że on wie...&lt;br /&gt;Dobra. Dobra...&lt;br /&gt;- Widzę, że się nie pokochamy. -  Westchnął jakoś tak ciężko, głęboko, prawdziwie.&lt;br /&gt;Makary czuł, jak zbiera w nim złość. Patrzył na siedzącego za biurkiem pana Kurzawe i nagle zobaczył twarz zomowca, który walnął go pięścią w twarz. Widział ten jadowity uśmiech...Makary w tej chwili był gotowy go zabić! A więc, czyż go nie zabił?&lt;br /&gt;A teraz kolega jego ojca siedzi za biurkiem, pamiętającym być może czasy Bieruta, i go magluje! Jaki ten świat jest popierdolony!&lt;br /&gt;- Co mi tu pan pierdoli!? Ślepy pan jest, panie Kurzawa czy co? Nie widzi pan, jak ja wyglądam?! Jeden skurwysyn z pańskiej firmy o mało mnie zabił a ja mam was kochać?!... -  Zamilkł przestraszony mocą swoich słów. - ...Sami, kurwa, dolewacie oliwy do ognia... - Dokończył już nieco ciszej.&lt;br /&gt;Kurzawa wystukiwał ołówkiem rytm na biurku. Może ten rytm przynosił mu jakieś ukojenie. Widać było, że jest spięty, i tylko przez wzgląd na przyjaźń z ojcem Makarego powstrzymywał się od bardziej kategorycznych reakcji.&lt;br /&gt;- Posłuchaj no, młody człowieku. - Kurzawa starannie dobierał słowa. - Nie przeczę, ten bydlak, który cię tak urządził to rzeczywiście kawał skurwysyna! - Wstał. Bawił się jeszcze przez chwilę ołówkiem, po czym odłożył go do przybornika. Spojrzał odważnie w oczy Makaremu, a jego, już słynny uśmiech zaczął powracać na swoje miejsce. - Myślisz, że skurwysynów nie ma po twojej stronie?...Słuchaj uważnie, co ci teraz powiem. Być może, ta znienawidzona przez was komuna padnie...Jako miłośnik historii sam wiesz, że nie takie imperia padały...Tak...Może być... -  Obszedł biurko. - Słuchasz mnie chłopcze? Może być, że kiedyś to ty będziesz siedział za tym biurkiem. Makary!... -  Westchnął widzą brak, jakiejkolwiek reakcji. Ale nie poddał się. - I będziesz maglował jakiegoś młodego komunistę, który ma w dupie nowy, kapitalistyczny porządek świata...Hm... Boję się Makary, że z bagażem nienawiści, od której o mało co nie pękniesz, będziesz gorszy od tego skurwysyna, który skopał ci dupę. - Zamyślił się i siadłszy za biurkiem wziął się za ponowne wystukiwanie rytmu za pomocą służbowego ołówka. - Stary, nienawiść jest zawsze taka sama, niezależnie od koloru sztandaru, który ją firmuje...&lt;br /&gt;Kurzawa spojrzał na Makarego, czekając na jego reakcję. Ale ten stał jak słup soli.&lt;br /&gt;- I powiem ci jeszcze jedno... - Uśmiechnął się pod nosem. - Musiałem wypuścić twoich pokrzykujących na ulicy kolesiów...No, żeby mi komisariatu ze strachu nie zasrali.&lt;br /&gt;- To chwalebne z pana strony. No i klasa robotnicza w osobie waszej sprzątaczki, będzie miała mniej do roboty. Tak, to bez wątpienia chwalebne.&lt;br /&gt;Kurzawa udał, że nie słyszy.&lt;br /&gt;- Ale ty, oczywiście jesteś inny! Tak! –  Zapalił papierosa i pchnął paczkę klubowych w jego kierunku, dając znak głową żeby usiadł i zapalił. - Jesteś jak twój ojciec, stary, uparty kozioł. A wasz problem polega na tym, że stoicie po obu stronach barykady.&lt;br /&gt;Makary usiadł wygodnie i zapalił. - Słucham...&lt;br /&gt;Zanosiło się na dłuższą pogawędkę. Kurzawa bez wątpienia wychowany był na dziełach Makarenki a Makary robił za jednego z bezprizornych, których system ma obowiązek odzyskać.&lt;br /&gt;- To co? Jak to będzie? Według słów waszej  demokratycznej piosenki, będziecie nas wieszać na gałęziach w charakterze liści. Wiesz co Makary, przełóżmy to na jesień.&lt;br /&gt;- Nie rozumiem?&lt;br /&gt;- Co to za liść? Czerwony! Jesienią to jakość ujdzie, no i długo nie będziemy wisieć. A potem przyjdzie  zima, i śnieg wszystko przykryje...&lt;br /&gt;- Trudno, nasza do was nienawiść, to wasza zasługa!&lt;br /&gt;- Tak. Tak! Owszem, nasza...Za trzęsienie ziemi w Japonii też jesteśmy odpowiedzialni. Nie wiedziałeś o tym?&lt;br /&gt;- Ha, ha. - Makary próbował parodiować głos Piotra Fronczewskiego.&lt;br /&gt;- No dobra. Musimy zakończyć naszą miłą konwersację. Może kiedyś jeszcze porozmawiamy. Gdzieś przy piwie, bo teraz Makary, odnoszę wrażenie, że myślisz raczej obolałą dupą a nie głową... Jesteś wolny.&lt;br /&gt;- Jak to wolny? – Zaprotestował. - Nie wsadzi mnie pan na 48?&lt;br /&gt;- Nie. - Kurzawa wzruszył ramionami. - Nie uważasz, że i tak macie aż nadto męczenników? Nie mieścicie się już w panteonie, a po co później macie się użerać pomiędzy sobą?&lt;br /&gt;- Ale...&lt;br /&gt;- A teraz, czy mógłbyś łaskawie zejść mi z oczu. - Prawie poprosił.&lt;br /&gt;Makary podszedł do drzwi, po czym wrócił się, aby zgasić ostentacyjnie niedopalonego papierosa.&lt;br /&gt;- Prędzej czy później panie Kurzawa i tak będzie zmuszony mnie pan zamknąć.&lt;br /&gt;- Spierdalaj Makary! - Skomentował jego proroctwo. - I nie przeginaj pały, dobrze ci radzę!&lt;br /&gt;Makary wrócił bez komentarza do drzwi.&lt;br /&gt;- A, i jeszcze jedno! - Kurzawa zawiesił na chwilę głos. -Ty nie walczysz z komuną Makary!&lt;br /&gt;- O! - Udał zdziwienie. - A z kim? Z wiatrakami?&lt;br /&gt;Kurzawa wziął głębszy oddech, odłożył ołówek, którym cały czas wystukiwał rytm i spojrzał na niego niesamowicie zimnym wzrokiem.&lt;br /&gt;- Ty walczysz ze swoim ojcem.&lt;br /&gt;W odpowiedzi Makary trzasnął drzwiami jego biura, a cała pajęczyna oderwała się od sufitu i legła na podłodze.&lt;br /&gt;Kurzawa wyskoczył za Makarym.&lt;br /&gt;- Chcę żebyś o tym wiedział gówniarzu. Żebyś żył z bolesną świadomością tej prawdy! Gdyby to twój stary był w opozycji, to ręczę ci, żebyś siedział po uszy w PZPR! Wypuść go Adaś...&lt;br /&gt;Pan Hanuszkiewicz siedzący w dyżurce nacisnął dzwonek. Makary pchnął kratę i po chwili znalazł się na peronie. Przez chwilę miał wrażenie, że widzi na ścianie cień swojego ojca, ale pewności nie miał. I mieć nie powinien, a więc nie miał...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Śpisz? - Wyrwało go z odrętwienia pytanie Mistrza.&lt;br /&gt;- Nie, nie śpię, myślę...&lt;br /&gt;- ...No i co z tego, że każdy ma teraz paszport w szufladzie, skoro nie ma pieniędzy na wczasy. Ja za komuny to co roku jeździłem z moją Balbiną i dziećmi, raz nad morze a raz w góry, a dwa razy to nawet byliśmy w Bułgarii. Paszport, wielka mi rzecz, teraz to i na dowód można przecież jeździć po tej „job twoju mać” unii. - Makary zastanawiał się, ile to cennych informacji o Polsce Ludowej stracił z powodu swojego zamyślenia. Pan Stanisław kontynuował nie zważając na to czy jest słuchany czy też nie.&lt;br /&gt;- Panie, jak kto służył ojczyźnie to od władzy ludowej jeszcze medal dostał, a kto rył pod nią to i słusznie do pierdla szedł. A teraz to niby co? Sprawiedliwość niby i demokracja! Albo na ten przykład ta Zosia, co u nas w oficynie mieszka, jak razem ze swoim pracowali w fabryce to mieszkanie w bloku po trzech latach dostali, i jeszcze fabryka dała pożyczkę na kredyt do spółdzielni. A jak fabrykę zamknęli, roboty zabrakło to przyszedł kapitalizm i Zosię eksmitowali. Panie kapitalizm jest dobry, ale dla kapitalistów, a ta dzisiejsza władza to im, znaczy kapitalistom z ręki je i jeszcze merda swoim świńskim ogonkiem.&lt;br /&gt;- Coś dzisiaj jest pan wyjątkowy cięty na naszą demokratycznie wybraną władzę. - Zżymał się Mistrz.&lt;br /&gt;- Ja tam za demokracją nie jestem, władza powinna być silna, ale sprawiedliwa, kto tam kiedyś słyszał o narkotykach w szkole? A teraz panie wszystko wolno, wolność panie jest! Wprowadzili religię do szkół, nawieszali krzyżyków i myśleli, że to załatwi problem. A teraz panie to dopiero wylazł problem. Dzieci na religię mówią rela czy jakoś tak, a pod krucyfiksem dilerzy sprzedają narkotyki. Panie, jak moje dzieci chodziły do szkoły, to wszyscy w granatowych mundurkach, białych kołnierzykach i tarczą szkolną na rękawie. A do czasów Gierka to wisiały nawet portrety Gomułki i Cyrankiewicza. Krzyż panie był tam gdzie jego miejsce, w kościele i religia też, kto chciał szedł, moje dzieci też chodziły, bo nie zabraniałem. A narkotyków nie było.&lt;br /&gt;- Trzeba by, panie Stanisławie zrobić bilans plusów i minusów, i wtedy by wyszło, co jest lepsze...&lt;br /&gt;- E tam!  - Uciął krótko - Jaki jest koń każdy widzi...Na papierze Mistrzu to wszystko za każdym razem dobrze wychodzi, i wzrost gospodarczy i budownictwo mieszkaniowe i...Wszystko, ale to na papierze. Jaki jest koń każdy widzi, po co mi papier, że moja Baśka to krowa, skoro ja widzę, że to koń, a dokładnie klacz. Mówili panie, że nasz polski socjalizm miał ludzką twarz i to święta prawda była! A jaką twarz ma teraz nasz polski kapitalizm? Wszyscy panie pielgrzymują albo do Watykanu albo Częstochowy i co? I gówno. Kiedyś pielgrzymowali do Moskwy i był porządek...Albo na mecze jak się szło, panie...Ja pamiętam jak młody Włodek Lubański zaczynał piłkę kopać. Na mecz panie to szło się całą rodziną z dziećmi. To majówka była, sielanka panie...A teraz, bandyci stadiony opanowali, szalikowce jakieś, a Mistrz mi tu o demokracji, za przeproszeniem, pierdoli!&lt;br /&gt;- To cena transformacji ustrojowej, za jakiś czas wszystko będzie jak trzeba. - Zapewnił Mistrz.&lt;br /&gt;- No, chyba, że komuna wróci. Ja bym tu się zatrzymał, lać mi się chce, a parę drzewek jest i ustronnie....PRRRRR. -  Zakończył swój polityczny wywód tak jakby z francuska, po czym, jak na swoje lata, zwinnie zeskoczył z kozła i stanął pod pierwszym drzewkiem.&lt;br /&gt;- A pan Makary jakiś taki małomówny, to prawda z tą pamięcią? - Zapytał jakby z potrzeby mówienia raczej.&lt;br /&gt;- Niestety, z tego, co pan mówił, niczego nie kojarzę... - Zastanawiał się czy dalej będzie miał blokadę z powodu sikania w towarzystwie. Ale nie!&lt;br /&gt;- Może to i czasem lepiej pewnych rzeczy nie pamiętać. - Rozmarzył się dorożkarz.&lt;br /&gt;- A co, panie Stanisławie, sumienie troszkę gryzie, jakieś grzeszki z poprzedniego ustroju przeszkadzają? - Spytał nieco zaczepnie Mistrz. - Może jakiś kwitek się podpisało, co?&lt;br /&gt;Pan Stanisław nic nie odpowiedział, zapiął rozporek a następnie poły płaszcza i sięgnął po papierosy, poczekał aż Makary skończy i poczęstował robotniczym.&lt;br /&gt;- Mistrz jest fajny człowiek, znam go od lat - przypalił mu papierosa chroniąc od wiatru zapałkę w garści - Ale niech pan nie słucha wszystkiego, co mówi...&lt;br /&gt;- Musicie na mnie poczekać, prostata.  -  Mistrz przerwał ich konspirację.&lt;br /&gt;Makary pokiwał głową, nie wiedząc, co odpowiedzieć.&lt;br /&gt;- Moje życie dobiega końca. - Kurzawa wypuścił dym w niebo. - Przez cały czas służyłem wiernie ludowej ojczyźnie, nie szczędząc czasu ani sił, a teraz okazało się, że jestem zdrajcą i sprzedawczykiem...Może to i lepiej, lżej będzie umierać.&lt;br /&gt;- Co też pan!&lt;br /&gt;- Taka jest kolej rzeczy, człowiek rodzi się, cierpi i umiera.&lt;br /&gt;- No, już idę.&lt;br /&gt;Zajęli, każdy swoje miejsce. Makaremu zrobiło się jakoś smutno po tym, co usłyszał od pana Stanisława, jego słowa uruchomiły pamięć, zobaczył jakieś ciepłe obrazy ze swojego dzieciństwa, pochód pierwszomajowy, sklep nabiałowy w małym miasteczku... Ale wszystko jakby nieme i szczątkowe, tak, że niczego nie mógł być pewien, oprócz tego „ciepła” właśnie...I wtedy po raz pierwszy przyszła mu ta myśl. Jeżeli odzyska pamięć napisze powieść o czasach pana Stanisława. Nie rozumiał tego do końca, ale jednego był pewien, że nie jest to impuls powodowany chwilą, ale zamiar, który nosił w sobie od dawna, a pan Stanisław jedynie o tym przypomniał.&lt;br /&gt;- Piękna noc, prawda. -  Zauważył Mistrz i zażądał potwierdzenia.&lt;br /&gt;- Tak, piękna... -  westchnął Makary.&lt;br /&gt;- Noc jak noc... - Skomentował pan Stanisław. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;                                                   * * *&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Sprzedającywiersze stał z zadartą głową obserwując od pewnego czasu znieruchomiałe wskazówki zegara na starej ratuszowej wieży. Nie wiedział, która była godzina albowiem czas stanął. (Jancio Wodnik niestety mylił się w tej kwestii). Zatrzymał się nurt rzeki. Pan Bóg zdrzemnął się na chwilę, odpoczywał i miał do tego święte prawo. Oprócz Sprzedającegowiersze na rynku nie było żywej duszy, a on, kiedy już się upewnił, że czas rzeczywiście stanął w miejscu, najnormalniej w świecie włożył do swojego podręcznego odtwarzacza kasetę z Bolero, Ravela i poprawiając sobie słuchawki na uszach, podrygując do taktu, ruszył przez nikogo nie niepokojony w sobie tylko znanym kierunku. Przy pomniku Wieszcza skręcił w Pasaż, minął Wały i po niespełna kilkudziesięciu krokach zatrzymał się przy obskurnej kamienicy, której elewacja była systematycznie obsrywana przez parę białych gołębi. Przy kamienicy stała dorożka. Koń był niczym wyrzeźbiony z marmuru, tylko spostrzegawcze oko mogło zobaczyć nikłe kłębuszki pary wydobywające się z jego nozdrzy. Dorożkarz z opuszczoną głową poruszał miarową sumiastymi wąsami niebezpiecznie przechylając się do zadka konia, tak, że Sprzedającywiersze chcąc nie chcąc musiał przywrócić go do bezpiecznej pozycji. Lewa dłoń Mistrza wisiała bezwładnie poza dorożką a prawa ledwo trzymała laskę, która za moment mogła upaść na podłogę. Po niemych ruchach jego warg można było wyczytać, że Mistrz deklamuje wiersz, Leśmiana pod tytułem Dziewczyna. Młodszy z mężczyzn natomiast bezceremonialnie oparty o ramię Mistrza pochrapywał sobie w najlepsze.&lt;br /&gt;Sprzedającywiersze uśmiechał się pod nosem. Delikatnie uwolnił Mistrza od skrzydeł, a w dłoń włożył laskę realności. Stał tak jeszcze przez chwilę, po czym pstryknął palcami i tyle go widziano. Upadająca z rąk Mistrza laska była bolesnym powrotem do rzeczywistości.&lt;br /&gt;- Jesteśmy na miejscu. - Stwierdził raczej zdziwiony niż uradowany podnosząc laskę z dna powozu.&lt;br /&gt;- Koń sam trafił! - Pochwalił się dorożkarz. - Bo ja chyba zasnąłem... - Spojrzał w niebo - Noc w pełni, gdzie tam jeszcze do brzasku....Aaaaaaaa! -  Ziewnął na ludowo.&lt;br /&gt;Pod kamienicę, w której mieszkał Mistrz zajechali w całkowitym milczeniu, słychać było jedynie odgłos podków, który wbijał się w ciszę uśpionego miasta. Makary był tak bardzo zmęczony, że zasypiał w pół zdania i stracił całkowicie poczucie rzeczywistości, które z takim trudem powoli odzyskiwał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;GABINET&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mistrz mieszkał na drugim piętrze oficyny. Makary szedł za nim obserwując wyszorowane do białej deski schody i finezyjne kształty barierek wykutych z żelaza. Schody skrzypiały głucho pod ciężarem ich ciał, pamiętały zapewne czasy wyglansowanych butów epoki Franciszka Józefa. Klatka schodowa tonęła w żółtawym świetle bardzo słabych żarówek, lecz było wystarczająco jasno, aby Mistrz mógł trafić kluczem do dziurki w drzwiach. Wkrótce otworzył węższe skrzydło drzwi i natychmiast uderzył ich znajomy biblioteczny zapach tak typowy dla antykwariatów a nawet zwyczajnych księgarń.&lt;br /&gt;Makary miał świadomość, że wchodzi w magiczny świat...Mistrz zapalił światło. Stał na wprost otwartych drzwi pracowni Mistrza, na lewo była łazienka a za nią w głębi kuchnia, na prawo od gabinetu ujrzał zamknięte drzwi wiodące do drugiego pokoju. Przedpokój był zabudowany pawlaczami. Niemodna już, nieco wyblakła tapeta przytłaczała swymi ciemnymi nenufarami, trzy czaszki z porożami sarny przymocowane do ściany na drewnianych tarczach służyły jako wieszaki na palta. W rogu stał wiklinowy kosz na parasole i laski. Gabinet Mistrza opanowany był przez regały z książkami, które sięgały aż do sufitu a więc gdzieś powyżej trzech i pół metra. Na wprost drzwi duże podwójne okno z opuszczoną słomkową roletą. Po lewej stronie okna skórzana ciemna sofa i dwa solidne fotele okute złotymi ćwiekami. Po środku ciemny masywny stolik, w kącie stojąca lampka nocna z czerwonym abażurem. Masywny jak cała reszta żyrandol imitujący trzy naftowe lampy wisiał na stalowych łańcuchach z dwa i pół metra nad podłogą wyłożoną parkietem w jodełkę. Ale to wszystko to tylko nic nie znaczące detale, uwagę Makarego przykuwały regały z książkami, było ich tysiące...&lt;br /&gt;- Jeżeli jest niebo to powinno właśnie tak wyglądać. - Powiedział nie ukrywając zachwytu. Atmosfera mieszkania Mistrza była jakby żywcem wyjęta z filmów Romana Polańskiego. Coś niesamowitego...Mistrz usiadł z widoczną ulgą i głośnym westchnieniem na jednym z foteli a Makary ruszył w regały, czytając tytuły książek, lecz żadnej nie ośmielił się wziąć do ręki. Żaden człowiek nie byłby wstanie przeczytać jednej setnej tego zbioru choćby żył nawet sto lat. Wynikało z tego niezbicie, że Mistrz kochał mieć książki, należał do tych ludzi, którzy chodzą w dziurawych skarpetkach tylko po to, aby zaoszczędzić na książkę. Niewątpliwie był znawcą literatury, jej dozgonnym miłośnikiem z tą bolesną świadomością, że nie zdąży przeczytać wszystkiego choćby nie wiem jak się starał. Tę niepowetowaną stratę rekompensował sobie świadomością posiadania tego, co w literaturze najcenniejsze. &lt;br /&gt;- Czy w drugim pokoju też są książki? -  Spytał kończąc wędrówkę pomiędzy regałami.&lt;br /&gt;- Nie uważasz mnie za snoba?&lt;br /&gt;- Choćby nawet, to w pozytywnym znaczeniu.&lt;br /&gt;- Sam sobie za każdym razem zadaje to pytanie, kiedy wchodzę do księgarni...A co do twojego pytania to...Oczywiście są tam i książki, ale przede wszystkim jest tam mój współlokator...To  Prorok, bardzo ciekawa postać...Właściwie pójdźmy do niego, na pewno się ucieszy z naszej wizyty.&lt;br /&gt;Poszli&lt;br /&gt;Prorok leżał w trumnie ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma niczym któryś z Ramzesów, wyglądał dostojnie i figlarnie zarazem. Trumna stała bezpośredni na podłodze jak każdy mebel służący do spania. Wieko oparte o ścianę w rogu pokoju przy oknie było porośnięte bluszczem czy czymś w tym rodzaju. Pokój w swym wystroju był bliźniaczo podobny do pokoju Mistrza nie licząc tego ekscentrycznego akcentu, jakim bez wątpienia była trumna. Nad nią wisiał telefon. Nad telefonem wielka reprodukcja obrazu Paula Delvaux ,Wiosna. Makary poznał go od razu, właśnie ten motyw wiercił mu dziurę w pamięci, różnica polegała tylko na innych wymiarach, ten miał mniej więcej dwa metry na dwa z ogonkiem, a ten, który błąkał się w jego myślach był o połowę mniejszy. Jak się miał okazać obraz ten odkrywał kluczowe znaczenie w długiej opowieści Proroka.&lt;br /&gt; Pod oknem stało biurko najzwyklejsze na świecie, na nim lampka, walizkowa maszyna do pisania, kilka leksykonów, jakieś dokumenty. Roleta również była opuszczona i w tym pokoju. W powietrzu unosiły się odrobinki kurzu i zapach mocnej wody kolońskiej o niespotykanej już nucie. Stara olbrzymia trzydrzwiowa szafa stała po przeciwnej stronie, tuż przy niej nadszarpnięty zębem czasu owalny stolik i trzy krzesła ala Ludwik XVI. Oczywiście były też regały z książkami i oprawionymi rocznikami gazet. Oprócz tego bogaty zbiór żelazek zarówno z duszą jak i na węgiel, moździerzy, wypchanym ptaków i leśnych drapieżników, uwagę Makarego przykuł puchacz, wydawało mu się nawet, że ptak zamrugał oczami. Na podłodze leżały mocno wydeptane skóry z dzika. Wzrok przykuwał też ogromny instrument dęty leżący szafie. Była to tuba lub bas w każdym bądź razie z tych, który zakłada się na szyję, aby udźwignąć ich ciężar.&lt;br /&gt;Kiedy zbliżyli się do trumny Prorok nagle otworzył oczy, co spowodowało mimowolne dreszcze na ciele Makarego, mimo że był uprzedzony o fakcie, że Prorok nie jest nieboszczykiem.&lt;br /&gt;- Bo widzi pan, podejrzewano, że jestem schizofrenikiem, ale ja od początku wiedziałem, że to wierutna bzdura... -  Wygramolił się z trumny i witając się z nimi po słowiańsku, na niedźwiedzia z głośnym cmoknięciem w ucho, czym sprawił ich niejako w zakłopotanie, ponieważ od dawna przestali uprawiać takie zabobony.  &lt;br /&gt;- Siadajcie panowie. -  Wskazał krzesła, po czym wszedł do szafy jednymi drzwiami, aby po chwili wyjść drugimi z pętem kiełbasy i trzema literatkami. ( A tak naprawdę to jestem ciekawy etymologii tego słowa, czy aby rzeczywiście pochodzi od literatury a nie na przykład nie daj Boże od litra?). &lt;br /&gt;- Nie pytam, nigdy o nic nie pytam... - Prorok położył kiełbasę na dyżurnej paterze i rozstawił szkło. Po czym przystawił krzesło to szafy i z tuby instrumentu wydobył litrową butelkę jasia wędrowniczka.&lt;br /&gt;- Proszę tylko nie wierzyć pozorom  – tłumaczył  - Jasiek już dawno wywędrował... A wakat po nim zajął samogon, moim zdaniem o niebo lepszy...Ręczę za jego jakość... - Wyciągnął korek zębami i sepleniąc dalej zachwal jakość bimbru. Nalał po dobrej secie i zatykając butelkę usiadł do stołu.&lt;br /&gt;- Ja bym poprosił coś do przepicia. - Poprosił nieśmiało Makary.&lt;br /&gt;Prorok spojrzał na niego jak na profana smarującego hostię masłem. Makary w pokajaniu spuścił wzrok. I zamknąłem dziób.&lt;br /&gt;Prorok po krótkim namyśle ponownie przysunął krzesło do szafy ściągnął instrument, założył sobie na szyję, usiadł na krześle i zaczął dąć jakiegoś bawarskiego a być może czeskiego marsza. Zaskoczony całą sytuacją Makary zerknął na Mistrza, ale ten jak gdyby nigdy nic, wystukiwał nogą takt, a kiedy zauważył zdziwienie w oczach Makarego nachylił się do niego szepcząc:&lt;br /&gt;- Prorok wcale nie jest idiotą on tylko go kreuje. &lt;br /&gt;Po czym wrócił do wystukiwania rytmu.&lt;br /&gt;Makarego uspokoiło to całkowicie.&lt;br /&gt;Nagle marsz urwał się w pół nuty, Prorok odłożył instrument na szafę, usiadł na krześle i uniósł szkło.&lt;br /&gt;- Bardzo się cieszę, że wreszcie mogłem pana poznać jeszcze przed moją śmiercią. Wypijmy! - Postanowił bez zbędnych wyjaśnień.&lt;br /&gt;Wypili, samogon był mocny, ale łagodny w smaku. Prorok ułamał kawałek kiełbasy i ruchem głowy zachęcił ich do tego samego. Kiełbasa była znakomita! Kompozycja przypraw doskonała, rewelacja!&lt;br /&gt;- Jak to się zwykło mówić, nie każdy, kto wygląda na idiotę jest nim w rzeczywistości, ja miałem tę wątpliwą przyjemność uchodzić za takiego od wczesnego dzieciństwa. Kiedy miałem skończone 20 lat mój wygląd tak się nie spodobał komisji wojskowej, że jednomyślnie i bez wątpliwości postanowiono umieścić mnie w zakładzie dla psychicznie chorych w celu obserwacji. Moja matka cichutko popłakiwała siedząc obok mnie w ambulansie, kiedy zawożono mnie do dalekiego miasta, nie było się w rzeczy samej, z czego cieszyć, jej syn był wariatem, był to dla niej cios, ale postanowiła znosić to dzielnie. W izbie przyjęć zabrano mi do depozytu wszystkie dokumenty i niebezpieczne rzeczy a przybyły pielęgniarz czekał aż pożegnam się z matką, aby zaprowadzić mnie żwirowaną alejka do bloku F na oddział zamknięty. Mama odnalazła przystanek PKS, ale miała jeszcze dwie godziny czasu, więc pozwiedzała sobie jeszcze miasteczko, po czym pojechała do domu. Ojciec wrócił z pracy, odgrzał wczorajszą grochówkę, usiadł, wziął gazetę, ale nie mógł się skupić na treści, ponieważ myśl, że ma syna kretyna nie dawała mu spokoju. Przez kilka dni odzywał się do mamy tylko służbowo jakby to ona ponosiła winę za to, że jego pierworodny nie ma wszystkich klepek pod sklepieniem. O, jakże bardzo się mylił. A więc szedłem za milczącym pielęgniarzem, który nie spuszczał mnie z oczu, żwirowaną aleja do bloku, F. Było piękne lipcowe popołudnie, ptaszki świergotały w najlepsze a w powietrzu unosił się zapach impregnowanych podkładów. Czułem się wyśmienicie oczekując dnia pełnego wrażeń. I nie pomyliłem się. Weszliśmy na trzecie piętro szóstego oddziału, drzwi do gabinetu lekarza były zamknięte, więc udaliśmy się na sale, i umieszczono mnie w dyżurce pielęgniarzy. Od pierwszego wejrzenia zakochałem się w tych błąkających się bez celu po świetlico- jadalni pensjonariuszach. Jeden z nich łudząco podobny do młodego Karola Marksa podszedł do mnie i zapytał czy nie mam papierosa. Kiedy go poczęstowałem utworzyła się natychmiastowa kolejka i gdyby nie Dziadek pozbyłbym się całej paczki.&lt;br /&gt;- Wypierdalać! - Przegonił ich Dziadek i częstując się papierosem, kazał mi je schować i nie częstować tych debili. Dopiero teraz zauważyłem, że Dziadek nie był w piżamie, tylko we własnych ciuchach. Dziadek był głuchy i dlatego tak krzyczał. W tym właśnie czasie pojawił się starszy pielęgniarz gładząc się po łysiejącej gruszkowej głowie.&lt;br /&gt;- Właź! - Pokazał mi wagę.&lt;br /&gt;Wszedłem a on mnie zmierzył i zwarzył notując gdzie trzeba.&lt;br /&gt;- Tu masz piżamę, przebieraj się. - Powiedział zmęczonym głosem.&lt;br /&gt;No i tu był problem. Chciałem w tym miejscu panom przypomnieć, że miałem 20 lat i byłem zaprawionym w boju dzieciakiem ulicy.&lt;br /&gt;- Nie będę ubierał żadnej pieprzonej piżamy. - Oświadczyłem stanowczo.&lt;br /&gt;On nawet na mnie nie spojrzał.&lt;br /&gt;- Jeszcze się nie przebrałeś?! -  Zirytował się po chwili.&lt;br /&gt;- Kiedy bracia Wright pracowali nad swoim samolotem to też im kazano przebierać się w piżamy? -  Zapytałem nie licząc na jego błyskotliwość.&lt;br /&gt;- Jaki samolot?! Co ty gadasz?! -  Zaniepokoił się moją psychiczną kondycją.&lt;br /&gt;-  Mówię żeby poczekać na lekarza, bo gdyby miało się okazać, że nie potrzebnie tu przyjechałem to na cholerę przebierać się wte i wewte?&lt;br /&gt;- Niech ci będzie. -  Zgodził się po chwili namysłu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Prorok przerwał i sięgnął po samogon.&lt;br /&gt;- Na pewno zastanawia się pan, dlaczego to opowiadam? - Nalewał drżącą ręką.&lt;br /&gt;- Po prostu słucham...Ludzie opowiadają różne rzeczy...&lt;br /&gt;- Gdybym nie opowiedział tej historii, ona nigdy by się nie wydarzyła. &lt;br /&gt;- Chciał się pan zapewne powiedzieć, że gdyby ona się nie zdarzyła, to pan nigdy by jej nie mógł opowiedzieć. -  Ośmielił się poprawić.&lt;br /&gt;- Mylisz się młody człowieku, wymyślamy niestworzone historię, aby mogły się dziać w rzeczywistości, bez naszej pracy świat przestałby istnieć, to wielka odpowiedzialność...Nigdy nie pomyślałby pan, aby rzucić się na tory, gdybym tego nie wymyślił. Ale napijmy się i przegryźmy kiełbaską, czyż to, co swojskie nie jest wspaniałe?&lt;br /&gt;Jego twierdzenia zrodziły w Makarym wiele wątpliwości, co do zapewnień Mistrza, że wszystko jest w normie. Zrozumiał, że jego historia od chwili, kiedy ją pamięta toczy się poza wszelką kontrolą i logiką. Stacja metra, puchacz, Kurzawa, Proletaryat, pan Stanisław ze swoją ciężką jak kamień realną opowieścią i teraz ta gościna w pokoju Proroka. To tak jakby dwie równoległe rzeczywistości w jakimś momencie zaczęły przeplatać się ze sobą tworząc niesamowite mutacje kodu DNA. Umysł Makarego przyzwyczajony do tej pory do ostrego rozgraniczenia faktów od fantazji buntował się na taki stan rzeczy, to się nie mogło dziać! Nie w taki sposób.&lt;br /&gt;- Pokaże panom moje pierwsze opowiadanie, nigdy dotąd nie publikowane. Napisałem je po kilku dniach pobytu w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych... Prorok przerwał, i spojrzał na młodszego z mężczyzn. &lt;br /&gt;- Czy mógłbyś to przeczytać, nie wiem gdzie są moje okulary. - Po czym podał mu pożółkły maszynopis.&lt;br /&gt;-  Ale...No, zgoda. - Nie miał bladego pojęcia jak ma zareagować.&lt;br /&gt;-  Po raz pierwszy będzie odczytane publicznie, to dla mnie wielka chwila, po tylu latach oczekiwań. - Prorok prawdopodobnie sobie kpił, ale  Makary nie był tego do końca pewien, więc na wszelki wypadek zaczął czytać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PRZED&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nikt nie wiedział od jak dawna siedział przed ścianą. &lt;br /&gt;Siedział na krześle i patrzył w ścianę.&lt;br /&gt;Długo. Długo. Bardzo długo...&lt;br /&gt;Ale ściana ani drgnęła.&lt;br /&gt;Bolały go oczy. ( Niektórzy twierdzili, że nie patrzy w ścianę, lecz poza nią, ale to kwestia interpretacji.) A więc bolały go oczy. Zamknął na chwilę powieki, aby mieć je szeroko zamknięte i wtedy ktoś zapukał w okno.&lt;br /&gt;Otworzył oczy...Do pokoju wszedł przez okno Wchodzącyprzezokno.&lt;br /&gt;- Bolą cię oczy? -  Stwierdził raczej niż zapytał Wchodzącyprzezokno.&lt;br /&gt;- Tak jest! - Odpowiedział trąc oczy.&lt;br /&gt;- Czy zauważyłeś...?&lt;br /&gt;- Nie. Nie zauważyłem.&lt;br /&gt;Wchodzącyprzezokno o nic więcej nie pytał. Przełknął ślinę. Tylko. Spojrzał na ścianę. Ściana jak to ściana. Stała. Stała po prostu i skomplikowanie zarazem.&lt;br /&gt;- Bądź przeklęta! - Rzekł ścianie Wchodzącyprzezokno. Ale ściana nie zareagowała.&lt;br /&gt;- A tam za tą ścianą, spotkam się z Nieznaną. Ściana się rozpłynie, za ścianą myśl zginie... - Intonował sobie pod nosem Patrzącywścianę.&lt;br /&gt;Drzwi starej szafy zaskrzypiały. Wchodzącyprzezokno spojrzał w stronę szafy, mimo że gardził konformistami.&lt;br /&gt;- Dzień dobry. -  Z szafy ostrożnie wyjrzał Chowającysięwszafie. -  Czy już ją zobaczył?&lt;br /&gt;- Nie. Nie zobaczył! - Fuknął Wchodzącyprzezokno.&lt;br /&gt;- Dawno się pana nie widziałem. - Uśmiechnął się nieco anemicznie Chowającysięwszafie.&lt;br /&gt;- Bo siedzisz w tej szafie jak...! - Wchodzącyprzezokno zamiast sprecyzować jak, machnął tylko ręką.&lt;br /&gt;-A  może Ona... - Chowającysięwszafie przeraził się własnej myśli i przyłożył, na wszelki wypadek dłoń do ust.&lt;br /&gt;- A może Ona w ogóle nie istnieje, co?! - Droczył się Wchodzącyprzezokno.- I prawdę mówiąc jest mi to zupełnie obojętne. Chociaż osobiście wierzę w Jej nieistnienie.&lt;br /&gt;Chowającysięwszafie skulił się jeszcze bardziej, co w jego położeniu było już całkiem niezłym wyczynem.&lt;br /&gt;- A, jeżeli nawet istnieje, to tak jakby nie istniała. -  Spojrzał na Patrzącegowścianę - Tyle czasu już patrzy i co? I nic!&lt;br /&gt;- I nic... - Wyprostował się na chwilę Chowającysięwszafie.&lt;br /&gt;- O! -  Jęknął Patrzącywścianę.&lt;br /&gt;- Co? -  Spytali, jeden z trwogą a drugi z nadzieją.&lt;br /&gt;- O...Jak mnie oczy bolą.&lt;br /&gt;- Niech pan odpocznie w mojej szafie. - Zaproponował pro forma Chowającysięwszafie - Może ja troszkę popatrzę?&lt;br /&gt;- Na co?! - Drzwi otworzyły się z hukiem, oznajmiając, że do pokoju wszedł Impertynent.&lt;br /&gt;- Na-na ścianę... - Wyjąkał Chowającysięwszafie.&lt;br /&gt;Impertynent spojrzał z prostacką pogardą na całą trójkę.&lt;br /&gt;- Wszyscy jesteście wariatami. Łącznie z panem, panie Włażącyprzezokno...&lt;br /&gt;- Wchodzący... - Poprawił zupełnie zignorowany Chowającysięwszafie.&lt;br /&gt;- Włazisz pan przez okno i mieszasz ludziom w głowach. Raz pan zachęcasz innym razem zniechęcasz Raz mówisz pan mądrze a raz głupio. Raz jesteś pan zimny a innym razem gorący!&lt;br /&gt;- A pan jesteś cham! - Uśmiechnął się inteligentnie Wchodzącyprzezokno.&lt;br /&gt;- Tylko bez takich! Ty! - Rozindyczył się Impertynent.&lt;br /&gt;- Myślisz pan. - Wszedł mu w słowo Wchodzącyprzezokno. - że jak wchodzisz pan przez drzwi, to już jest wszystko w porządku. Chowającysięwszafie też wchodzi przez drzwi i nie jest cham.&lt;br /&gt;- Ale-ale on wchodzi przez drzwi w szafie! - Oponował Impertynent.&lt;br /&gt;- Drzwi to drzwi. Pan wchodzi przez drzwi i on wchodzi przez drzwi. Ja...Jedynie ja jestem oryginalny. Chociaż gdybym miał zaliczyć wszystkie moje wejścia drzwiami, okazałoby się, że mam ich więcej od was panowie !- Podkreślił wykrzyknikiem z nieukrywaną satysfakcją.&lt;br /&gt;- A co mi tu pan! Ja wchodzę przez drzwi całe życie. Kilkanaście, a może więcej razy dziennie. A pan? Cha-cha! Przez okno! Jak złodziej! Kto pana widział jak wchodzisz przez drzwi? Pytam się. Kto?&lt;br /&gt;- Cicho. - Próbował przerwać kłótnię Chowającysięwszafie.&lt;br /&gt;- Ja wchodzę przez okno dla fantazji, a nie jak pan, przez drzwi żeby przypodobać się motłochowi. Trzeba mieć swój styl drogi panie.&lt;br /&gt;- Panowie. - Błagał Chowającysięwszafie.&lt;br /&gt;- Styl? Złodziejski styl i jeszcze się mądrzy!&lt;br /&gt;- Zamknąć mordy!!! - Nie wytrzymał Chowającysięwszafie.&lt;br /&gt;Umilkli zdziwieni.&lt;br /&gt;-C o się stało? - Spytali zgodnie.&lt;br /&gt;- Ściana rozpłynęła się na chwilę - relacjonował z przejęciem Chowającysięwszafie -Patrzącywścianę wstał i przeszedł na drugą stronę. Zostawił tylko to... - Wskazał puste krzesło, na którym leżała kartka papieru.&lt;br /&gt;Impertynent podszedł do krzesła podniósł kartkę i przeczytał:&lt;br /&gt;- Przed i poza...To chyba tytuł. -  Zauważył słusznie, po czym zaczął czytać... -Ale bzdury! - Skomentował po skończonej lekturze.&lt;br /&gt;- Coś w tym jest... - Dodał Wchodzącyprzezokno. &lt;br /&gt;–A jak dla mnie to rewelacja - Ożywił się Chowającysięwszafie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PARK&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie wiedział gdzie jest. Otworzył oczy i nie wiedział gdzie jest! Leżał na dmuchanym materacu, przykryty kocem i mnóstwem książek. Na piersiach ciążyła mu Biblia, otworzył ją i utkwił wzrok w jej wersetach:&lt;br /&gt;- Waszych nowiów i świąt nienawidzi moja dusza, stały mi się ciężarem, zmęczyłem się znosząc je.&lt;br /&gt;Spojrzał na nagłówek. Księga Izajasza. Zamknął Biblię i odłożył na podłogę. Czuł, co prawda nieugaszone pragnienie, ale nie było to bynajmniej pragnienie jakiejkolwiek lektury. Zaczął uwalniać się od książek, czytając tytuły i odkładając na bok. Tomasz Mann „Doktor Faustus”, Soren Kierkegaard „Pojęcie lęku”, Julio Cortazar „ Gra w klasy”, Elias Canetti „ Auto da fe”, Bolesław Leśmian „Poezje”, Isaac Bashevis Singer „Sztukmistrz z Lublina”. Zmęczony czytaniem, podniósł się z materaca a reszta książek spadła z niego w artystycznym nieładzie. Na wysokości jego oczu zobaczył dwie puste półki. W pośpiechu zaczął zbierać książki i upychać je na swoje miejsce. W drodze do łazienki przypomniał sobie sen o Strugaczu. Spojrzał na twarz śpiącego na sofie Mistrza i już wiedział, kim był Strugacz, problem w tym, że nie wiedział kim  jest Makary. Pragnienie ugasił zimną wodą prosto z kranu, a następnie włożył głowę pod ożywczy strumień. Tego mu było trzeba. Wyprostował się z westchnieniem ulgi, wziął pierwszy lepszy ręcznik i zaczął wycierać kark i głowę, z uwagą przypatrując się swojemu odbiciu w lustrze. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do swojej twarzy. Spróbował nawet rozmasować wory pod oczami, ale bezskutecznie. Dłonią przejechał po kolącym zaroście zastanawiając się czy zapuszczać brodę czy raczej się ogolić. Nie wyglądał bynajmniej na faceta piszącego wiersze, zacięte, wąskie usta, głęboko osadzone piwne oczy emanujące cynizmem, wysokie czoło przeorane pługiem czasu, cera ogorzała jak u marynarzy.&lt;br /&gt;- Cześć. - Przywitał się z odbiciem w lustrze. - Kim ty, kurwa, tak naprawdę jesteś? &lt;br /&gt;Było to odbicie niejakiego Mirosława G. Majewskiego, które Makary przyjął  za własne.&lt;br /&gt;Oparł się o umywalkę i przyłożył nos do lustra.&lt;br /&gt;- Jeżeli tak wyglądają poeci to znaczy, że poezja umarła.&lt;br /&gt;Facet po drugiej stronie lustra potwierdził jego tezę.&lt;br /&gt;Wrócił do pokoju, Mistrz chrapał w najlepsze. Co tu robić? Po raz pierwszy poczuł głód. Hm!? Nie będzie przecież budził Mistrza, postanowił zajrzeć do pokoju Proroka. Uchylił drzwi i zerknął do środka. Prorok spał w trumnie z pustą butelką w ręku, oddychał spokojnie a jego twarz promieniowała szczęściem. Zamknął ostrożnie drzwi i udał się do kuchni. Nalał wody do bezprzewodowego czajnika, w chlebaku znalazł chleb tostowy, włączył toster, po czym zajrzał do lodówki. Była bogato zaopatrzona, więc śmierć głodowa póki co im nie groziła. Szybko uporał się ze śniadaniem i wrócił do pokoju. Mistrz chrapał nadal, zmieniając jedynie pozycje ciała. Chwilę pochodził pomiędzy regałami z książkami zastanawiając się, co począć ze sobą w takiej sytuacji?&lt;br /&gt;Gdyby jeden z nich się obudził nie czułby takiego dyskomfortu. Wyciągnął gruby album z malarstwem surrealistycznym i siadając na jednym z foteli oglądał obrazki, które wyszły spod pędzla Salavadore Dali, od czasu do czasu chrząkając i głośno wzdychając, aby niby to niechcący obudzić Mistrza. Lecz Mistrz spał snem kamiennym. Odłożył album na stolik, wstał z fotela i podszedł do drzwi. Jego buty, mimo że w fatalnym stanie nadawały się jednak do wyjścia. Zasznurował je, przekręcił zamek i znalazł się na schodach. Dopiero teraz, wpatrzony w okno na półpiętrze, zauważyłem, że nadal jest ciemno.&lt;br /&gt; Musieli pić do białego rana a cały dzień przespali. Być może wszystko to działo się w podziemiach metra? Ale nie był to problem, którym by się przejmował. Zszedł po skrzypiących schodach, następnie przeszedł przez podwórko, płosząc dwa koty buszujące w kontenerze ze śmieciami i po chwili był już na ulicy. &lt;br /&gt;- Soniu...Sonieczko! - Kątem oka wyłapał sąsiadkę Mistrza. Ukłonił się, tak na wszelki wypadek. - No-no...Grzeczna Sonia...Dobry wieczór! -  To już było raczej do niego. -  Proszę powiedzieć panu Hanuszkiewiczowi, że jak będzie jeszcze raz zagłuszał ciszę nocną to powiadomię milicję! – Zakończyła miną ala Mussolini.&lt;br /&gt;- Może mnie pani w dupę pocałować.. -  Odpowiedział grzecznie i bez żadnego ukrytego podtekstu.&lt;br /&gt;- Kto to widział żeby po nocach grać jakieś bawarskie marsze! Ludzie chcą spać proszę pana! -  Zdenerwowana nie potrafiła przypiąć smyczy do obroży.&lt;br /&gt;Proszę powiedzieć panu Hanuszkiewiczowi. Proszę powiedzieć panu Hanuszkiewiczowi...Co za baba!&lt;br /&gt;Uporała się.&lt;br /&gt;Poszła.&lt;br /&gt;Nosiła aparat słuchowy, w którym akurat wyczerpała się bateria. Ale nie mógł o tym wiedzieć. I nie wiedział.&lt;br /&gt;Odwrócił się szukając jakiegoś innego punktu odniesienia dla swoich myśli. Strugacz? Właśnie. To był ciekawy sen. Strugacz...Jeszcze jakiś czas temu pamiętał jego treść, ale po incydencie z sąsiadką Mistrza zapomniał.&lt;br /&gt;O rany!&lt;br /&gt;I wtedy właśnie podjechała drezyna. Zatrzymał się obok Makarego. &lt;br /&gt;- Kurzawa? -  Pomyślał.&lt;br /&gt;- Pan Makary? -  Zapytał zupełnie obcy policjant przez otwarte okno.&lt;br /&gt;- Tak...Tak! -  Ukrywając zdziwienie i niepewność w głosie.&lt;br /&gt;- Proszę to chyba pana? -  Podał Makaremu arkusz papieru.&lt;br /&gt;- Moje? -  Na wszelki wypadek postanowił się bronić przed podjęciem decyzji.&lt;br /&gt;Wtedy ukazał się drugi policjant.&lt;br /&gt;- To pan jest bratankiem Adama Hanuszkiewicza prawda?&lt;br /&gt;Instynktownie skinął głową. Od zawsze marzył, aby być bratankiem Adama Hanuszkiewicza.&lt;br /&gt;- I stracił pan pamięć?&lt;br /&gt;- Straciłem.&lt;br /&gt;- W takim razie to pana, proszę to zabrać.&lt;br /&gt;- Dziękuję. -  Zabrał arkusz papieru.&lt;br /&gt; -No...Na nas już pora. Dobranoc.&lt;br /&gt;Ruszyli. Pojechali. I już ich nie ma. Makary podszedł pod latarnię i rozłożył kartkę w snopie światła. I cóż tam zobaczył? Zobaczył odbity czubek swojego buta.&lt;br /&gt;- STRUGACZ  - Przeczytał tytuł. Ucieszył się. To był zapomniany sen.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;STRUGACZ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Kim jesteś?&lt;br /&gt;Strugacz milczał.&lt;br /&gt;- Muszę iść dalej a ty stoisz mi na drodze.&lt;br /&gt;Strugacz nie zwracał na niego uwagi, dalej strugał patyk. Miał w tym sporą wprawę.&lt;br /&gt;- Kim ty jesteś, że stoisz mi na drodze? -  Podniósł głos Patrzącywścianę.&lt;br /&gt;- Ciii... -  Wyszeptał Strugacz nie przerywając sobie pracy.&lt;br /&gt;Dlaczego nie potrafił przejść tego Strugacza? &lt;br /&gt;- Jestem Luminarzem...&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Powiedziałem, że jestem Luminarzem. -  Odpowiedział nie odrywając wzroku od patyka.&lt;br /&gt;- Luminarzem? - Delektował się tym słowem - Luminarzem, czego?&lt;br /&gt;Strugacz strugał patyk jakby niczego nie słyszał.&lt;br /&gt;- Czekałem...&lt;br /&gt;- Na, co czekasz? - Nie wytrzymał Strugacz. - Na Godota?&lt;br /&gt;- Nie. Czekam na Wariata.&lt;br /&gt;- Kto to jest Wariat? -  Strugacz zamyślił się na sekundę.&lt;br /&gt;- To ktoś, kto cierpi na dużą niezależność intelektualną. - Zacytował.&lt;br /&gt;- Ambrose Bierce - Stwierdził bez cienia wątpliwości. - Jak ci się podoba?&lt;br /&gt;Strugacz pochwalił się zaostrzonym patykiem.&lt;br /&gt;- Co to? Strzała?&lt;br /&gt;- Tego się obawiałem. - Strugacz posmutniał. - Jesteś kolejnym Ignorantem.&lt;br /&gt;Luminarz...Bardzo podobało mu się te słowo.&lt;br /&gt;- Powiedziałeś, że jesteś luminarzem, ale nie powiedziałeś, jakiej dziedziny...&lt;br /&gt;- Życia w ogóle, a sztuki w szczególe. - Odpowiedział zwięźle.&lt;br /&gt;- A co to jest życie? - Zapytał na wszelki wypadek&lt;br /&gt;Strugacz w odpowiedzi podniósł patyk w górę, mierząc jego zaostrzony koniec w środek nieba.&lt;br /&gt;Patrzącywścianę zrozumiał natychmiast.&lt;br /&gt;- W takim razie czym jest sztuka? -  Zadał następne pytanie.&lt;br /&gt;Tym razem Strugacz wbił patyk w ziemię.&lt;br /&gt;Patrzącywścianę stał oniemiały kolejnym olśnieniem.&lt;br /&gt;- Czy zakwitnie? - Spytał cicho, aby nie płoszyć chwili.&lt;br /&gt;- Nie. Sztuka jest relatywna.- Tłumaczył jak dziecku.&lt;br /&gt;- Chciałbym, aby zakwitł jak laska Aarona. -  Rozmarzył się.&lt;br /&gt;- Nienawidzę anachronizmów.&lt;br /&gt;- Ale one są fundamentem naszego istnienia. -  Usłyszał jakiś obcy głos wychodzący z jego ust.&lt;br /&gt;Strugacz wziął kolejny patyk i rozpoczął proces tworzenia.&lt;br /&gt;- Idź już sobie. Przeszkadzasz mi w pracy! -  Zrobił się programowo niegrzeczny.&lt;br /&gt;- Czy nikt ci jeszcze nie powiedział, że jesteś zwykłym skurwysynem? - Zapytał, aby rozwiać wszelkie wątpliwości.&lt;br /&gt;- Nikt. -  Rzekł krótko z akcentem, na „n”.&lt;br /&gt;- Jesteś zwykłym skurwysynem. - Uświadomił bez znieczulenia.&lt;br /&gt;- A ty jesteś pierwszy, który mi to powiedział. Nie wiedziałem, że jestem zwykłym skurwysynem. Wiesz... - Odłożył patyk zastrugany dopiero do połowy. -Kiedy byłem w twoim wieku, dotarłem dokładnie do tego samego miejsca, co ty i...&lt;br /&gt;- I?&lt;br /&gt;- I spotkałem Strugacza, który strugał patyk. -  Zamilkł na chwilę grzebiąc w swoich wspomnieniach. -  Nigdy nie pomyślałem, że będę takim samym skurwysynem jak on. Nigdy...Codziennie czytałem mu moje najlepsze wiersze, najlepsze opowiadania, a on tylko strugał, strugał, strugał...Chciałem go zabić. Naprawdę... -  Strugacz sięgnął po patyk. - ...Wreszcie sam wziąłem się za struganie. I wiesz, co się wtedy stało?&lt;br /&gt;- Nie.&lt;br /&gt;- Spojrzał na mnie przychylnie. Z czasem stał się moim mentorem, aż w końcu odszedł a ja zająłem jego miejsce... - Zamyślił się.&lt;br /&gt;- Bez sensu. -  Skwitował jego opowieść.&lt;br /&gt;- Wiem. – przyznał - Ale tak już jest. Poruszamy się w gotowych formach, ustalonych modelach. Ten, kto porusza się najlepiej, jest cenionym twórcą, młodzi biją się, aby zostać Strugaczami.&lt;br /&gt;- Wolę umrzeć. Nie chcę być cenionym Strugaczem.&lt;br /&gt;- Nie ma innej drogi. -  Strugacz podał mu dziewiczy patyk. - Spróbuj, musisz się przełamać.&lt;br /&gt;- Nie, nie mogę, nie potrafię!&lt;br /&gt;- Dlaczego?&lt;br /&gt;- Ponieważ cierpię na dużą niezależność intelektualną. - Przyznał Patrzącywścianę&lt;br /&gt;- Jak tam sobie chcesz. - Fuknął zrezygnowany i zapomniał o nim.&lt;br /&gt;A on usiadł obok. Mijały lata...Nie wystrugał ani jednego patyka. Strugacz w końcu zadławił się swoją sztuką i jego pochodnia zgasła. &lt;br /&gt;Patrzącywścianę wstał, otrzepał się z kurzu i pajęczyny, by ruszyć w dalszą drogę, ani przez chwilę nie żałując straconych lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PIERWSZY MAJA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Jestem jak dziecko .- Pomyślał. I wtedy podszedł do niego ojciec.&lt;br /&gt;- Życie jest twardą walką między człowiekiem a człowiekiem. -  Cytował Giovanniego Guareschi. - Pierwszym zaś przeciwnikiem mężczyzny jest jego ojciec.&lt;br /&gt;Makary ocknął się. Dawno nie był na tej stacji i prawie zapomniał o jej istnieniu.&lt;br /&gt;Ludzie stojący po obu stronach ulicy bili brawa. Makary wraz z całą szkołą zbliżał się do umajonej trybuny. Tak...To był piękny wiosenny poranek. Nad nimi bezchmurne niebo. Słońce delikatnie muskało ich blade, po zimowym śnie twarze. Sprawozdawca przez megafon zapowiadał właśnie szkołę podstawową. To oni. To ja! Pomyślał z dumą Makary.&lt;br /&gt;Pierwszomajowy pochód zaczął rozłazić się na skrzyżowaniu pomiędzy gospodą a sklepem rybnym. Nauczyciel od WF odbierał od nich portrety Gomółki i Cyrankiewicza, ale biało-czerwone, papierowe chorągiewki mogli sobie zatrzymać.&lt;br /&gt;Makary wraz ze swoim najbliższym przyjacielem Markiem, zwanym Margaryną, czym prędzej pobiegli pod trybunę, aby obserwować dalszą część pochodu. Akurat zbliżała się wzorowo uformowana kolumna obrony cywilnej z ojcem Makarego na czele. Ten pomachał mu swoją papierową chorągiewką, ale ojciec akurat zwrócił wzrok na stojących na trybunie gmino-miejskich oficjeli, z których większość, była jego serdecznymi przyjaciółmi. Sprawozdawca najpierw wymienił wszystkie zasługi obrony cywilnej a potem osiągnięcia ojca Makarego, a było ich wiele. Zakładowa orkiestra dęta pod batutą Proroka grała marsza, a Makary był święcie przekonany, że to wszystko dla jego ojca. Był z niego dumny. Trenował już wypinanie piersi, dla pierwszych medali i odznaczeń, których łowcą postanowił zostać.&lt;br /&gt;Ojciec Margaryny był pospolitym zegarmistrzem i zamykał pochód wtopiony w kolorowy tłum ludzi bez przynależności.&lt;br /&gt;W brzózkach, przy boisku piłkarskim dymiła polowa kuchnia. Urząd Miasta i Gminy we współpracy z zakładami skórzanymi i fabryką akcesori meblowych, fundował wszystkim uczestnikom pochodu wojskową grochówkę z wkładką w postaci wędzonego boczku. Chłopcy usiedli w cieniu brzóz zajadając się zupą. Makary oddal swój boczek Markowi, tłumacząc, że nie lubi tłustego. Był z nimi też Piotrek Kurzawa, syn milicjanta, za którym Makary nie przepadał, ale Piotr zawsze miał jakieś fajki przy sobie i warto było z nim kolegować.&lt;br /&gt;Makary zjadł pierwszy, oparł się o pień brzozy i zdrowo sobie beknął. &lt;br /&gt;Rozglądał się za ojcem, który obiecał mu pięć złoty kieszonkowego po pochodzie, jak tylko rozmieni stówkę.&lt;br /&gt;GEES zorganizował wyszynk na kółkach w tak zwanym, wozie Drzymały. Większość uczestników pochodu, skorzystało już z tego dobrodziejstwa i raczyło się piwem, lub winem, patykiem pisanym. Co zamożniejsi nawet wódką, czystą, żytnią a niektórzy nawet żubrówką. Zresztą innych wódek w wozie Drzymały nie było.&lt;br /&gt;Było fajnie, ciepło...&lt;br /&gt;Drugi skończył jeść Margaryna, wytarł rękawem usta i odłożył blaszaną miskę pod brzózkę.&lt;br /&gt;- Może kupimy sobie po piwie? -  Zaproponował.&lt;br /&gt;Makary spojrzał na Piotrka, on też tego nie brał poważnie, mieli zaledwie po 13 lat, albo coś koło tego. Co prawda Makary był wyrośnięty jak na swój wiek, ale nikt nie mógł dać mu więcej niż piętnaście lat. A więc pomysł z piwem był raczej szalony.&lt;br /&gt;Nieopodal na dechach tańczyła jakaś zniecierpliwiona para. Stary Bloom, który, na co dzień był listonoszem przygrywał im na akordeonie, w ramach próby przed wieczorną potańcówką. Zbyszek Kozak ustawiał perkusję a bracia Federowicze stroili gitary. Makary kątem oka wyłapał jeszcze Łukaszewicza. Łukaszewicz zajmował się nagłośnieniem, mieszkał nad Makarym, a ten, jeszcze całkiem nie tak dawno zwracał się do niego wujku.&lt;br /&gt;- No, co z tym piwem cykorzy? -  Podjudzał Margaryna.&lt;br /&gt;- A kto, kurwa, kupi? Ty?! -  Zapytał rzeczowo Piotrek.&lt;br /&gt;- Nie wiem! -  Odpowiedział Margaryna. - Ja daję forsę!&lt;br /&gt;Pieprzony synalek zegarmistrza.&lt;br /&gt;Sytuacja stawała się napięta.&lt;br /&gt;- Makary - Spojrzał na niego błagalnie Piotrek -  Może ty? Powiesz, że dla ojca...&lt;br /&gt;- Nie! -  Zaprotestował stanowczo. Chłopaki nie znali tak dobrze ojca Makarego jak on sam. Jakby stary dowiedział się, że pił piwo, kabel od żelazka odcisnąłby swoje piętno na jego dupie. Ale Makary nie miał zamiaru wtajemniczać kolegów w obowiązuje zasady wychowawcze w jego domu.&lt;br /&gt;- Tchórzysz? -  Zakpił syn zegarmistrza. -  Ja. Daję. Forsę.&lt;br /&gt;- Nic z tego. I już! Koniec dyskusji.&lt;br /&gt;- Tchórzy! -  Stwierdził Margaryna.&lt;br /&gt;- Swędzą cię zęby? -  Ostrzegł inteligentnie Makary.&lt;br /&gt;- Ty to masz zawsze te same argumenty! -  Odparował, już mniej pewny siebie Margaryna.&lt;br /&gt;- Spokojnie panowie, zróbmy losowanie, kto wyciągnie zapałkę bez łebka, ten idzie kupić piwo.&lt;br /&gt;Zgodzili się jednomyślnie i bez zbędnego wahania. Piotrek wyciągnął trzy zapałki, jedną ułamał i po chwili trzymania rąk za plecami, podsunął kolegom trzy zapałki sterczące równiutko pomiędzy jego kciukiem i palcem wskazującym.&lt;br /&gt;- Kto pierwszy? -  Zapytał.&lt;br /&gt;- Ja. -  Margaryna wyciągnął całą zapałkę. -  No, teraz ty...&lt;br /&gt;Makary nie miał dużego wyboru, wyciągnął z tym dziwnym przeczuciem, że trafi na złamaną. I nie mylił się. &lt;br /&gt;-Kurwa... -  Jęknął tylko.&lt;br /&gt;- Trzymaj. -  Margaryna podał dwudziestozłotowy banknot.&lt;br /&gt;- Zajebałeś staremu, co? -  Zaczął odreagowywać, Makary.&lt;br /&gt;- Nie twój interes. Idziesz?&lt;br /&gt;Makary nic nie odpowiedział. Wstał, zebrał z ziemi trzy puste miski i odszedł bez słowa. Serce waliło mu jak dzwon. Podszedł najpierw do kuchni polowej, którą obsługiwał stryj Makarego, Adam.&lt;br /&gt;- Chcesz dokładkę? -  Stryj uniósł pokrywę.&lt;br /&gt;- Nie. Dzięki.  –  Makary odłożył puste miski na stół z górą brudnych naczyń.&lt;br /&gt;Usiadł na ławce i zaczął analizować sytuację. Koło wozu Drzymały kręciło się kilku gminnych obwiesiów. Mógłby poprosić jednego z nich o kupno trzech browarów, ale jakby się sprawa rypła, nie miałby życia,&lt;br /&gt;- Coś taki markotny? -  Zapytał stryj przypalając sobie papierosa. -  Tyle grochówki jeszcze zostało, kto to zje...?&lt;br /&gt;Makary wzruszył ramionami, rozejrzał się dookoła i nie widząc żadnego zagrożenia podszedł do wyszynku na kółkach.&lt;br /&gt;- Poproszę trzy piwa. -  Zamówił z taką śmiałością, o którą nigdy by się nie podejrzewał.&lt;br /&gt;Pan Józef odruchowo wyciągnął trzy butelki ze skrzynki i postawił na blacie.&lt;br /&gt;- A ty, nie jesteś jeszcze trochę za młody na piwo? -  Zapytał swoim basem z nutką wahania w głosie.&lt;br /&gt;- Jasne panie Józefie, ale to nie dla mnie. - uśmiechnął się niewinnie Makary.&lt;br /&gt;- No... - Pan Józef pogroził mu na wszelki wypadek palcem i wydał resztę.&lt;br /&gt;- Do widzenia. -  Makary odszedł spokojnym krokiem, jak gdyby nigdy nic. Obejrzał się trwożnie dookoła, ale póki co, wszędzie było czysto. Miał już biec w stronę brzózek, kiedy zobaczył swoją mamę w towarzystwie nauczycielki od historii. Zrobił natychmiastowy zwrot i schował za wozem Drzymały. Ulokował piwo za kołem i zaczął gorączkowo zastanawiać się, co dalej. Uf! &lt;br /&gt;- A co ty tu robisz? -  To był głos Łukaszewicza, który dźwigał jakieś przedłużacze.&lt;br /&gt;- Bawię się w chowanego. -  Skłamał Makary, ale tak jakby nie do końca.&lt;br /&gt;- W chowanego...  -  Uśmiechnął się Łukaszewicz, a Makaremu się zdało, że sąsiad patrzy na koło, za którym schował piwo.&lt;br /&gt;Poszedł sobie. Wreszcie. On i te jego przedłużacze.&lt;br /&gt;Makary sięgnął po piwo i zaczął upychać sobie za pasek. I mimo że wciągnął brzuch jak tylko mógł, butelki wypychały swoim kształtem jego odświętną koszulę.&lt;br /&gt;Raz kozie śmierć. Postanowił, i wyszedł za wozu. Federowiczowie grali jakiś znany szlagier:&lt;br /&gt;W stawie zimna woda, trochę będzie szkoda...&lt;br /&gt;Ale dalszych słów Makary już nie słyszał. Ogarnęła go grobowa cisza, a wszystko nagle straciło sens i barwę. Ojciec! Szedł prosto na niego! Jak czołg! O Boże!&lt;br /&gt;- Trzymaj. - Nagle wszystko wróciło do normy. I głos i kolory. Makary wziął od ojca obiecane pięć złoty kieszonkowego.&lt;br /&gt;- Dzięki tato. -  Rzekł grobowym głosem.&lt;br /&gt;- Niech żyje pierwszy maja, co? -  Ojciec poklepał go po plecy.  – Baw się dobrze.&lt;br /&gt;I poszedł. Poszedł sobie, jak gdyby nigdy nic.&lt;br /&gt;Makary nie miał czasu na westchnienie ulgi, pobiegł ile miał sił w nogach w stronę brzózek. &lt;br /&gt;A może to były wierzby?&lt;br /&gt;Tak to były wierzby. Makary z trudem poderwał się, postanowił wrócić do mieszkania Hanuszkiewicza.&lt;br /&gt;Problem w tym, że zapomniał gdzie! W głowie błąkały się jedynie jakieś nuty przebrzmiałego szlagieru Czerwonych Gitar. Nie wiedział czy mam skręcić w lewo czy w prawo. Zapomniał, z której strony przyszedł, nie wiedział też, czy jego spacer był z prądem czy pod prąd rzeki. Oblały go zimne poty. Po co wogule wychodził z domu? Spokojnie, spokojnie...Muszę znaleźć kamienne schodki, tak, muszę je znaleźć. Kombinował. Skręcił w prawo obserwując uważnie teren, ale z każdym krokiem wydawał mi się coraz bardziej obcy, zawrócił więc i ruszył w przeciwną stronę. W lewo...W lewo?&lt;br /&gt;Jest dobrze. Ucieszył się widząc placyk, po którym jeździły dzieciaki na swych rolkach. Kilkanaście metrów, za wysokim żywopłotem powinny być kamienne schodki. Są! Są...&lt;br /&gt;Na stopniach zobaczył dwóch siedzących mężczyzn, piją piwo z puszek, zajmują całą przestrzeń. Rezygnuje w ostatniej chwili, odwraca się i idzie dalej, udając, że o czymś zapomniał. Po kilku krokach zadaje sobie pytanie:  - Dlaczego przestraszyłem się tych ludzi? Czy to prześladująca mnie trauma? Być może tak! Przejdę kilkadziesiąt metrów i wrócę, przecież to zwykły spacer. Tylko żeby nie pobłądzić...&lt;br /&gt; Stara zapamiętać się każdy szczegół otoczenia. Idzie brzegiem rzeki, a myśl, że przestraszył się dwóch ludzi pijących piwo nie daje mu spokoju. Trudno! Wraca. Wóz albo przewóz. Zapaliłby robotniczego, ale nie ma pana Stanisława. Idzie więc dalej, ale jakby trochę wolniej, żywiąc nadzieję, że tamci sobie już poszli. Za chwilę przekona się o tym. Nie wie dlaczego, ale pocą mu się dłonie. Są! Siedzą, jeden z nich mocno przechyla głowę, aby wysączyć resztę piwa z puszki. Drugi trzyma puszkę w ręku. Chyba nie zwracają na niego uwagi, ale mimo to boji się iść wprost na nich. Za plecami słyszy gwar dzieci i odgłos rolek, jakaś dziewczyna trąca go, wymija i z gracją hamuję przed schodami. Po chwili jest przy niej druga i jakiś chłopiec. Dziewczyna przeprasza mężczyzn i chwytając za metalową poręcz wchodzi po schodach hałasując kółkami rolek, po niej idzie chłopak a pochód zakańcza druga dziewczyna. Makary korzysta z okazji i idzie za nimi, mija mężczyzn i po chwili jest już na ulicy. Uf!&lt;br /&gt;- Makary? -  Czuje ciężką rękę na barku.&lt;br /&gt;Odwraca się, jeden z mężczyzn, mniej więcej w jego wieku, przypatruję mu się z niedowierzaniem. Kąciki jego oczy zdobią wytatuowane kropki.&lt;br /&gt;- Tak...&lt;br /&gt;- Jak Boga kocham to ty!&lt;br /&gt;Skąd on zna tę twarz?&lt;br /&gt;- Co jest? Nie poznajesz? -  Ściska mocno Makaremu dłoń.&lt;br /&gt;- Jasiek? -  W jego biednej głowie zagościł lunapark z fajerwerkami.&lt;br /&gt;- Makary, chłopie ile to już lat?  –  Zamyślił się.&lt;br /&gt;- Siedzieliśmy razem w celi...? - Przypominał sobie na głos w ostatniej chwili.&lt;br /&gt;- No, nie do końca, siedziałem piętro wyżej...Mundek chodź no tu!&lt;br /&gt;Cela była dwuosobowa, było ich pięciu. Trzech spało na materacach rozłożonych na podłodze. Areszty i więzienia pękały w szwach...&lt;br /&gt;- Makary. Mundek. -  Przedstawiał Jasiek.&lt;br /&gt;- Boże, jak się cieszę Makary! -  Potrząsnął nim z radości. -  Ja tą twoją kostkę Rubika mam do dziś dnia. - Pochwalił się.&lt;br /&gt;Jaką kostkę? Jakiego Rubika?&lt;br /&gt;W tej chwili z piskiem opon podjechało auto. Audi, granatowy metalik.&lt;br /&gt;- Makary, teraz lecę, ale jutro o tej porze, spotkamy się tu, co?&lt;br /&gt;- Pośpiesz się Janusz, na zakazie kurwa stoję! -  Ryknął ktoś z samochodu.&lt;br /&gt;- Albo nie Makary, w sobotę o siedemnastej u Starego Ola, tylko bądź, musimy oblać nasze spotkanie. - I już był w samochodzie.&lt;br /&gt;- Jak cię nie będzie, to i tak cię znajdę i do dupy nakopię! -  Krzyczał jeszcze przez okno odjeżdżającego auta.&lt;br /&gt;Odjechali i tyle ich widział.&lt;br /&gt;Stary Olo? Sobota? Makary nawet nie wiedział, jaki dzień jest dzisiaj.&lt;br /&gt;Czekając na zielone światło, próbował sobie przypomnieć pobyt w więzieniu. Jest zielone. Przeszedł na drugą stronę ulicy. A w jego głowie uwalniały się obrazy. Joachim był starszym celi, ten młody z Sosnowca, jak mu było? Janek? Jasiu. Tak, Jasiu. Chyba...A ten rudy? Marek...Marek, potem został kalfusem, żarcie i grypsy nosił na oddziale...No i Zbyszek, on swoje osiemnaste urodziny świętował w areszcie...I ja? -  Przypominał sobie pożółkłe obrazy... Ale to tylko mała garść luźnych wspomnień. Nie miał zielonego pojęcia, kto za co tam trafił, jak długo siedział...Ale jest już i kamienica. Makary chwyta za klamkę, szarpie. Zamknięte. Obok dostrzega domofon. Są numery mieszkań, ale bez nazwisk. Pod jakim numerem mieszka Mistrz? Przesuwa wskazującym palcem po guzikach, który nacisnąć? Naciska wszystkie prawie jednocześnie. Pytania mieszają się z elektromagnetycznym dźwiękiem uwalnianych drzwi i po chwili wchodzi po skrzypiących schodach na drugie piętro dźwigając ciężar, wyzwolonej z niebytu fragmentu pamięci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KTO TO PISZE&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pierwszym piętrze mija znajomą kobietę z psem. Sonia? Sonia... Idąc wyżej wciąż czuje jej wzrok na sobie. Miał ochotę ukłonić się jej. Ale nie ukłonił się. Dlaczego?&lt;br /&gt;Ale oto są drzwi, stare, solidne dwuskrzydłe drzwi. Kunsztowna rzemieślnicza robota... Stoi z ręką zawieszoną nad klamką. Wejść, albo nie wejść...&lt;br /&gt;Kim jest dla mnie ten starszy człowiek? Myśli.&lt;br /&gt;Za tymi drzwiami kryję się zupełnie obcy świat. Cóż z tego, że jest pełen książek! Nie miał prawa zakłócać spokoju tym ludziom. Nie jest tym, kim myślą, że jest! Gdyby był poetą wszystko byłoby w porządku. Tak, wszystko byłoby okej. Nie wie, czym jest poezja. Nie napisał w życiu żadnego wiersza. Dlaczego potrafił sobie przypomnieć celę, a nie potrafił „Obierek”? Pomylili go z kimś, tak...Może ma brata bliźniaka? Może jest ktoś bardzo podobny do niego, mówią, że każdy ma swojego sobowtóra. Nie ma przy sobie żadnego dokumentu tożsamości, nie ma pieniędzy...I dlaczego miał ochotę ukraść ten banknot? Za co był aresztowany? Książki?! Kocha je...&lt;br /&gt;- Właśnie, muszę się tego trzymać! - Postanowił.&lt;br /&gt;Ale czy pamięta jakąś powieść? &lt;br /&gt;Spokojnie, spokojnie...Przypomnij sobie...Dajmy mu jakiś punkt zaczepienia...Pies...Powieść...Sonia...Kojarz Makary, kojarz! Cela...Kryminał? Nie, nie, żadne takie. Sonia to piesek tego babsztyla.&lt;br /&gt;Spacer...Dublin? Co to jest Dublin? Dupa...Raskolnikow? &lt;br /&gt;Mam! Kurwa mam! Raskolnikow! Zbrodnia i kara! Dzięki ci Boże! - Cieszy się jak dziecko. -  Ale skąd ten Dublin? Dojdę i do Dublina...Dostojewski. Klasyka Makary. Genialne, genialne. Więc któż zabił? Jak to, kto zabił? Ależ pan zabił...Nikt inny...Zabił? Dlaczego pomyślał akurat o tym? Zabił...Nie, nie, tylko nie zabił! A wtedy, w dorożko-drezynie, czyż nie pomyślał właśnie o tym. Prędzej mógłby zabić kogoś niż popełnić samobójstwo. A może kogoś wrzucił pod pociąg, albo z pociągu wyrzucił? Ale to już było. Było! Tylko gdzie? Jego pamięć pomieszała wszystko dokładnie, to co sam przeżył, z tym co przeczytał, a być może i z tym, co sam napisał!?...&lt;br /&gt;- No i dlaczego tak stoisz jak ten chuj na weselu?&lt;br /&gt;To Mistrz w uchylonych drzwiach. &lt;br /&gt;- Wchodźże! Przeciąg jest!&lt;br /&gt;Jest już w mieszkaniu, ściąga buty. Normalka. Jakby przyszedł do siebie. Hej, cześć tato, cześć mamo, cześć dzieci, cześć kochanie. Cześć, cześć! Normalka.&lt;br /&gt;- Pozwoliłem sobie zrobić śniadanie. - wymamrotał pod nosem.&lt;br /&gt;- Słucham?&lt;br /&gt;- Mówię, że zrobiłem sobie śniadanie.&lt;br /&gt;- No i bardzo dobrze...&lt;br /&gt;- No wiesz...Jakoś tak, głupio mi... -  Nie widział, co mam zrobić z rękoma.&lt;br /&gt;- Chodź, pogadamy przy kawie. Póki, co ten dom jest twoim domem.&lt;br /&gt;Weszli do kuchni.&lt;br /&gt;- Z zapażarki czy zalewajkę wolisz?&lt;br /&gt;- Ja? Ja zalewajkę... - Usiadł przy kuchennym stole.&lt;br /&gt;- Makary...Załóżmy, że jestem twoim...No, powiedzmy stryjem.&lt;br /&gt;- A jesteś?&lt;br /&gt;- Powiedzmy, że jestem, znam cię od dziecka, przychodziłeś do mnie od lat i znasz tu każdy kąt, tylko zapomniałeś o tym.&lt;br /&gt;- A Prorok jest moim ojcem? - Zakpił z jego wyjaśnień.&lt;br /&gt;- Świetnie, zauważyłeś jednak podobieństwo...&lt;br /&gt;- Przypomniałem sobie Fiodora Dostojewskiego, tylko, że...&lt;br /&gt;- No?... Ile łyżeczek sypiesz?&lt;br /&gt;- Ja bez cukru!&lt;br /&gt;- I co z tym, Dostojewskim?&lt;br /&gt;- Przeszło mi przez myśl, że jestem Raskolnikowem.&lt;br /&gt;- Raskolnikowem powiadasz...&lt;br /&gt;- Właśnie...&lt;br /&gt;- No, co ty. Nikogo nie zabiłeś... -  Spojrzał na Makarego jakoś tak inaczej, cieplej jakby. -  Ale to bardzo ciekawe, że akurat ta powieść! Coś w tym musi być...&lt;br /&gt;- Daj mi jakiś album ze zdjęciami, powiedz jak się nazywam i wszystko wróci do normy, po co te podchody?&lt;br /&gt;Nie odpowiedział.&lt;br /&gt;- Dlaczego milczysz?&lt;br /&gt;- Pomyśl o sobie, że jesteś bohaterem powieści.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- My tu sobie, gadu, gadu, kawkę parzymy a tak naprawdę to literacka fikcja, ktoś w tej chwili stuka w klawiaturę komputera i zastanawia się nad następną kwestią dla nas. Pomyśl jak swoim racjonalnym postępowaniem utrudnisz mu pracę. Kiedy wszystko się wyjaśni czar pryśnie i przestaniesz istnieć? Czy tego właśnie chcesz?&lt;br /&gt;- Sprzedającywiersze wyrażał się o tobie jak o guru undergroundowej literatury, teraz wiem, co miał na myśli. - Makary uśmiechał się jak niespełna rozumu.&lt;br /&gt;- A ty wiesz, co to jest wogule undergruondowa literatura?&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- To taka, która tworzona jest przez bandytów literatury...Ze śmietanką pijesz?&lt;br /&gt;- Może być...Jak to przez bandytów? -  Zmarszczył czoło przypominając sobie proroctwo dziadka. -  Ale stryj miał znakomity pomysł z tym papierowym Makarym. O! Człowiek istnieje w ściśle określonym pojęciu...... Dziękuję. -  Mistrz podstawił mu kawę.&lt;br /&gt;- Wiesz... -  Usiadł obok -  Takim autorem jest Bóg, cokolwiek ten termin dla ciebie znaczy! To on ustala reguły...&lt;br /&gt;- A ja mam problem z sikaniem w czyjejś obecności, to też Bóg ustalił?&lt;br /&gt;- A któżby inny?&lt;br /&gt;- Myślałem, że to jakaś ułomność psychosomatyczna, a to Bóg. - Silił się na cynizm.&lt;br /&gt;- No dobrze, zostawmy na razie Boga w spokoju i tak do niczego nie dojdziemy...Aha, ty bez śmietanki?&lt;br /&gt;- Nie! Znaczy...Tak...&lt;br /&gt;- Kiedyś wybrałem się do apteki po lecytynę, ale zanim dotarłem do okienka, zapomniałem, po co przyszedłem...Dobrze, że pani magister się domyśliła...&lt;br /&gt;Makary upił trochę kawy, aby zrobić miejsce na śmietankę.&lt;br /&gt;- A niby czego ja mam się domyśleć? - Zapytał.&lt;br /&gt;- Wszystkiego Makary, wszystkiego...Przestań układać sobie życie w logiczną całość, tylko tyle mogę ci podpowiedzieć.&lt;br /&gt;- Pan Stanisław stwierdził, że człowiek rodzi się, cierpi i umiera, czy to jest logiczna całość?&lt;br /&gt;- Zbliżamy się do starej śpiewki, że życie jest bez sensu, co?&lt;br /&gt;- No bo jest! Jeżeli mam być tylko literackim bohaterem, to jest. Jest! Jest...&lt;br /&gt;- I tu się mylisz Makary, życie ma sens, lecz mało, kto próbuje go odnaleźć.&lt;br /&gt;- Tak, tak... -  Zaczął bębnić palcami po stole, okazując w ten sposób swoje zniecierpliwienie tematem. Bóg...Bóg...Sens...Bezsens....&lt;br /&gt;Mistrz ze zrozumieniem pokiwał głową.&lt;br /&gt;- Makary!&lt;br /&gt;- Tak?&lt;br /&gt;- Napisz powieść.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Powieść! Pobaw się w Boga. Stwórz swój prywatny wszechświat.&lt;br /&gt;- Dobre sobie. Świetne! Genialne... Mam już nawet początek. I tak oto stoję na peronie...&lt;br /&gt;- Na, jakim peronie?&lt;br /&gt;- Stacji metra Puchacz, a potem ty się pojawiasz, dobre, co? &lt;br /&gt;- Pojawiam się i co dalej?&lt;br /&gt;- Zapraszasz mnie na wódkę i pomagasz odnaleźć mój życiorys.&lt;br /&gt;- To tak reportersko jakby, suche fakty, nie podoba mi się. - Skrzywił się.&lt;br /&gt;- Co się czepiasz? Wszystko zostało już napisane. Nie napiszę przecież zbrodni i kary dwa! Kurwa mać! Wszystko zostało już napisane! Wszystko zbudowane, zrekonstruowane, powielone, przeinaczone...&lt;br /&gt;Zapadła cisza...Mistrz westchnął.&lt;br /&gt;- Pomyślałem sobie, że jak zaczniesz pisać, będziesz musiał sięgać do zasobów swojej pamięci i w ten sposób, być może pobudzisz ją do działania...&lt;br /&gt;- Jestem zmęczony moją pamięcią i...I całą tą irracjonalną sytuacją. Duszę się...Nie wiem czy ja to ja, co jest moje a co przeczytane, a co jeszcze wymyślone... Duszę się...&lt;br /&gt;- Dusisz się?&lt;br /&gt;- Tak. Duszę! Wiem, że coś zrobiłem, coś okropnego i...tej wersji będę się trzymał!&lt;br /&gt;- Niczego okropnego nie zrobiłeś. -  Zapewniał Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;- Gdzieś to zakopałem głęboko w sobie, bardzo głęboko. - Makary wytrzymał jego wzrok. - Jest to rzecz, której...&lt;br /&gt;- Przestań pierdolić Makary, proszę cię!&lt;br /&gt;- Muszę coś ze sobą zrobić, nie mogę siedzieć wam na karku. - Dla odmiany rozpoczął proces ujawniania swoich kompleksów.&lt;br /&gt;- Nikomu nie przeszkadzasz i nikt cię nie wygania.&lt;br /&gt;- Ale nie mówicie mi prawdy. Dlaczego?&lt;br /&gt;- Prawdy? O czym ty mówisz?! Twoje istnienie jest jedyną prawdą. Zresztą prawda jest relatywna, i nie oto w tym wszystkim chodzi, aby ustalać jakieś fakty...&lt;br /&gt;- A o co?&lt;br /&gt;- Myślę że... - Mistrz zakrył twarz.&lt;br /&gt;- Tak?&lt;br /&gt;- Myślę, że chodzi oto – cedził - abyś miał wpływ na autora.&lt;br /&gt;- Na jakiego autora? O czym ty mówisz?&lt;br /&gt;- Życie każdego z nas jest baśnią, którą piszę sam Pan Bóg...To chyba Andersen ukuł, ale pewny nie jestem. - Przyznał.&lt;br /&gt;- Myślisz, że mógłbym spróbować?&lt;br /&gt;- Myślę, że mógłbyś!&lt;br /&gt;W progu kuchni pojawił się Prorok&lt;br /&gt;- A nasze spotkanie na peronie?&lt;br /&gt;- Biegłem za tobą, co w moim wieku jest już nie lada wyczynem. Jestem już starym aniołem, w stanie spoczynku...&lt;br /&gt;- Czołem panowie, zostało trochę kawy dla mnie? No, macie szczęście. -  Wziął z suszarki filiżankę i nalał.&lt;br /&gt;- A moje kłopoty z pamięcią? Od dawna...&lt;br /&gt;- Nie potrafię udzielić ci jednoznacznej odpowiedzi, ale od jakiegoś czasu masz z tym problem. Być może nawet taki się urodziłeś...&lt;br /&gt;Prorok przysiadł się do stołu, kładąc na blat kilka kartek maszynopisu.&lt;br /&gt;- Czasem życie przerasta sztukę. - Stwierdził jakby od niechcenia chlipiąc kawę.&lt;br /&gt;- Powiedział pan... -  Makary nie potrafił przypomnieć sobie chwili swojego porodu, ale przypomniał sobie scenę z wczorajszego wieczora. - Że gdyby pan o tym nie pisał, to nie znalazłbym się na peronie...Jak mam to rozumieć?&lt;br /&gt;- A po co to rozumieć! – Wzruszył ramionami. -  Słońce jest jedną z mniejszych gwiazd, nasza planeta nic nie znaczącym szczegółem w kosmosie, więc po co rozumieć. Jeżeli powiem, że jestem Bogiem, zostanę uznany za wariata.&lt;br /&gt;- Dzięki, to wszystko wyjaśnia.&lt;br /&gt;- Proste, prawda? - Docenił jego inteligencję szerokim uśmiechem.&lt;br /&gt;- Co tam masz ciekawego? -  Mistrz ruchem głowy wskazał kartki na stole.&lt;br /&gt;- Kawałek życia Makarego... -  Odpowiedział siorbiąc kawę.&lt;br /&gt;Makary domyślał się, że to jego celowa zagrywka z tym siorbaniem, z trumną i całym tym image. Nie zdziwiłby się nawet, jakby w tej chwili Prorok puścił bąka.&lt;br /&gt;- Można? - Spytał ukrywając zainteresowanie.&lt;br /&gt;- Pewnie, przyniosłem je dla ciebie. – P odsunął maszynopis. - To z pobytu w domu wariatów. &lt;br /&gt;- Te opowiadanie, które wczoraj czytałem... - Makary zaczął formułować pytanie.&lt;br /&gt;-Tak, to twoje sprawka...Chowającysięwszafie. Napisałeś to prawie dwadzieścia lat temu, a do dzisiaj mi się podoba.&lt;br /&gt;- Ja jestem Chowającysięwszafie?&lt;br /&gt;- Jesteś każdym z nich po trochu, podzieliłeś swoją osobowość na cztery. A to coś więcej niż prostackie rozdwojenie jaźni. -  Zarechotał dziko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W WARIATKOWIE&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okna...Okna były tuż nad podłogą. Było ich pięć na całej długości świetlico-jadalni. Ściana nad nimi, łagodnie nachylała się do wewnątrz, by zamknąć bryłę lokalu mikroskopijną płaszczyzną sufitu. Na pierwszy rzut okna można było stwierdzić, że pomieszczenie zostało przerobione z poddasza, a właściwie ze strychu. Na tak zaadoptowanym trzecim piętrze mieścił się teraz szósty oddział szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych. Siedziałem od jakiegoś czasu w dyżurce czekając na lekarza. Obok, chyba obrażony na mnie, siedział pielęgniarz i nawet przez myśl mu nie przeszło, jakim jest szczęściarzem. Dlaczego? To proste, w innych okolicznościach dostałby ode mnie po mordzie. Kazał mi się przebierać w piżamę! Bezczelny typ, podpadł mi na samym początku i nawet nie zdaje sobie sprawy jak ma teraz u mnie przesrane. Ale mimo to i tak jest szczęściarzem...Dziadek...Tak nazwałem tego dziwnego gościa...Siedział na krześle przy oknie, skąpany promieniami lipcowego dnia...Patrząc pod światło mogłem jedynie rozpoznać kontury jego postaci, instynkt podpowiadał mi, że powinienem zaprzyjaźnić się przede wszystkim z nim. Wroga już sobie wybrałem, potrzebny był mi teraz koalicjant, a on nadawał się moim zdaniem do tego idealnie. Po pierwsze, panował nad wszystkimi wariatami i nie liczył się zupełnie z pielęgniarzem. Po drugie, jako jedyny miał swoje prywatne ciuchy, a po trzecie jeszcze nie wiedziałem, co, ale byłem święcie przekonany, że musi być po trzecie.&lt;br /&gt;A poza tym Dziadek miał długie szpakowate włosy opadające falami na ramiona, a pod nosem wąsa ala Piłsudski. Jego ręce były ozdobione mnóstwem tatuaży, a jak się później okazało, nie tylko ręce. Każdy w miarę inteligentny człowiek musiał się zakochać w Dziadku od pierwszego wejrzenia. A ja uważałem się za w miarę inteligentnego człowieka, gdyby było inaczej cóż bym robił w takim miejscu jak to?&lt;br /&gt;Kiedy o tym rozmyślałem drzwi otworzyły się i do sali wszedł młody pielęgniarz w towarzystwie zgrabnej kobiety.&lt;br /&gt;Dziadek i mój pielęgniarz poderwali się z krzesełek, aby rozpędzić tłum pensjonariuszy skamlących o wypisanie do domu. A więc to pani doktor!&lt;br /&gt;- Poproszę pana do siebie.&lt;br /&gt;Poszedłem pokornie za nią, zatrzaskując drzwi za sobą, i po chwili stałem przed jej biurkiem w bardzo przyjemnie urządzonym gabinecie. Na ścianie po mojej lewej stronie zauważyłem bardzo ciekawą reprodukcję. Noc, pociąg na wiadukcie i nagie kobiety spacerujące po ulicy.&lt;br /&gt;Intrygujące...&lt;br /&gt;- Proszę się rozebrać... - Powiedziała zawieszając na chwilę głos. Stała po drugiej stronie biurka, zatopiona w lekturze mojego skierowania do szpitala. Wreszcie wyprostowała się i podeszła do mnie zabierając po drodze stetoskop ze stolika.&lt;br /&gt;- Proszę ściągnąć koszulę. -  jej głos był słodki jak szminka na jej ustach.&lt;br /&gt;- A to co? -  Zdumiała się widząc moje blizny na wewnętrznej stronie ramion.&lt;br /&gt;- Wpadłem w agrest. - Odpowiedziałem, moim zdaniem, na idiotyczne pytanie z jej strony.&lt;br /&gt;Chwyciła mnie za rękę i podniosła, niezdrowo zafascynowana moimi szramami.&lt;br /&gt;- Chciał pan popełnić samobójstwo? -  W jej pytaniu było niedowierzanie, puściła moją dłoń i wróciła po dokumenty z biurka.&lt;br /&gt;- Z wywiadu wynika, że jest pan nieprzeciętnie inteligentnym, chociaż ekscentrycznym człowiekiem, ale nie mam żadnej wzmianki o pańskich skłonnościach do samobójstwa...&lt;br /&gt;- Chcę wrócić do domu, natychmiast.&lt;br /&gt;Spojrzała na mnie badawczo.&lt;br /&gt;- Może pan wrócić, kiedy pan zechce, ale skoro już pan tu jest...&lt;br /&gt;- Miałem skierowanie do kliniki psychologii a nie na oddział psychiatryczny. - stwierdziłem oschle.&lt;br /&gt;- Tak... - Uśmiechnęła się pojednawczo. - Mamy tam teraz kapitalny remont.&lt;br /&gt;- W recepcji powiedziano mi, że odpluskwianie.&lt;br /&gt;- Odpluskwianie? Nic mi o tym nie wiadomo, ale być może...Denerwuje się pan?&lt;br /&gt;- Nie powiem, nie...&lt;br /&gt;Podeszła do mnie bardzo blisko.&lt;br /&gt;- Proszę, niech pan się rozbierze do połowy, zbadam pana, a potem sam pan zadecyduje panie Makary...&lt;br /&gt;Nie protestowałem. Oddychać-nie oddychać, oddychać, nie oddychać...Nie trwało to długo.&lt;br /&gt;- Zmierzymy jeszcze ciśnienie, ma pan przyśpieszony puls.&lt;br /&gt;Usiadłem przy stoliku, gdzie leżał stetoskop i aparat do mierzenia ciśnienia, owinęła mi rękę i zaczęła pompować powietrze, ale mało mnie to obchodziła, siedziałem teraz na wprost tej tajemniczej reprodukcji i nie mogłem od niej oderwać wzroku. Cóż za klimat!&lt;br /&gt;- Ma pan trochę podniesione ciśnienie, ale to nic groźnego. - Uspokoiła, uwalniając mi rękę. -  Czym pan to sobie zrobił?&lt;br /&gt;- To nie była żadna próba samobójstwa. - powiedziałem po chwili milczenia, aby zakończyć nie rozwinięty temat.&lt;br /&gt;Zanim wypuściła moją rękę, przejechała swoją dłonią po bliznach.&lt;br /&gt;- Nie chcesz o tym mówić? -  Przeszła mi na ty.&lt;br /&gt;- A co chcesz wiedzieć? – Jako bezczelny, wszystko mający w dupie typ, nie byłem jej dłużny.&lt;br /&gt;- Wszystko...&lt;br /&gt;- Tylko tyle? - Uśmiechnąłem się.&lt;br /&gt;- Zostaniesz, prawda? -  Czarowała na najwyższym poziomie. -  A na imię mam Helena.&lt;br /&gt;- Miło mi...To było szkło z rozbitego kufla, byłem pijany... - Zachowywałem się niczym mucha w misternie utkanej sieci pająka. Wiedziałem o tym.&lt;br /&gt;- Żałujesz?&lt;br /&gt;- Tak...&lt;br /&gt;- A ten tatuaż?&lt;br /&gt;- Dziś zrobiłbym sobie lepszy...&lt;br /&gt;- Mówisz poważnie?&lt;br /&gt;- Widziałem kilka fajnych wzorków na rękach tego, tam...Na jadalni... -pomyślałem o Dziadku&lt;br /&gt;- Kapitana?&lt;br /&gt;- Nie zauważyłem dystynkcji...&lt;br /&gt;- To ciekawa postać...Ale porozmawiajmy o tobie.&lt;br /&gt;- O mnie? Nie ma, o czym. To tylko zbieg okoliczności, że tu jestem.&lt;br /&gt;- No, nie wiem. Musiałeś mieć jakiś problem skoro zgłosiłeś się do poradni, porozmawiajmy o tym...A potem zdecydujesz, co dalej. Okej?&lt;br /&gt;- Problem? Nie miałem żadnego problemu. Komisja wojskowa wysłała mnie na te... Badania.&lt;br /&gt;- Nie mam o tym żadnej informacji. Jak do tego doszło?&lt;br /&gt;- Myślę, że w związku z moją działalnością polityczną.&lt;br /&gt;- Działalnością polityczną? Powiedz mi coś bliżej...&lt;br /&gt;- Ale naprawdę nie ma, o czym mówić, takich przypadków jak mój, było tysiące!&lt;br /&gt;- Nie ma nawet dwóch takich samych przypadków. -  Zauważyła jako profesjonalistka.&lt;br /&gt;- Bawiłem się trochę w opozycjonistę, bardziej dla adrenaliny niż przekonań, to tak jak z tymi sznytami, bardziej dla szpanu a nie skłonności samobójczych...&lt;br /&gt;- Komu chciałeś zaimponować szpecąc swoje ciało? Makary, ja tu mam wyniki wszystkich twoich testów z poradni, i odnoszę wrażenie, że rozmawiam z zupełnie innym człowiekiem!&lt;br /&gt;- Wracam do domu. - Postanowiłem głosem obrażonego, innego człowieka.&lt;br /&gt;- Zachowujesz się jak dzieciak, obrażony dzieciak. Wrócisz do domu i co? Do końca życia będziesz żałował, że straciłeś okazję poznania samego siebie.&lt;br /&gt;- Znam samego siebie.&lt;br /&gt;- Czyżby? Tak naprawdę to nikt nie zna samego siebie, jestem kimś innym jako psychiatra, i kimś innym jako kobieta...&lt;br /&gt;- A teraz rozmawiasz ze mną jako...?&lt;br /&gt;- Jako...Ktoś tobie przyjazny, niezależnie od tego czy w roli psychiatry czy kobiety...&lt;br /&gt;- Osaczasz mnie...Czarujesz...&lt;br /&gt;- Schlebia ci to? -  Sięgnęła po duży kaliber.&lt;br /&gt;- Bardzo...Czuję się kimś szczególnym...&lt;br /&gt;- Makary, być może są to początki schizofrenii. Być może... Zostań tu trzy, cztery dni, a rozwiejemy wszystkie wątpliwości.&lt;br /&gt;- A jak nie rozwiejemy? Pozostanę wtedy po tej stronie drzwi gdzie nie ma klamek?&lt;br /&gt;- Daję ci słowo, że nie, wystarczy kontrola u rejonowego lekarza.&lt;br /&gt;- Myślałem, że wystarczy stetoskop i ciśnieniomierz. -  Zakpiłem, wierząc, że jest to dowód mojej inteligencji.&lt;br /&gt;- To troszkę bardziej skomplikowany proces.- Sięgnęła po długopis i zaczęła pisać. -  Wypiszę ci przepustkę. Proszę cię tylko abyś poddał się kilku testom, nic więcej...&lt;br /&gt;- Coś mi tu nie gra?&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Po pierwsze, nie powinnaś dopuścić do spoufalenia, po drugie, nie powinno ci tak zależeć na tym abym został, a po trzecie...&lt;br /&gt;- Słucham?&lt;br /&gt;- Zanim wypiszesz przepustkę, powiesz mi, co jest grane... I nie uśmiechaj się tak, to mnie nie bierze. - Skłamałem.&lt;br /&gt;- To zwykła procedura, miałeś prawo przejść mi na ty, skoro ja to zrobiłam. To po pierwsze, a poza tym, łamiemy w ten sposób bariery... - Zamyśliła się. - Hm...Mój kolega, psycholog z kliniki, bada wczesne fazy rozwoju schizofrenii, a z tą chorobą jest tak, jak z wieloma innymi, wiemy o niej dopiero wtedy, kiedy jest już za późno...Rozumiesz, co chcę powiedzieć?&lt;br /&gt;- Mam być królikiem doświadczalnym?&lt;br /&gt;- To była twoja decyzja Makary...&lt;br /&gt;- Ale nie było mowy o żadnym pieprzonym oddziale zamkniętym!&lt;br /&gt;- Oto twoja przepustka. - Podsunęła mi kartkę.&lt;br /&gt;- Dobra. -  Westchnąłem.&lt;br /&gt;- Umowa stoi?&lt;br /&gt;- Powiedziałem przecież. -  Złożyłem przepustkę i schowałem do tylnej kieszonki spodni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* * *&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Długo tam będziesz siedział? - Niecierpliwił się Mistrz.&lt;br /&gt;Makary odłożył maszynopis.&lt;br /&gt;- Już wychodzę... - Odruchowo sięgnął po papier toaletowy, a nawet nie ściągnął spodni. Zwyczajnie zamknął się w toalecie, aby w ciszy zatopić w lekturze, którą otrzymał od Proroka. Na wszelki wypadek spuścił wodę, aby uwolnić Mistrza od wszelkich podejrzeń.&lt;br /&gt;- To nie czytelnia. - rzekł, kiedy wychodził - Tylko sralnia...&lt;br /&gt;- Znowu mi coś nie wyszło. – Makary silił się na dowcip.&lt;br /&gt;Mistrz zamknął się w toalecie.&lt;br /&gt;- Jaki mamy dzisiaj dzień? -  Zapytał przez drzwi.&lt;br /&gt;- Sobota...&lt;br /&gt;- Sobota!? A znasz knajpę u Starego Ola?&lt;br /&gt;- Tę spelunę? Ciekawe, że sobie o niej przypomniałeś...&lt;br /&gt;- Wczoraj spotkałem kolesia z więzienia.&lt;br /&gt;- O! To o tym też już wiesz...&lt;br /&gt;- Umówiłem się z nim dzisiaj na 17tą.&lt;br /&gt;- Odradzam...&lt;br /&gt;- A to dlaczego?&lt;br /&gt;- Ty siedziałeś za politykę, a w tej knajpie spotykają się kryminaliści...&lt;br /&gt;- Czyli ja nie mam przeszłości kryminalnej?&lt;br /&gt;- Daj mi spokojnie się załatwić, ja tu nie przyszedłem czytać!&lt;br /&gt;- Dobrze już, dobrze...Idę!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;U STAREGO OLA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na miejsce dotarł za piętnaście minut piąta. Pewnie pchnął ciężkie, metalowe drzwi i wchodząc do środka rozejrzał się dyskretnie za Jaśkiem. W gospodzie było zaledwie trzech klientów, uśmiechnął się na widok jednego z nich. Siedział w kącie, przy oknie, wpatrzony w wypity do połowy kufel piwa.&lt;br /&gt;- Dzień dobry panie Stanisławie. - Makary ucieszył się jak dziecko.&lt;br /&gt;- A, to pan! - Poznał go po chwili. - Co pana tutaj sprowadza?&lt;br /&gt;Opowiedział mu pokrótce historię z parku, a on wtajemniczył Makarego w historię tego miejsca.&lt;br /&gt;Gospoda u Janka, znana raczej jako knajpa u Starego Ola, zajmowała suterenę obskurnej kamienicy, w dzielnicy nie cieszącej się dobrą reputacją. Właścicielem był niejaki Aleksander Chudy. Był to człowiek po przejściach, w półświatku znany jako Stary Olo albo Chudy Paser. Od lat, wraz z żoną prowadził legalny interes, który był przykrywką dla nielegalnej paserki. Najstarsi ludzie powiadali, że swego czasu była to ulubiona knajpa młodego Jana Himilsbacha, stąd niby, miała się wziąć nazwa gospody. Inni natomiast, dementowali te pogłoski, twierdząc, że to tylko chwyt marketingowy Chudego Pasera, który, chociaż wziął udział w castingu do kultowego filmu Rejs, to niestety przepadł w przedbiegach ze swoją zupełnie normalną facjatą. Jakby nie było i jakby nie mówiono, to ludzie i tak kochali mity, więc gospoda od wielu lat cieszyła się dobrą, chociaż dość specyficzną sławą.&lt;br /&gt;- No i pański Jasiu nie przyszedł. - Zauważył pan Stanisław. -  A już prawie pół do szóstej...&lt;br /&gt;- Widocznie zapomniał, albo coś się stało, nie wiem... -  Makary dopił resztki drugiego piwa. - Tak sobie myślę, że powinienem znaleźć sobie jakąś pracę, no i mieszkanie...Nie mogę tak bez końca siedzieć u Mistrza!&lt;br /&gt;- A co pan potrafi? -  Zapytał.&lt;br /&gt;- Nie wiem...Nic nie pamiętam.&lt;br /&gt;- No tak. Może bym coś znalazł dla pana, człowiek wozi różnych ludzi, więc to i owo słyszy...&lt;br /&gt;- To może być cokolwiek...&lt;br /&gt;- Ta Zosia, wie pan, ona teraz pracuje w zakładach mięsnych, podobno potrzebują tam ludzi, jakby pan chciał.&lt;br /&gt;- W zakładach mięsnych!?&lt;br /&gt;- A co, nie pasuje?&lt;br /&gt;- Nie wiem czy dam radę, po prostu...Nie wiem.&lt;br /&gt;- To zależy tylko od pana, Zosia dała sobie radę to i takie chłopisko też sobie da!&lt;br /&gt;- Powiada pan, chłopisko...Problem w tym, że nie mam żadnych dokumentów. - przyznał się bez bicia.&lt;br /&gt;- Widzę, że coś pan kręci - pokiwał z niedowierzaniem głową - Ale jak pan sobie chce. Stanowisko prezesa jest już zajęte.&lt;br /&gt;- Ale to nie tak, jak pan myśli... - Próbował tłumaczyć.&lt;br /&gt;- No. Na mnie już pora. -  Wstał od stołu - A! I proszę Mistrza ode mnie pozdrowić.&lt;br /&gt;Wyciągnął dłoń na pożegnanie.&lt;br /&gt;- Ja też wychodzę - poinformował i wyszli razem.&lt;br /&gt;W zaułku, przecznicę dalej stała dorożka. Trójka dzieciaków stała przy koniu, rudowłosa dziewczynka głaskała Baśkę po karku.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór - przywitała się grzecznie nie odchodząc od konia.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór. Mama w domu?&lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;- Mogłabyś zaprowadzić pana do mamy?&lt;br /&gt;Zdumiony i zdezorientowany Makary spojrzał pytająco na pana Stanisława.&lt;br /&gt;- Niech pan sam porozmawia z Zosią o tej pracy, ja tam nie znam szczegółów - wyciągnął rękę po raz drugi. - Na mnie już pora, robota czeka.&lt;br /&gt;Dzieci taksowały Makarego ciekawskimi spojrzeniami. &lt;br /&gt;- A ja pana znam!&lt;br /&gt;- Tak? -  Zdziwił się. - A skąd?&lt;br /&gt;- Czytał pan wiersze w naszym domu kultury...&lt;br /&gt;- Jak ci na imię?&lt;br /&gt;- Zosia, tak samo jak mojej mamusi.&lt;br /&gt;- Powiadasz, że czytałem wiersze...&lt;br /&gt;Zosia pokiwała głową, jakby lekko zażenowana.&lt;br /&gt;- A, kiedy to było?&lt;br /&gt;- Jak byłam w trzeciej klasie.&lt;br /&gt;- A teraz, do której chodzisz?&lt;br /&gt;- Też do trzeciej, ale gimnazjum...Cała nasza szkoła poszła wtedy do domu kultury-tłumaczyła.&lt;br /&gt;- Aha...A podobały ci się, chociaż te wiersze?&lt;br /&gt;- Mi najbardziej tego starszego pana.&lt;br /&gt;- Starszego pana?&lt;br /&gt;- Tak. On czytał pierwszy, potem pan a na końcu nasz kolega z gimnazjum.&lt;br /&gt;- Ale on już od dawna jest na studiach, a może nawet już skończył... -  Wtrącił się jeden z milczących do tej pory chłopców.&lt;br /&gt;- A pamiętacie, chociaż jak się nazywałem? -  Makary uśmiechnął się całą szerokością twarzy.&lt;br /&gt;- Jasne -  dziewczynka była pierwsza. - Hanuszkiewicz. Makary Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;- Brawo, masz dobrą pamięć. -  A w myślach powtarzał sobie. Hanuszkiewicz. Hanuszkiewicz. No tak. W takim razie Mistrz może być moim stryjem. Ha! Gdybym miał sam sobie wybrać nazwisko, wybrałbym właśnie te - Hanuszkiewicz!&lt;br /&gt;- Idzie pan?&lt;br /&gt;- Co? Gdzie? -  Jej pytanie wyrwało go z zamyślenia.&lt;br /&gt;- Do mojej mamusi...&lt;br /&gt;- Tak! Tak...Chodźmy...&lt;br /&gt;Okolica była rzeczywiście ponura. Stare zaniedbane, przedwojenne kamienice, z oderwanymi płatami tynku. Zamknięte w klaustrofobicznych kwadratach, brudne podwórka, odgrodzone betonowym płotem od biegnących torów kolejowych. Naprędce zbite szopki, przybudówki, drewutnie i Bóg wie, co jeszcze. W powietrzu unosił się zapach papy, smoły, trocin, ropy i szamba. Na zbitej z desek ławce, pod jedną z drewutni siedziało dwóch facetów, trzeci przykucał obrócony plecami. &lt;br /&gt;Butelka taniego wina krążyła z ręki do ręki. Kiedy zbliżyli się do kamienicy, jeden z siedzących szturchnął tego kucącego, ten ostatni odwrócił się i obrzucił Makarego nieprzyjaznym spojrzeniem.&lt;br /&gt;- A ty tu czego? -  Mówiąc to wyprostował się i zrobił kilka kroków w ich kierunku.&lt;br /&gt;- To chyba jakiś pedofil! Przypierdol mu Mundek! -  Krzyknął ktoś z ławki.&lt;br /&gt;- Wujku! - Rzekła groźnie Zosia - Pan Makary jest znajomym pana Stasia.&lt;br /&gt;- Makary? -  Otworzył szeroko oczy wyrażając tym swoje zdumienie, po czym przyśpieszył kroku i już stał przede nim z wyciągniętą ręką. - Sorry stary, nie poznałem cię! Przyjaciele Jasia są naszymi przyjaciółmi...Co, nie poznajesz mnie? Wczoraj w parku...&lt;br /&gt;- A! Teraz załapałem...No a co z Jasiem? Czekałem na niego prawie godzinę.&lt;br /&gt;- Kurwa mać, nawet nie pytaj...Chodź na chwile, to pogadamy -  skinął na dzieci, dając znak, że nie chce przy nich mówić.&lt;br /&gt;- Wujku! -  Zaprotestowała Zosia.&lt;br /&gt;- Czekaj...Zaraz ci go oddam!&lt;br /&gt;Podeszli do ławki. Makary. Jurek. Gienek. Poznali się już w bardziej przyjaznej atmosferze.&lt;br /&gt;- Masz. -  Genek, ten, który nazwał Makarego pedofilem w ramach zadośćuczynienia podał mu butelkę wina. Nie wycierając gwintu wypił dobrą szklankę tego świństwa. Tak mu podpowiadał instynkt samozachowawczy. I rzeczywiście, jego poświęcenie przełamało pierwsze lody.&lt;br /&gt;- No i co z tym Jaśkiem? -  Spytał sięgając po papierosa od Mundka.&lt;br /&gt;- Zaliczyliśmy dachowanie, a on kurwa mać, kozak i jechał bez pasów, tak, że leży teraz w szpitalu z rozwalonym łbem - zaciągnął się głęboko. Był jakiś nerwowy, podekscytowany.&lt;br /&gt;- Coś poważnego? -  Spytał Makary.&lt;br /&gt;- E! Wyliże się!&lt;br /&gt;- Całe szczęście...&lt;br /&gt;- Bryka była trefna, jechaliśmy do dziupli. Kurwa mać! Tyle kasy przeszło nam koło nosa.&lt;br /&gt;Nie wiedział co ma powiedzieć. Widocznie Jasiek przereklamował jego osobę, skoro Mundek rozmawiał z nim tak bezpośrednio. Nikt nie kwapił się podjąć tematu, trwali więc w milczeniu zerkając na siebie od czasu do czasu.&lt;br /&gt;-A ty do Zośki to, jaki masz interes? -  Ożywił się nagle Jurek.&lt;br /&gt;- Szukam jakiejś roboty, Pan Stanisław wspominał coś o zakładach mięsnych...&lt;br /&gt;- Zakłady mięsne!? A co ty frajer jesteś? Chcesz zapierdalać za osiem stówek na miesiąc? -  Gienek wystrzelił serię raczej retorycznych pytań.&lt;br /&gt;- Za osiem stówek?&lt;br /&gt;- A coś ty myślał, że zaraz ci nawalą...? Osiem stówek bracie i jeszcze chcą żeby ich po dupie całować. Tfu! -  Splunął  – Dobroczyńcy kurwa ich mać!&lt;br /&gt;- O take Polske walczyliśmy -  spuentował Mundek wywołując tym ogólną wesołość. Przynajmniej na chwile.&lt;br /&gt;- A ty mi teraz nie wyjeżdżaj z Wałęsą, pierwszy do solidarności się zapisałeś! - Mówiąc to, Jurek dopił resztę wina i rzucił butelkę w kierunku śmietnika.&lt;br /&gt;- Proszę pana! -  Doszedł nas głos Zosi. - Mamusia wstawiła wodę na herbatę.&lt;br /&gt;- Już idę! -  Ucieszył się jej powrotem. Te towarzystwo wyjątkowo mu nie odpowiadało.&lt;br /&gt;- Makary. - mrugnął Mundek. - Tylko bądź grzeczny, Zocha jest jeszcze całkiem, całkiem...&lt;br /&gt;- I poluje na jelenia! - dodał Genek.&lt;br /&gt;Wybuchnęli śmiechem. Pożegnali się mocnym uściskiem dłoni i Makary z westchnieniem ulgi ruszył za Zosią. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PSYCHODRAMA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieszkanie nosiło wyraźne ślady niegdysiejszej świetności. Solidne meble z trudem upchane w ciasnych pomieszczeniach tak bardzo odcinały się od okien umieszczonych tuż pod sufitem i tej wyczuwalnej nuty wilgoci tak typowej dla suteryn. W powietrzu wisiał jakiś dramat...&lt;br /&gt;- Proszę nie ściągać butów... - Zosia. Brunetka w średnim wieku o dziewczęcych rysach twarzy.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór - uścisnął jej dłoń. Zna ją?! Wchodzą do pokoju mijając ślepą kuchnie.&lt;br /&gt;Jest ciepło, w kuchni pali się ogień. W telewizji pokazują jakiś serial. Wiszący na ścianie zegar wybija pełną godzinę. Siada.&lt;br /&gt;- Pijesz kawę czy herbatę? -  Pyta. Jest spięta. Wyczuwa to. Mówi mu na ty. Dlaczego? Nie wie.&lt;br /&gt;- Poproszę kawę. -  Bo tak wypada. Kawa. Całkiem spokojnie...Całkiem...&lt;br /&gt;Przynosi. Zgarnia kosmyk włosów z czoła. Siada po drugiej stronie. Vis a vis. Przygląda mu się. Jakoś tak...&lt;br /&gt;- Ile to już lat? -  Wzdycha.&lt;br /&gt;Zosia...Zofia...Nie pamięta!&lt;br /&gt;- Przykro mi... - Nie wie, co ma powiedzieć. Czuję się niezręcznie. A może to tylko sen?&lt;br /&gt;- Tak bardzo się cieszę Makary, tak bardzo... - Jest wzruszona.&lt;br /&gt;Zosia? Maria? Anka? Helena?&lt;br /&gt;Co to? Makary spojrzał na książkę leżącą na stole. Antoni Kępiński. Schizofrenia.&lt;br /&gt;Schizofrenia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Solidaryzujesz się z nami?! -  Pytanie, a być może stwierdzenie Adama Hanuszkiewicza powoli docierało do świadomości Makarego. -  Już trzeci dzień, jak nie korzystasz z mocy przepustki.&lt;br /&gt;- Nie widzisz jak leje... -  Odganiał się od rozmowy niczym od natrętnej muchy.&lt;br /&gt;Pan Hanuszkiewicz podszedł do okna. -  Mży...Zaledwie...&lt;br /&gt;Na jadalni pojawia się Helena, jest w towarzystwie Hartlinga. Helena zauważyła Makarego pierwsza.&lt;br /&gt;- Patrzy sercem... - To szept Mistrza zapatrzonego w okno.&lt;br /&gt;Uśmiechnięta. Idzie...Tuż za nią zamyślony Hartling. &lt;br /&gt;- Cześć...&lt;br /&gt;Atmosfera jest senna...&lt;br /&gt;Jaka ona świeża... Hartling po kolei wita się ze wszystkimi...Cześć...&lt;br /&gt;- Pan Piotr... -  Helena patrząc na psychologa- ma dla panów propozycję.&lt;br /&gt;- Czy pan Piotr -  stoicki ton Adama Hanuszkiewicza podkreśla panujący spleen - ma swojego rzecznika?&lt;br /&gt;Makary nachyla się nad Mistrzem i szepcze do ucha, tak, żeby wszyscy słyszeli. -  Dlaczego jej nie lubisz?&lt;br /&gt;- Kocham ją. -  Słyszy w odpowiedzi.&lt;br /&gt;Hartling odchrząkuje. Zbliża się Dziadek.&lt;br /&gt;- Chciałeś coś? -  Do Makarego.&lt;br /&gt;Makary kiwa głową maskując uśmiech.&lt;br /&gt;Mży...&lt;br /&gt;- Dobrze się panowie bawicie? -  Helena &lt;br /&gt;- Pani doktor, można na słówko?... -  Makary delikatnie ujmuję ją za łokieć, i odchodzą kilka kroków dalej. -  Czyżby Piotrek przejął twoje kompetencje? Ostatnio częściej się z nim widuje niż z tobą?&lt;br /&gt;- Tak bardzo tęsknisz za mną? -  Jest jakiś chłód w jej głosie.&lt;br /&gt;- Każda minuta bez ciebie, to stracona minuta... -  Łże.&lt;br /&gt;- Przestań...Proszę...&lt;br /&gt;- Jestem tu, ponieważ, ty tu jesteś...Nie jestem tu dla Piotra... -  Teraz nie łże.&lt;br /&gt;- Jesteś jeszcze taki młody... - Ścisza głos poniżej szeptu. -  Za jakiś czas zapomnisz o mnie...&lt;br /&gt;- Heleno...&lt;br /&gt;- Chodźmy, czekają na nas! -  Stanowczo.&lt;br /&gt;- Nigdy, rozumiesz, nigdy -  Makary rzutem na taśmę- nie zapomnę o tobie, a te parę lat różnicy...&lt;br /&gt;- Już idziemy. Porozmawiamy później.&lt;br /&gt;- Cholera... -  Makary stoi jeszcze przez chwile w miejscu, po czym podążą za Heleną.&lt;br /&gt;- Może usiądźmy do obrad... -  Hanuszkiewicz próbuje zapanować nad sytuacją.&lt;br /&gt;Siadają.&lt;br /&gt;- Na pewno nie mam tyle wdzięku, co pani doktor -  Hartling z nutą pretensji, najpierw w blat stołu a potem śmiało w oczy Makaremu. -  Ale myślę, że mam dla państwa ciekawą propozycję...&lt;br /&gt;- Słuchamy. -  Makary odwzajemnia spojrzenia jakby chciał przekazać: Nie prowokuj mnie bracie!&lt;br /&gt;Hartling nie wytrzymuje spojrzenia. Spogląda na Helenę.&lt;br /&gt;- Pan Piotr... -  Helena słowa kieruje do Makarego a następnie do Adama Hanuszkiewicza. Dziadek w tym czasie przysuwa sobie krzesło z sąsiedniego stolika. -  Zaproponował abyśmy spróbowali swoich sił w psychodramie.&lt;br /&gt;Makary rzuca pytające spojrzenie Hanuszkiewiczowi.&lt;br /&gt;- Mamy założyć teatr?&lt;br /&gt;Makary myśli: Psychodrama, muszę to sobie zapamiętać.&lt;br /&gt;Dziadek dokładnie odczytuje, każde słowa z ruch warg.&lt;br /&gt;- A jak go nazwiemy? -  Makary z ironią -  Teatr Wariatów?!&lt;br /&gt;Dziadek parska śmiechem. Na chwilę. Milczy skarcony spojrzeniem Hanuszkiewicza.&lt;br /&gt;Hartling zrezygnowany wstaje: -  Może porozmawiamy o tym innym razem.&lt;br /&gt;- Bez obrazy młody człowieku. -  Mistrz- To ciekawy pomysł. I na Boga, proszę usiąść.&lt;br /&gt;- A co do nazwy - Helena dołącza się do ratowania sytuacji -  proponuję, Teatr Inny. Chociaż zostawiam to panom.&lt;br /&gt;Atmosfera zaczęła nabierać rumieńców.&lt;br /&gt;- A co będziemy grać? -  Makary nie potrafi pozbyć się ironii - Niech sczezną wariaci?&lt;br /&gt;- Myślałem... - Hartling jeszcze nie potrafi się odnaleźć - że będziemy mieć coś własnego.&lt;br /&gt;- Własnego? - Makary. -  Własną mamy tylko kartotekę.&lt;br /&gt;- A propos kartoteki. -  Helena.- Napiszmy własną. Wiecie, co mam na myśli?&lt;br /&gt;- Że ja też od razu na to nie wpadłem. -  Makary.&lt;br /&gt;- Będziemy ciągnąć zapałki? -  Mistrz&lt;br /&gt;- Nie. -  Hartling tym razem przeciąga E -  Mamy przecież bandytę literatury.&lt;br /&gt;Tu was mam! Myśli Makary: -  Nie liczycie chyba na mnie?&lt;br /&gt;- Sztukę!? -  Dziadek wzrusza ramionami.&lt;br /&gt;- Makary... – Helena - ...Pamiętaj, to nie Teatr Narodowy.&lt;br /&gt;- Właśnie... – Hartling -  to troszkę inny teatr...&lt;br /&gt;- Mam! -  Mistrz -  Teatr Trochę Inny!&lt;br /&gt;- Brawo! -  Helena klaszcze w dłonie.&lt;br /&gt;- A o czym ma być ta sztuka? -  Makary chyba połyka bakcyla.&lt;br /&gt;- O czymkolwiek. -  Hartling wzrusza ramionami. -  To bez znaczenia.&lt;br /&gt;- Im głupsza tym lepsza. -  To Dziadek.&lt;br /&gt;- Uważam, że im głupsza tym mądrzejsza. -  Poprawia Mistrz.&lt;br /&gt;- Tak... Z podwójnym dnem... -  Marzy Helena, obdarowując Makarego słodkim uśmiechem.&lt;br /&gt;- Chyba z czubem. - Bagatelizuje całe przedsięwzięcie Dziadek, dając znaki Makaremu, aby skoczyć na piwo. Piwo ma lepsze właściwości terapeutyczne od psychodramy. Piwo jest dobre.&lt;br /&gt;- Hm! -  Wzdycha Adam Hanuszkiewicz. -  Z możliwością wielorakiej interpretacji. -  Snuje fantazje. Zdając sobie sprawę, że snucie fantazji, zupełnie nic nie kosztuje.&lt;br /&gt;- Co wy pierdolicie!? Przepraszam... - Dziadek rozgadał się na całego. - Powinna być prosta jak drut. Dla kogo w końcu ta sztuka?&lt;br /&gt;- No właśnie... -  Makary -  A kto będzie grał?&lt;br /&gt;- Pacjenci. - Helena. - My...- Poprawia się.&lt;br /&gt;-Dobra... -  Makary wstaje. -  Dajmy sobie spokój i zostańmy przy psychotropach.&lt;br /&gt;- Siedź na dupie! -  Mistrz do Makarego. - Doprowadźmy temat do końca. Oczywiście, zamiast widowni, będzie druga scena.&lt;br /&gt;- Druga scena? -  Dziwi się Makary.&lt;br /&gt;- Z punktu widzenia aktora, widownia też jest swego rodzaju sceną. Tak to widzę, a ty?- To do Hartlinga.&lt;br /&gt;- Proste prawda. -  Uśmiechnięty Hartling do Makarego. -  Wierzymy, że nas nie zawiedziesz.&lt;br /&gt;- O mój Boże... - Makary. Chyba do Boga.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O mój Boże...Makary otwiera książkę Kępińskiego. &lt;br /&gt;- To ode mnie? Prawda? -  Pyta Zosi.&lt;br /&gt;Kobieta zdobyła się jedynie na przytaknięcie głową poczym wybuchła spazmatycznym płaczem.&lt;br /&gt;- Zosiu...?&lt;br /&gt;- Przepraszam... -  Wyciera łzy. -  Tak bardzo cię kochałam, tak bardzo...&lt;br /&gt;Makary siedzi jak na igłach. Nie przypomina sobie szczegółów. Zupełna pustka w głowie. Biała plama na mapie pamięci.&lt;br /&gt;- Nie wiem, co powiedzieć. Naprawdę... -  Sięga po filiżankę.&lt;br /&gt;Zosia dla odmiany wybucha śmiechem. &lt;br /&gt;- Niczego nie pamiętasz! Biedaku... -  Kobieta otwiera książkę.&lt;br /&gt;- Zofii. Miłości mojego życia. Uwolniony od schizofrenii. Na zawsze dla Ciebie. Makary. - Recytuje dedykację.&lt;br /&gt;Nic! Ani jedno wspomnienie. A może ktoś mnie wrabia? Myśli. Może to sen. Nie można przecież tak, żeby nic nie pamiętać! Nie godzi się z faktami. Nie. Nie. Nie.&lt;br /&gt;- Nie wiem jak to powiedzieć...&lt;br /&gt;- Czego nie wiesz? Złamałeś mi serce. Zmarnowałeś życie...Makary...Makary...To tak, jakbyś mnie zabił!&lt;br /&gt;- Przykro mi...&lt;br /&gt;- Ach! Przykro ci?! -  Ogląda się za siebie. -  Zosieńko pozwól na chwilę...&lt;br /&gt;- Słucham mamusiu.&lt;br /&gt;- Znasz tego pana?&lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;- Kto to?&lt;br /&gt;Córka patrzy na matkę jakby chciała się upewnić.&lt;br /&gt;- No kto?&lt;br /&gt;- Mój tatuś...&lt;br /&gt;Makary o mały włos nie wylewa kawy na spodnie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;POWRÓT&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płynął pod prąd Drwęcy. Zosia siedziała na brzegu, plecąc wianki, bacznie przyglądała się syzyfowym wysiłkom Makarego. Trzy krowy, za jej plecami skubały trawę, mucząc przeciągle od czasu do czasu. Miały pełne wymiona i czekały na wieczorny udój. Kawałek dalej, za łąką szumiał bór, a hen daleko na linii horyzontu, swym ostrzem wbijała się w niebo iglica kościelnej wieży. Z dziupli starego dębu, wyglądał puchacz. Było późne lipcowe popołudnie, a Makary walczy z rzeką już od obiadu. Drwęca nie miała zamiaru poddać się chłopakowi, chociaż była pełna podziwu dla jego determinacji. Wreszcie wyczerpany pływaniem pod prąd, Makary dał, póki, co za wygraną. Walcz, walcz Makary. Zdał się pohukiwać Puchacz, ale chłopiec dopłynął już do brzegu.&lt;br /&gt;- No i co? -  Spytała Zosia.&lt;br /&gt;- Nic... -  Makary legł obok niej na trawie. -  Prąd jest za silny, może w innym miejscu...&lt;br /&gt;- Dlaczego nie płyniesz z prądem jak my wszyscy? -  Zapytała wkładając mu na głowę wianek z polnych kwiatów. Uśmiechnęła się przy tym, tak zachęcająco.&lt;br /&gt;- Nie wiem... -  Przyznał obserwując kształt jej ust.&lt;br /&gt;- Właśnie takiego cię kocham. -  Wyszeptała tuląc swoje nagrzane ciało do jego chłodnego. Mokrego...&lt;br /&gt;Przytulił ją mocno...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To była jego ostatnia przesiadka.&lt;br /&gt;Makary przez otwarte okno obserwował chodzącego po peronie gołębia. Do odjazdu pociągu było jeszcze kilka minut. Makary nie wiedział, co ma robić z czasem. Paląc papierosa, zerkał, co chwila na duży dworcowy zegar, który wyjątkowo leniwie odmierzał upływające minuty.&lt;br /&gt;Gołąb poderwał się z peronu i przysiadł na tablicy z nazwą stacji: AGREST.&lt;br /&gt;Makary któryś raz z kolei przeczytał nazwę stacji :Ile to już lat? -  Zadał sobie pytanie.&lt;br /&gt;Gołąb poruszył ogonkiem i lepka maź przylepiła się do mocno już zapaskudzonej tablicy. Ale on widząc to, jakby niczego nie widział. Wszystko było gdzieś poza nim, za szklaną ścianą.&lt;br /&gt;Jak długo jestem już w tym pociągu? Zastanawiał się, walcząc z wrażeniem, że jest tu od zawsze. Czy to już ostatni mój pociąg? Czy jeszcze nie? &lt;br /&gt;- Skąd się tu wziąłem? -  Pyta swojego odbicia w brudnej szybie okna.&lt;br /&gt;Jakiś znudzony kolejarz przechodził wzdłuż pociągu i bez większego entuzjazmu opukiwał młotkiem koła. Zatrzymał się przed oknem, w którym stał Makary, wyciągnął z kieszeni pomiętą paczkę papierosów i zapalił. Ich wzrok na chwile skrzyżował się i kolejarz poszedł dalej...&lt;br /&gt;Makary spojrzał jeszcze raz na zegar, po czym wychylił się za znikającym w dali kolejarzem, ale już go nie było. Wyrzucił niedopałek i zatrzasnął okno.&lt;br /&gt;Pociąg był prawie pusty. Obcy aż do bólu. W tym samym wagonie siedziała jakaś starsza kobieta. I nikt więcej. To jakiś pociąg widmo. Pomyślał. Kobieta wyciągnęła płócienną chusteczkę i rozpoczęła głośny proces wydmuchiwania nosa. Obok niej stały dwa duże wiklinowe kosze, wyładowane po czubek zakupami...&lt;br /&gt;Chwila...Skąd zna tę kobietę? A czyż ten kolejarz z młotkiem też nie był dziwnie znajomy? Nawet przystanął. Popatrzył...A może to nie jest wcale pociąg widmo.&lt;br /&gt;Może ja wracam do siebie? Spojrzał jeszcze raz w okno, pociąg akurat ruszył i nagle Makary złapał się na tym, że gołąb siedzący na znikającej tablicy wydał mu się nagle znajomy.&lt;br /&gt;Jak długo mnie nie było? Był przestraszony ogromem swoje niewiedzy, niepamięci.&lt;br /&gt;Serce zabiło mu mocniej, pociąg nabierał szybkości. Tak-Tak. Tak-Tak! I już po chwili wystukiwał miarowy rytm na złączach szyn...&lt;br /&gt;Nie potrafił usiedzieć na miejscu, podszedł do okna i z przyklejonym do szyby nosem wbił wzrok w mijany krajobraz. Jest most! Most...Pod nim, bystrym nurtem płynie Drwęca. Jest i dom dróżnika, z tym samym mdłym światełkiem w oknach jak przed laty. Wraca...&lt;br /&gt;- Wracam. -  Pomyślał. -  Ale nie wiem, dokąd?&lt;br /&gt;Ale już daje się wyczuć powolne hamowanie. Makary chwyta swój plecak i rusza do wyjścia. Kobieta tym czasem modli się, żeby ten obcy facet nie wysiadał na tej stacji, co ona. &lt;br /&gt;Piskliwy zgrzyt hamulców był dla niego niczym fanfary witające zwycięzców. Jeszcze tylko jedno ostre szarpnięcie i pociąg staje w miejscu. TARTAK.&lt;br /&gt;Tak. To tu ma wysiąść. Wysiada. Miał już zatrzasnąć drzwi za sobą, kiedy zobaczył kobietę z dwoma wiklinowymi koszami. Pomógł kobiecie wydostać się z całym dobytkiem na peron i nawet nie usłyszał, dziękuję, z jej strony.&lt;br /&gt;Pociąg prawie natychmiast ruszył, zostawiając dwóch podróżnych na pastwę ciemności. Kobieta taszcząc zakupy przeszła pod unoszącymi się rogatkami, w jakimś nienaturalnym pośpiechu. Makary zauważył, że skręciła w leśny dukt prowadzący do Boru. Niewielkiej leśnej kolonii. &lt;br /&gt;- Zdrowaś Mario, łaski pełna... -  Szeptała modlitwy niczym zaklęcia mające uchronić ją przed obcym. Ale Makary nie mógł o tym wiedzieć. Jak gdyby nigdy nic ruszył za nią do Boru. Ścieżka najpierw wiła się pomiędzy starymi sosnami wzdłuż torów, aby następnie skręcić ostro w las i ciągnąc się przez dwa i pół kilometra najpierw przez dziewiczy bór a potem przez pola, zamienić się w gościniec strzeżony z obu stron starymi kasztanami.&lt;br /&gt;Makary tymczasem wdychał świeże, żywiczne powietrze...&lt;br /&gt;Szedł za nią wolnym krokiem, delektując dawno nie widzianym krajobrazem...&lt;br /&gt;- A może ona boji się mnie? - Bezbłędnie zinterpretował nerwowy krok kobiety. Postanowił ja minąć i zejść jej z oczu. I kiedy ja mijał kobieta westchnęła, specyficznie westchnęła, i te westchnienie odklinowało pamięć Makarego.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór pani Wiśniewska.&lt;br /&gt;Kobieta zatrzymała się jeszcze sparaliżowana strachem. Jeszcze niepewna.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór... -  Obejrzała się wstecz, ale do świateł stacji Tartak było już za daleko. I tak nikt by nic nie usłyszał.&lt;br /&gt;- Mąż już po was nie wychodzi?&lt;br /&gt;- Mąż umarł... -  Odpowiedziała zdziwiona jego wiedzą. Kto to?&lt;br /&gt;Makary zadumał się. Krajobraz, do którego wracał, nie jest jednak taki sam.&lt;br /&gt;- Bardzo mi przykro. -  Wydusił czując uścisk w krtani.&lt;br /&gt;Szum boru przenicował odległy gwizd pociągu.&lt;br /&gt;- Wszelki duch Pana Boga chwali! -  Krzyknęła Wiśniewska, opuszczając kosze na ziemię. -  Makary!&lt;br /&gt;- Nie poznała mnie pani?&lt;br /&gt;- Ty pierniku, ale mnie nastraszyłeś. -  śmiała się jak nastolatka. - Makary...Aleś się zmienił...A to się babcia ucieszy.&lt;br /&gt;Babcia?&lt;br /&gt;- A jak tam dziadek?&lt;br /&gt;Wiśniewska schyliła się po kosze.&lt;br /&gt;- Twój dziadek zmarł, jakieś pół roku po moim mężu...Będzie już pięć lat...&lt;br /&gt;- Dajcie poniosę!&lt;br /&gt;- Nie. Sześć, w listopadzie będzie sześć...&lt;br /&gt;Makary nic nie powiedział. Przełknął tylko ślinę.&lt;br /&gt;- A babcia zdrowa...?&lt;br /&gt;- Dzięki Bogu zdrowa.- Zamyśliła się, po czym dodała.- A to się babcia ucieszy.&lt;br /&gt;Zamilkli jakoś tak odświętnie. A być może po to, aby nie budzić duchów lasu, który właśnie otworzył się przed nimi. Makary spojrzał w górę, ale konary drzew splotły się gałęziami zamykając bryłę nocy w tunel.&lt;br /&gt;Czas zastygł...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;NINA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Któraś z tych podrasowanych pasażerek, przy wysiadaniu trąciła śpiącego Makarego w kolano. Ten, zanim niespodziewanie zasnął, umilał sobie podróż, zerkając w jej, z trudem mieszczący obfity biust dekolt. W rowku utworzonym przez jej ściśnięte małym stanikiem piersi, spoczywał złoty krzyżyk. Makary widział już kiedyś taki obrazek. Pytanie: Gdzie? Nie wiedział. Ale teraz, tak samo jak wtedy, odczuwał irracjonalne pragnienie dźwigania tego krzyża.&lt;br /&gt;Kobieta siedziała vis a vis. Najpierw nie zwrócił na nią uwagi, skupiony na nazwach mijanych stacjach i kontrolowaniu ich według graficznego planu tuż nad głową kobiety.&lt;br /&gt;Potem zorientował się, że kobieta swoim taksującym wzrokiem umyślnie go prowokuje. Prowokuje, do czego...?&lt;br /&gt;Wszak nie była to jedna z tych nimfomanek, z których aż bucha żądza nieokiełznanego seksu. Miała w sobie wdzięk nieśmiałej nastolatki, którą nie była już, co najmniej od ćwierćwiecza. Uśmiechała się do niego, czując jego wzrok na swoich piersiach. Makary pozwolił sobie na uruchomienie wyobraźni i właśnie uwalniał piersi kobiety z niewoli stanika i wyłuskiwał je z dekoltu. Śnieżnobiałe, z czerwoną truskaweczką sutka zachęcały do ssania, do erotycznych uniesień. Makary wgryzał się w piersi kobiety, nic nie robiąc sobie z reakcji pasażerów. A ta była skrajnie różna, od świętoszkowatego oburzenia do autentycznego entuzjazmu zaakcentowanego brawami...&lt;br /&gt;Tak, to była prowokacja! Zdał sobie sprawę, że wszystko to tylko dekoracje, a on sam jest w studio pod okiem wszechwidzących kamer. Kobieta uwolniła się od jego głowy buszującej w dekolcie.&lt;br /&gt;- Makary, uspokój się. Już starczy.&lt;br /&gt;Poczuł się jak sztubak złapany w toalecie na masturbacji. Speszony rozglądał się dookoła szukając wyjaśnienia. Ale jedynym wyjaśnieniem były uśmiechnięte twarze ekipy studia.&lt;br /&gt;- Przepraszam... -  Nie wiedział, co należy powiedzieć w takich okolicznościach.&lt;br /&gt;- A więc pańskie marzenia się spełniają. -  Stwierdziła swoim charakterystycznym głosem.&lt;br /&gt;- Nie wiem... -  Wzruszył ramionami, powoli zapominając o poprzedniej sytuacji. -  Być może.&lt;br /&gt;- Drogi Makary, czyż pańskim marzeniem nie był udział w moim programie? - Nina ulokowała swoje piersi w odpowiednim miejscu.&lt;br /&gt;- W jakim programie?&lt;br /&gt;- Moim. Bezludne Metro.&lt;br /&gt;- No cóż...Zresztą nie będę tego ukrywał. Nie mogę już dłużej oszukiwać samego siebie i zgromadzonej tutaj ekipy. Tak pani Nino. Jako nikomu nieznany poeta, zawsze o tym marzyłem, Być w programie Niny Terentieff Bezludne Metro.&lt;br /&gt;- A czy jednym z pańskich marzeń, było również ssanie moich piersi?&lt;br /&gt;- Tak, to było jedno z głównych moich marzeń.&lt;br /&gt;- Nie krępuje to pana?&lt;br /&gt;- Owszem, krępuje. Krępowało...Ale teraz mam to wszystko w dupie.&lt;br /&gt;- Jak to?&lt;br /&gt;- Pani Nino, to już poza mną, dotarłem do kresu moich marzeń. &lt;br /&gt;- Z tego, co mi wiadomo, jest pan w trakcie pisania pierwszej swojej powieści.&lt;br /&gt;- Tak...&lt;br /&gt;- Czy mógłby mi pan w jednym zdaniu skreślić jej treść.&lt;br /&gt;- To strumień grafomaństwa...&lt;br /&gt;- Ależ drogi Makary, niech pan pozbędzie się wreszcie kompleksu parobka.&lt;br /&gt;- To samo powiedział mi Leszek Żuliński.&lt;br /&gt;- O! Leszek Żuliński, to panowie się znają.&lt;br /&gt;- Tak. Pan Żuliński jest współwinnym tego całego zamieszania, to dzięki jego redakcyjnym zabiegom zadebiutowałem kilkanaście lat temu.&lt;br /&gt;- A to ciekawe...&lt;br /&gt;- Korespondowaliśmy ze sobą, nawet wówczas, kiedy pracowałem w Norwegii.&lt;br /&gt;- W Norwegii? A czym się pan zajmował w Norwegii.&lt;br /&gt;- Zapierdalałem, przepraszam, jak dziki osioł w przetwórni ryb. Ale to już inna bajka. Napisałem wtedy do Leszka, że w mojej przypowieści chcę powołać do życia dwie postacie. Pierwszą miał być krytyk literacki Leszek Żuliński a drugą osobowość telewizyjna Nina Terentieff...Dlaczego pani się uśmiecha?&lt;br /&gt;- To bardzo interesujące. I co było dalej.&lt;br /&gt;- Nic. Leszek odpisał mi, że wolałby wystąpić z Grażyną Torbicką. Sorry Leszku, jeżeli teraz mnie czytasz, że cię wkopałem, ale inaczej nie mogłem.&lt;br /&gt;- No, no, nawet mu się nie dziwię. A co pan na to?&lt;br /&gt;- Odpisałem, że spoko, w mojej przypowieści, nie będziesz miał okazji spotkać się oko w oko, ani z panią Grażyną, ani z Niną.&lt;br /&gt;- Uspokoiło go to?&lt;br /&gt;- Myślę, że tak.&lt;br /&gt;- Jednym z bohaterów pańskiej powieści jest Adam Hanuszkiewicz. Dlaczego?&lt;br /&gt;- Nie wiem...Pan Hanuszkiewicz mocno zadomowił się w mojej świadomości. Kiedy myślałem o tej postaci, pół człowieka-pół anioła stróża, jednym słowem mentora, nierozerwalnie kojarzącego się ze sztuką, pan Adam Hanuszkiewicz wydał mi się...No tak...&lt;br /&gt;- Słucham?&lt;br /&gt;- Trudno to wytłumaczyć...Dlaczego? Po co tłumaczyć? To jest mój, prywatny Adam Hanuszkiewicz i niech już tak zostanie.&lt;br /&gt;- No dobrze. A ma pan jakieś plany na przyszłość?&lt;br /&gt;- O tak. Jak już większość z państwa wie, zostałem sprowokowany do napisania sztuki.&lt;br /&gt;- Tak?&lt;br /&gt;- Oczywiście, przekracza to moje warsztatowe możliwości, wszak jestem zwykłym głąbem, to jednak podjąłem się tego wyzwania, aby zrobić na złość pewnemu psychologowi...Pani Nino, ja już mam to nawet zrobione, potrzebuje jedynie ekipy i jakiegoś studio, aby to przedstawić. Czy mógłbym liczyć na pani pomoc?&lt;br /&gt;- A co to ma właściwie być?&lt;br /&gt;- Psychodrama.&lt;br /&gt;- A więc myśli pan, że telewizja jest czymś w rodzaju domu wariatów?&lt;br /&gt;- Dokładnie pani Nino tak uważam.&lt;br /&gt;- Skoro tak, to zrobię wszystko, co będzie w mojej nocy, znaczy mocy...&lt;br /&gt;Makary podniósł do ust dłoń pani Niny...Tak, to była dłoń pani Niny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PSYCHOLOG&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Co czytasz?&lt;br /&gt;To był jeden z tych dni, kiedy Makary nie mógł znaleźć sobie miejsca.&lt;br /&gt;Mistrz podsunął tytułową stronę okładki pod nos pytającego.&lt;br /&gt;- Bruno Schluz. Sklepy cynamonowe.- Przeczytał. - ...Idziesz do ogrodu?&lt;br /&gt;- Nie. Nie idę...Czytam -  Wrócił do lektury pan Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;Makary przez chwilę przydeptywał przemiennie czubki swoich butów.&lt;br /&gt;- A nie widziałeś Dziadka?&lt;br /&gt;- Widziałem go rano. Przez okno...Wiózł na taczce kalfas, widocznie kończy remont w piwnicy... -  Mistrz nie ukrywał swojego poirytowania natręctwem Makarego.&lt;br /&gt;Pielęgniarze, korzystając z okazji, że na chwilę przestało padać, szykowali pacjentów na spacer. Adam Hanuszkiewicz pochłonięty lekturą, odpowiadał zdawkowo na pytania, dając znak, że nie życzy sobie, aby mu teraz przeszkadzano.&lt;br /&gt;Makary miał mieć dzisiaj spotkanie z Hartlingiem, i żeby nie zawalić, któryś raz z kolei, nie wychodził nigdzie ze szpitala. Był ciekawy tego psychologa, którego tak bardzo komplementowała Helena.&lt;br /&gt;- Chodź Makary, dotlenisz się! -  Klepnięciem w plecy wyrwał go z zamyślenia pielęgniarz.&lt;br /&gt;- Co...? Nie chce mi się.&lt;br /&gt;- No chodź...Co tu będziesz się kisił? W razie, czego pomożesz mi...Chodź!&lt;br /&gt;Makary ociągał się jeszcze przez chwilę, ale wreszcie uległ. Na półpiętrze spotkali się jeszcze z jedną grupą pacjentów z innego oddziału. Wkrótce dwie grupy znalazły się na terenie ogrodu. Parasol pana Hanuszkiewicza był już zajęty. Siąpił, co prawda leciutki deszczyk, właściwie mgiełka, więc Makary ruszył przed siebie żwirowaną alejką, ziewając i przeciągając się po źle przespanej nocy.&lt;br /&gt;Po chwili zaczął żałować, że dał się namówić Jurkowi na wybieg. Nigdy nie czuł się dobrze w ogrodzie. Przypominał mu spacernik w areszcie, a na dodatek te prześladujące go uczucie klaustrofobii. Na wolnej przestrzeni!? Jak lew na wybiegu.&lt;br /&gt;Mogłem lepiej sobie cos popisać?!  Majstrował w myślach. Tak...Postanowił wracać!&lt;br /&gt;Na schodach, prowadzących na ogród, pod zadaszeniem z falistej blachy, stał, jakiś pacjent. Makary nigdy go wcześniej nie widział. To ktoś z tego drugiego oddziału. Wytłumaczył sobie. Gość był ubrany w jakieś hippisowskie łachmany. Stał nieruchomy jak posąg i bacznie obserwował spacerujących pensjonariuszy. Twarz miał pociągłą jak znany aktor Donald Shuterland. Ruda niezbyt gęsta broda nadawała tej facjacie specyficzny wygląd. Makary uśmiechnął się do niego przyjaźnie. Minął go i podszedł do drzwi.&lt;br /&gt;- A ty gdzie? -  Makary odniósł wrażenie, że Donald zaczął warczeć na niego.&lt;br /&gt;- A co cię, to gówno obchodzi?! -  Odpowiedział grzecznie, ważąc każde słowo.&lt;br /&gt;- Wracaj na miejsce... -  Tym razem Makary odniósł wrażenie, że Donald zaczął syczeć niby jakaś żmija.&lt;br /&gt;Cofnął się, aby spojrzeć Donaldowi w oczy.&lt;br /&gt;- Słuchaj facet... -  Zaczął perorować, Makary. -  Nie wiem, kim, kurwa jesteś. Ale dla własnego dobra, radzę ci, abyś przestał kłapać jadaczką, bo możesz zaraz zacząć pluć własnymi zębami. -  Po czym ruszył do drzwi.&lt;br /&gt;- A więc teraz ty słuchaj. Facet... - Donald zrobił krok w kierunku Makarego. - Ja też nie wiem, kim ty, kurwa jesteś. Ale jeżeli za chwilę nie odejdziesz od drzwi, gwarantuje, że znajdziesz się w kaftanie bezpieczeństwa. Zrozumiałeś?&lt;br /&gt;Makary westchnął i po raz drugi spojrzał w zielonkawe oczy Donalda.&lt;br /&gt;- Biorąc pod uwagę stan twoich tenisówek, wnioskuję, że musisz być jakimś pieprzonym lekarzem, którego jeszcze nie miałem, przyjemności poznać...&lt;br /&gt;- O, widzę, że nie jesteś aż takim kretynem, na jakiego wyglądasz.&lt;br /&gt;- Dzięki doktorku...Cóż...Tak się głupio składa, że jestem szczęśliwym posiadaczem przepustki, która upoważnia mnie do wchodzenia i wychodzenia z terenu szpitala.&lt;br /&gt;- A?! W takim razie gdybyś był tak uprzejmy pokazać mi te przepustkę, to na znak pokoju, posypię sobie głowę popiołem, a ty bez problemu będziesz sobie wchodził...I wychodził...&lt;br /&gt;- Widzisz... -  Makary spojrzał w okno na drugim piętrze. - Problem w tym, ze moja przepustka jest teraz w wewnętrznej kieszeni marynarki, a marynarka jest na oddziale, a dokładniej na krześle przy moim łóżku, jak chcesz to chodź ze mną.&lt;br /&gt;- Szkopuł z tym, że muszę obserwować pacjentów, i nawet, jeżeli ci wierzę, bez przepustki nie mogę cię wpuścić.&lt;br /&gt;- Gdybym tylko przewidział, że spotkam takiego cymbała w ogrodzie na pewno przykleiłbym sobie przepustkę na czole! Skoro cymbałowi nie wystarczy fakt ze jestem w ubraniu cywilnym.&lt;br /&gt;- Masz przepustkę czy nie?&lt;br /&gt;- Nie. Nie mam. W takim razie, muszę się z cymbałem pożegnać. Poczekam do końca spaceru, pochodzę z tymi tam...Braćmi...Bywaj cymbale...Bądź zdrów...Buzi...&lt;br /&gt;Makary odwrócił się na pięcie i pozostawił Donalada samemu sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SCHODY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tu nic się nie zmienia. Nic. &lt;br /&gt;Wiśniewska przez chwilę odniosła wrażenie, że idzie sama drogą przez las. Makary był jakiś nieobecny, Aż do bólu.&lt;br /&gt;Strzeliste świerki odsłoniły granat nieba upstrzony miliardami migocących gwiazd.&lt;br /&gt;Zrobiło się jaśniej, przyjemnej i mimo że wprawne ucho wychwytywało dalekie odgłosy żerujących dzików, krzaki jałowca czy stare pnie drzew nie straszyły już zdeformowanymi kształtami leśnych maszkar.&lt;br /&gt;- Bór... -  Wyszeptał Makary.&lt;br /&gt;Las z ich prawej strony ustąpił miejsca łące i chociaż z lewej ciągnął się jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej, światła Boru witały swym ciepłem leśnych wędrowców.&lt;br /&gt;- Zrobisz babci niespodziankę. -  Zauważyła słusznie Wiśniewska.&lt;br /&gt;Makary przytaknął.&lt;br /&gt;W starym dworku, który przed laty służył jako strażnica na granicy Polsko-Pruskiej, teraz mieszkało sześć rodzin. Mężczyźni zarabiali na życie pracując w tartaku, a kobiety uprawiały skrawki ziemi, dzierżawione od gminy. Obok, za miedzą, zaznaczoną rzędem starych świerków, ciągnęły się, jak okiem sięgnąć, pola bogatych gospodarzy. Ludzie z Boru najmowali się często do prac rolnych, dorabiając do skromnych pensji z tartaku. Życie od lat, toczyło się swoim torem. Borowi żyli spokojnie, z dala od wsi, miast i całej tej krzykliwej i pstrej cywilizacji.&lt;br /&gt;Jedyną innowacją, którą dostrzegł Makary, były ogrodzenie wspólnej dla sześciu rodzin pompy. Płotek był już mocno nadszarpnięty zębem czasu, co wskazywało na jakże długą nieobecność Makarego w Borze.&lt;br /&gt;- Dziękuje Makary. -  Kobieta odebrała kosze i pokonując kilka stopni zewnętrznych schodków znikła w swoim mieszkaniu. Makary poprawił plecak i wszedł do drugiego wejścia, gdzie drewniane schody prowadziły do dwóch oddzielnych mieszkań zajmujących całe piętro starej strażnicy.&lt;br /&gt;Makary z lubością wciągnął ten swojski i niezmienny od lat zapach klatki, drewnianych schodów, co dwa tygodnie pastowanych czerwoną pastą do drewna.&lt;br /&gt;Zapalił światło na klatce, domknął niskie drzwi, prowadzące do piwnicy, których ktoś zapomniał domknąć i założył skobel...Kiedy robił to po raz ostatni...? Kiedy? Miał wrażenie, że przed chwilą wyszedł z piwnicy...&lt;br /&gt;Złapał za drewnianą poręcz, a jego dłoń wyczuła natychmiast wycięte przed laty scyzorykiem litery. ZS+MH=WM. I mimo ze od tego czasu poręcz była malowana już wiele razy, ten niezbyt głęboki ślad nadal był czytelny dla zmysłu dotyku.&lt;br /&gt;Makary westchnął i wprawiając w miłe dla ucha skrzypienie schodów wszedł na pierwsze piętro. Po lewej stronie mieszkała rodzina Stasiuków, po prawej babcia, matka jego matki. Stał teraz przed wejściowymi drzwiami, z litego bukowego drewna, z finezyjną szybką u góry, którą babcia zdobiła koronkową firanką własnoręcznie robioną na szydełku.&lt;br /&gt;Zapukał. Po chwili przez szybkę zauważył zapalające się w przedpokoju światło.&lt;br /&gt;- Kto tam? -  Usłyszał znajomy głos babci.&lt;br /&gt;- Milicja. -  Odpowiedział nie wiele myśląc nad tym, co mówi.&lt;br /&gt;- Kto?&lt;br /&gt;- Milicja!&lt;br /&gt;Niecodzienność całego zajścia spowodowała zapalenie się światła również u Stasiuków. Makary czuł przez skórę, że jest teraz bacznie obserwowany przez czujnych sąsiadów. A bo to wiadomo, kto szwęda się po nocy na takim odludziu.&lt;br /&gt;W rogu nad drzwiami pomiędzy zbiegającymi się ścianami a sufitem Makary zauważył gniazdo jaskółki. Było puste...&lt;br /&gt;Spojrzał jeszcze w czeluść prowadzącą na strych i wydawało mu się, że zobaczył dwa święcące punkciki dzikich oczu. Może to kot, albo puchacz. Pomyślał.&lt;br /&gt;Ale chrobot otwieranego zamka kazał skupić mu się teraz, na czym innym.&lt;br /&gt;Drzwi otworzyły się i Makary spojrzał na drobną staruszkę, w której nie mógł poznać, swojej jakże żwawej i pełnej wigoru babci.&lt;br /&gt;- A pan, do kogo? -  Spytała próbując ogarnąć go swoim słabym wzrokiem. W pośpiechu nie założyła okularów.&lt;br /&gt;Ale w tym momencie, drzwi Statsiuków otworzyły się...&lt;br /&gt;- Makary! -  Usłyszeli podniecony głos Kazika. -  Wróciłeś!&lt;br /&gt;A on teraz nie wie, w którą stronę patrzeć, gdzie postawić kolejny krok. &lt;br /&gt;Za pleców babci wyłania się postać młodej kobiety. To Zosia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KRYTYK &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- A więc wrócił pan obrażalski! -  Wyrecytował Mistrz. -  Głowa do góry Makary!&lt;br /&gt;Ten usiadł bez słowa obok swojego mentora, chowając głowę przed słońcem w cieniu parasola.&lt;br /&gt;Mimo posiadania magicznego papierka, jakim bez wątpienia była przepustka, Makary czuł się więźniem samego siebie. Coraz boleśniej poznawał swoje ograniczenia. Prawda, że nigdy nie będzie literackim orłem, przywaliła go swoim ciężarem! Sztuka, którą z takim entuzjazmem pisał po nocach, stała się niewypałem. Może tylko psychiatra i ewentualnie psycholog w jakiejś mierze okazywali zainteresowanie, ale cała reszta wyraźnie była zdegustowana.&lt;br /&gt;Pan Adam Hanuszkiewicz podnosił go teraz na duchu, jak to miał w zwyczaju, ale Makary nie słyszał jego słów. Myślami wybiegał do Sztokholmu gdzie właśnie odbierał literacką nagrodę Nobla. &lt;br /&gt;Ostatnio oddawał się marzeniom z coraz większą intensywnością. Izolował się od rzeczywistości, tak często, jak tylko było to możliwe. Świat rozpoznawalny przez jego pięć zmysłów stawał się coraz bardziej wrogi. Obcy!&lt;br /&gt;Teraz siedział, zapatrzony w szumiące topole i białe obłoki chmur pędzone przez wiatr po błękicie nieba.&lt;br /&gt;- Jestem do dupy. -  Stwierdził uwalniając głos z głębin duszy.&lt;br /&gt;Hanuszkiewicz westchnął.&lt;br /&gt;Ale nic nie odpowiedział.&lt;br /&gt;Milczał i Makary.&lt;br /&gt;Czekał...&lt;br /&gt;- Przestań truć! -  Usłyszał w końcu. -  Nie myśl sobie, że całe życie będę wycierał ci gile z nosa!&lt;br /&gt;Makary spojrzał na niego, jakby nie rozumiał słów wypowiadanych przez Mistrza.&lt;br /&gt;- O co ci chodzi? -  Zapytał zaczepnie, tak na wszelki wypadek.&lt;br /&gt;- Makary! -  Usłyszeli głos z góry. Spojrzeli jak na komendę. W otwartym oknie gabinetu ujrzeli Helenę, podlewającą kwiaty na parapecie. -  Znajdziesz wieczorem trochę czasu dla mnie? Chciałam porozmawiać o twojej sztuce.&lt;br /&gt;- Błagam cię! Tylko nie to. Mam już dosyć upokorzeń.&lt;br /&gt;- Przestań pierdolić Makary. -  To był szept Hanuszkiewicza. - Tak czy siak jesteś pisarzem.&lt;br /&gt;- No to fajnie, że przyjdziesz... Tak...? Zaraz po teleekspresie. A teraz. Pa...-  I znikła za zasłoniętą firanką.&lt;br /&gt;- Wczoraj napisałem nową sztukę. -  Przyznał się bez bicia Makary. -  O ile to, kurwa, można nazwać sztuką. -  Zastrzegł.&lt;br /&gt;- Masz ją tu?&lt;br /&gt;- Mam...&lt;br /&gt;- No to dawaj, na co jeszcze czekasz? -  Ożywił się Mistrz.&lt;br /&gt;- Ale proszę ze znieczuleniem. -  Błagał Makary.&lt;br /&gt;- Żadne takie! Jak zwykle bez znieczulenia. Albo zrobię z ciebie alpinistę, albo całe życie będziesz wisiał na linie i płakał!&lt;br /&gt;- Kurwa... -  Zajęczał Makary i podał jeszcze cieplutki maszynopis Hanuszkiewiczowi.&lt;br /&gt;- I przestań tak kląć! Odkąd zadajesz się z Dziadkiem masz coraz gorsze słownictwo. -  Mistrz stanął w obronie mowy ojczystej.  - Widocznie ma niesamowity wpływ na ciebie, zamiast ty na niego.&lt;br /&gt;- A ty co, może nie klniesz?&lt;br /&gt;- Tylko wówczas, kiedy muszę. A teraz...Dziób w czub!...Czytam!&lt;br /&gt;I po chwili znalazł się w cudownym świecie, najnowszej sztuki Makarego pod tytułem:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ZABIĆ KSIĘDZA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nazywam się Makary H. Moi lekarze zaproponowali mi napisanie jakiegoś tekstu do tak zwanej psychodramy. Pan Adam H. Potraktował całą sprawę bardzo poważnie i ta powaga udzieliła się również mi. &lt;br /&gt;A więc zabrałem się do pracy z wielką powagą.&lt;br /&gt;Tak właśnie było, Bóg mi świadkiem, że nie zalewam.&lt;br /&gt;Pierwsza moja sztuka, była o prowincjonalnym teatrze, a właściwie o dramacie, młodego, zdolnego aktora, który grywał jedynie ogony. Aktor ten zbuntował się w czasie spektaklu a widownia była święcie przekonana, że to tylko gra. Że niby taki scenariusz. Bardzo byłem zadowolony ze swojego sztuki, uważałem to za prawdziwe dzieło a na dodatek moje. Niestety, widownia, jak i krytyk pan Adam H, mieli odmienne zdanie. Dlaczego? Nie wiem...&lt;br /&gt;Jedynym moim sprzymierzeńcem był Dziadek, były kapitan ludowego wojska polskiego, który zastrzelił żonę, albo kochanka, a być może, obydwoje, i odsiedział 25 lat w więzieniu. Przed końcem kary, uległ wypadkowi, przy którym stracił słuch. Lekarze więzienni stwierdziły również, że Dziadkowi poluzowała się przy okazji jakaś klepka, a być może i dwie, i postanowili umieścić go do końca życia w szpitalu dla psychicznie i nerwowo chorych. Dziadek był super gość, nie tylko, dlatego, że był cały w tatuażach, ale przede wszystkim, że był koneserem prawdziwej sztuki.&lt;br /&gt;Ale o czy ja miałem pisać? Aha! O mojej nowej sztuce. Rozczarowany interpretacją mojego dzieła zarówno przez krytyka jak i widownie, byłem bliski samounicestwienia.&lt;br /&gt;Nie w sensie biologicznym a raczej literackim. Wydawało mi się, że jak twórca, jestem skończony. Literacka nagroda Nobla, nagle oddaliła się poza horyzont, a ja w swoim załamaniu nerwowym, przestałem wyciągać rękę nawet po nagrodę Nike.&lt;br /&gt;Byłem bardzo załamany. Po powrocie z przedstawienia, podarłem wszystkie moje notatki i zjadłem długopis. Kiedy próbowałem odnaleźć psychiczną równowagę, za pomocą zamykania oczu i wywoływaniu jakiegoś obrazu, widziałem jedynie krzesło.&lt;br /&gt;Było to zwykłe, stare drewniane krzesło. Mniej więcej takie, jak w pokoju przesłuchań u pana Kurzawy. Stało sobie po środku sceny. Widok ten przykuł moją uwagę. Krzesło? Pomyślałem sobie. Niby zwykłe krzesło, ale ile w tym widoku napięcia. Krzesło. Widziałem je w punktowym oświetleniu reflektora. Stało sobie w snopie białego światła, a dookoła panował półmrok. Nie znam się na interpretacji marzeń sennych na jawie, więc nie mam pojęcia, co symbolizuję krzesło. W każdym bądź razie, kiedy przyglądałem się niemu uważnie, odnosiłem wrażenie, że krzesło porusza się, żyje. Ale być może były to tylko omamy. Wiedziałem, że coś musi się wydarzyć. Tak, byłem o tym święcie przekonany. Krzesło nie może istnieć samo sobie. Krzesło powinno przyjąć na siebie ciężar człowiek i dostosować się do kształtu ludzkiej dupy. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że to ja jestem krzesłem. Ale szybko odrzuciłem tą irracjonalną myśl, ponieważ moc mojej przepustki w pewnych okolicznościach mogłaby stracić swoją użyteczność.&lt;br /&gt;Krzesło w jakiś magiczny sposób komunikowało się ze mną, chciało mi coś przekazać, lecz ja, niestety, nie znałem języka krzesła. Potem miało się okazać, że krzesło wyraża napięcie. Tak...A potem przyszedł nasz ksiądz, kapelan wszystkich chorych, tych nerwowo i tych psychicznie, oraz tych, którzy byli na silnym odwyku. &lt;br /&gt;Ale za nim pojawił się nasz kochany kapelan, zanim usiadł na krześle, wcześniej wydarzyło się coś jeszcze, czego z początku nie mogłem zrozumieć.&lt;br /&gt;Najpierw do pustego krzesła podszedł dziennikarz. Skąd wiedziałem, że to dziennikarz? Bardzo dobre pytanie, na które już odpowiadam. Człowiek ten trzymał w rękach ciężki karabin maszynowy, na którego lufie umieszczony był mikrofon z logo medium, które reprezentował. Obchodził krzesło wte i wewte jakby kogoś oczekiwał. Miał bardzo bezczelny wyraz twarzy, i w związku z tym, dalej będzie nosił nazwisko Bezczelny. Po chwili dołączył do niego drugi dziennikarz, ten miał zwykły karabin, również z mikrofonem przymocowanym do lufy, był nieco rozczarowany faktem, ze nie jest pierwszy, dlatego w dalszej części będzie nosił nazwisko Rozczarowany. Teraz łypiąc na siebie spode łba, obchodzili razem krzesło, rozglądając się to w lewo to w prawo, ale póki co, dalej nic się nie działo, może oprócz tego, że napięcie rosło z minuty na minutę. W pewnej chwili obaj dziennikarze zatrzymali się nagle, mierząc swoimi mikrofonami w lewo, czy w prawo. To zależy, kto, z której strony patrzy. Kiedy do krzesła podeszła Pięknaigłupia z malutkim coltem w ręku, na którego lufie przymocowany był mikrofon w kształcie tłumika, obaj panowie, opuścili broń, wracając do ponownego okrążania krzesła. Teraz do panów dołączyła pani. Wiedziałem już, że wszyscy polują na naszego kapelana, ponieważ wieść gminna niosła, że nasz kochany księżulo machnął swojej gospodyni dzieciaka. Jak na takie zadupie, w którym funkcjonował szpital, była to nie lada gratka dla każdej kolorowej zachodniej gazety. Gdzie termin gazeta, to dalece posunięty eufemizm.&lt;br /&gt;- Jest! -  Nagle przestraszył mnie ryk dziennikarzy. Na chwilę otworzyłem oczy. Leżałem w swoim łóżku. A więc wszystko ok... Zamknąłem oczy ponownie.&lt;br /&gt;Na scenę weszła małpa. Widownia zalała scenę błyskiem fleszy.&lt;br /&gt;- Co jest? -  Wydarła się Małpa, zasłaniając oczy. -  Przestańcie. Ja jestem zwyczajna małpa. Nie widzicie, że jem banana?&lt;br /&gt;Tak, to była zwyczajna małpa, grana w mojej wygwizdanej sztuce, przez młodego, zbuntowanego aktora, który, prawdopodobnie pomylił drzwi i znalazł się w mojej, nowej sztuce.&lt;br /&gt;- Tak! To zwyczajna małpa. -  Zauważyli dziennikarze, próbując uspokoić podekscytowaną publikę. -  Szanowna podekscytowana publiko, prosimy o spokój. - Uspakajali machając karabinami góra-dół.&lt;br /&gt;Dokładnie w tym samym czasie, w którym dziennikarze, dwoili się, a nawet troili, aby uspokoić podekscytowaną widownię, pojawił się na scenie ksiądz.&lt;br /&gt;Ksiądz z plastikową maską małpy na twarzy.&lt;br /&gt;Ksiądz usiadł na krześle, doskonale bawiąc się widokiem uspakajających widownię dziennikarzy.&lt;br /&gt;- No! -  Monosylabą z wykrzyknikiem dziennikarzy zakończyli uspakajanie widowni, która zamarła na widok księdza.&lt;br /&gt;O rany! -  Pomyślała widownia. -  Teraz to się będzie działo!&lt;br /&gt;Dziennikarze osłupieli, widząc księdza siedzącego sobie spokojnie na krześle, jak gdyby nigdy nic.&lt;br /&gt;Dziennikarze spojrzeli po sobie, wyrażając niesamowite zdziwienie. Po czym, nagłym zrywem podbiegli do księdza mierząc mu prosto w twarz swoimi mikrofonami.&lt;br /&gt;- Dlaczego ksiądz, nie chce pokazać swojej prawdziwej twarzy? -  Zadaje pytanie Bezczelny.&lt;br /&gt;- Jak to? -  Dziwi się ksiądz. -  Przecież taką twarz chcecie pokazać czytelnikom waszego brukowca.&lt;br /&gt;- Czy ksiądz od dawna jest pedofilem? -  Zadaje pytanie kolejny dziennikarz, którego dalej będziemy nazywać Rozczarowany.&lt;br /&gt;- A ksiądz? -  Odpowiada pytaniem na pytanie zapytany.&lt;br /&gt;- Ksiądz mówi do mnie? -  Upewnia się Rozczarowany dziennikarz, wskazując palcem, swoją skromną osobę.&lt;br /&gt;- Tak. Mówię do księdza. -  Zapewnia go ksiądz.&lt;br /&gt;- Ależ ja nie jestem księdzem! - Protestuję Rozczarowany, próbując znaleźć potwierdzenie u swoich kolegów dziennikarzy. Lecz ci, udają, że nie wiedzą, o co chodzi.&lt;br /&gt;- Hm? To, dlaczego ksiądz jest pedofilem? -  Dziwi się ksiądz.&lt;br /&gt;- Pedofilem to jest ksiądz! -  Atakuje Bezczelny. -  Ksiądz i tylko ksiądz!&lt;br /&gt;- A czy ksiądz, też jest księdzem? -  Zadaje nieco zawiłe pytanie ksiądz Bezczelnemu.&lt;br /&gt;- Tak. - Przyznaje Bezczelny. - To znaczy nie! Sam już nie wiem... -  Poddaje się sile sugestii osoby duchowej. Jakby nie było.&lt;br /&gt;- W takim razie nie może ksiądz być księdzem, skoro nie jest ksiądz księdzem. - Uświadamia boleśnie Bezczelnego ksiądz.&lt;br /&gt;- Czy ksiądz. -  Zwraca się do Bezczelnego zakręcona na dobre Pięknaigłupia. - Czy ksiądz jak był dzieckiem był molestowany przez ojca?&lt;br /&gt;- Ależ proszę pani - Uśmiecha się Bezczelny, połechtany faktem ze teraz on jest obiektem zainteresowania cyrkowego dziennikarstwa - Księża nie mogą mieć rodziców, gdyż inaczej nie mogliby przestrzegać zasad celibatu, proszę pani...&lt;br /&gt;- Ach! Przepraszam... -  Zamotała się na dobre.&lt;br /&gt;- A czy pan jest przeciwnikiem aborcji? - Bezczelny wraca do swojej idiotycznej roli, aby zadać kolejne idiotyczne pytanie księdzu.&lt;br /&gt;- Przepraszam bardzo, ale ma ksiądz rozpięty rozporek. Zaraz panu ptaszek wyfrunie. -  Zauważył początki tekstylnej afery, jak zwykle, czujny ksiądz. Ten prawdziwy oczywiście.&lt;br /&gt;Z widowni błyskają flesze. No i mamy rozporek na pierwszej stronie wszystkich gazet i nową komisję śledczą.&lt;br /&gt;- Odnoszę wrażenie, że ksiądz obraca kota ogonem. -  Dochodzi do siebie Pięknaigłupia. -  Księża muszą mieć rodziców. Muszą...!  - Tupie nogą, tak na wszelki wypadek.&lt;br /&gt;- Błąd, proszę pani, błąd. -  Bezczelny wchodzi w rolę księdza. Podświadomie zazdrości swoim ofiarom. - Księża mogą mieć jedynie ojca w niebie i syna na ziemi. Po czym zwraca się do prawdziwego księdza.  - Czy widział ksiądz swoje zdjęcie w Naciąganej Gumie?&lt;br /&gt;- No właśnie...Czy widział ksiądz? -  Odnalazł się Rozczarowany, który cały czas dłubał sobie w nosie.&lt;br /&gt;- Widziałem. A jakże. - Ksiądz klepie się w kolana.&lt;br /&gt;- No i...Przecież widać na tym zdjęciu wyraźnie, że ksiądz całuję się z młodym mężczyzną.&lt;br /&gt;- Czy aż tak wyraźnie, nie wiem, w każdym bądź razie, witam się na tym zdjęciu z moim synem.&lt;br /&gt;- Przecież ja nie jestem żadnym księdzem. - Broni się Bezczelny przed atakującymi go idiotycznymi pytaniami. &lt;br /&gt;- Ja też nie jestem księdzem. - Teraz Pięknaigłupia broni się przed idiotycznymi pytaniami, od których przed chwila opędził się Bezczelny.&lt;br /&gt;- A pani jest zakonnicą o skłonnościach masochistycznych. -  Stwierdza Rozczarowany. -  Widać to po sposobie, w jaki pani trzyma pistolet.&lt;br /&gt;Do dziennikarzy zbliża się syn księdza.&lt;br /&gt;- Spierdalać! -  Komunikuje - To mój stary!&lt;br /&gt;- Panie reżyserze, panie reżyserze, proszę stąd zabrać tego młokosa. -  Woła Bezczelny.&lt;br /&gt;- Sio! Sio! - Wtóruje mu Pięknaigłupia.&lt;br /&gt;- Idź sobie gdzie pieprz rośnie . -  W ostatniej chwili odzywa się Rozczarowany.&lt;br /&gt;- Słuchajcie gnojki, serwilistyczne pismaki, sługusy zagranicznych magnatów prasowych. Mam tutaj trzy granaty antydziennikarskie, jak za chwilę nie zaczniecie spierdalać, to jutro w waszych kolorowych szmatławcach znajdą się wasze nekrologi! -  Ostrzegł czymś dziwnie poirytowany syn księdza. Ciekawe czym...?&lt;br /&gt;Dziennikarze, nie czekając dłużej, uciekają, przepychając się a nawet popychając.&lt;br /&gt;W tym momencie protestują wszyscy dziennikarze, którzy wchodzą w dupę swoim mocodawcom. Jedynie Jerzy Urban zachowuje spokój ducha.&lt;br /&gt;Syn księdza podchodzi do ojca, siedzącego cały czas na krześle. Klęka i mówi do ucha.&lt;br /&gt;- Więcej grzechów nie pamiętam a być może za kilka żałuje.&lt;br /&gt;- Za dużo kumplujesz się z Dziadkiem. -  Zauważa słusznie ksiądz. -  Ostatnio klniesz jak szewc, albo co gorsza Agnieszka Holland.&lt;br /&gt;Ten sielski obrazek przerywa wtargnięcie pana Adama Hanuszkiewicza. Z rękoma uniesionymi do góra, klęka na deskach sceny i zrozpaczonym głosem woła w niebo.&lt;br /&gt;-  Makary, Makary! Błagam! Zmiłuj się nad nami krytykami!&lt;br /&gt;Na ten widok, ksiądz wstaje z krzesła, i wraz ze swoim synem z nieprawego łoża, podchodzą do pana Hanuszkiewicza, ujmują pod pachy, podnoszą do góry i wyprowadzają, wierzgającego nogami za kulisy.&lt;br /&gt;I wtedy Małpa, w osobie sfrustrowanego młodego aktora, korzysta z okazji, wbiega na scenę i siada na krześle.&lt;br /&gt;- Krytyk i eunuch z jednej są parafii. -  Zagryza cytat bananem. -  Obaj wiedzą, jak, lecz żaden nie potrafi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pan Hanuszkiewicz skończył z wyrazem ulgi na swoim przeoranym pługiem czasu obliczu. Ściągnął okulary, pogładził się po nosie. Odłożył maszynopis.&lt;br /&gt;- Ty masz dzisiaj sesję z Hartlingiem? -  Upewnił się, a być może chciał tylko o tym fakcie przypomnieć, ciągle zapominającemu Makaremu.&lt;br /&gt;- Tak, a co?&lt;br /&gt;- Nie, nic...Nie zapomnij tylko. -  Mistrz kluczył jak to tylko on potrafił.&lt;br /&gt;-C o, znów ci się nie podoba?!-  Fuknął Makary, zabierając ze stolika maszynopis.&lt;br /&gt;- Pooglądasz sobie kleksy...No...Nie! Sztuka w porządku jest...Tam będą takie kolorowe i czarno-białe kleksy...&lt;br /&gt;- Czarno-białe i kolorowe kleksy powiadasz...Zarówno jedne jak i drugie mam w dupie. Cześć.&lt;br /&gt;- A ty gdzie się wybierasz?&lt;br /&gt;- Pojadę sobie na inną stację...Tutaj nikt mnie nie lubi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;TEST ROSCHACHA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No i pojechał.&lt;br /&gt;W wagonie swoich myśli czuł się nadzwyczaj bezpiecznie. Miał tu swoje miejsce, pierwsze z brzegu, przy pionowej poręczy. Kochał metro. Kochał przyglądać się twarzom podróżnych. Przenikać ich światy...&lt;br /&gt;Teraz analizował smutną twarz mężczyzny, opartego plecami o ścianę przy drzwiach, jakby miał zaraz wysiadać. Był to około pięćdziesięcioletni mężczyzna. &lt;br /&gt;Stał bokiem do Makarego, więc ten, siłą rzeczy widział jedynie, jego szlachetny profil. Mężczyzna nie wyglądał na szczęśliwego. Przy jego prawej nodze, niczym pies, warowała skórzana teczka. Makary pomyślał, że w tej teczce musi być pełno smutnych wierszy, a sam mężczyzna jest nieszczęśliwym poetą. Kiedy pociąg zwalniał biegu, mężczyzna schylił się po teczkę i na chwilę pokazał swoją twarz en face, i wtedy Makary rozpoznał tego mężczyznę. Był pewny, że musieli się już kiedyś spotkać. Mężczyzna dziwnie zapadnięty w sobie, zignorował żarliwe spojrzenie Makarego i dźwigając swoją teczkę wyszedł na peron. Kiedy drzwi się zamknęły i pociąg ruszył, Makary podbiegł do okna, aby upewnić się w swoich przekonaniach. &lt;br /&gt;I wtedy mężczyzna, idąc w kierunku jazdy pociągu, wiedziony jakimś odruchem, odwrócił twarz, a Makaremu zdawało się, że obdarzył go anemicznym uśmiechem. Tak! Zna go! To Szczęsny Wroński.&lt;br /&gt;Ale pociąg pojechał dalej, gubiąc wspomnienia w niebycie ciemnego tunelu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Wejdź. -  Usłyszał głos Heleny. - Nie wygłupiaj się.&lt;br /&gt;Wszedł. Nie pamiętał, kiedy wysiadł z pociągu, i jak tu się znalazł, ale jednego był pewien. Lubi wchodzić do jej gabinetu.&lt;br /&gt;- Spóźniłeś się. -  Zauważyła bez cienia wyrzutu.&lt;br /&gt;Tak. Spóźnił się. Być może zrobił to celowo. Nie znał dokładnie powodu, swojego spóźnienia. Teraz liczyło się jedno. Helena. Jest tu. Lubił być z nią...&lt;br /&gt;Z nią! A nie z nim! A w ogóle, co tutaj robi ten facet? Ten brodaty hippis w zniszczonych tenisówkach.&lt;br /&gt;- Piotr Hartling - Donald podniósł się z krzesła i wyciągniętą niczym lanca, ręką podszedł do zdumionego Makarego.&lt;br /&gt;- Makary Hanuszkiewicz. Ale, po co tak oficjalnie, panie doktorze, przecież się znamy.&lt;br /&gt;Hartling wbrew pozorom miał silny uścisk dłoni. Być może, pochodził z biednej wiejskiej rodziny, której socjalizm dał szansę na wykształcenie syna.&lt;br /&gt;- Panowie się znają? -  Zdziwiła się Helena, wstawiając wodę na kawę, czy na herbatę, jak kto będzie wolał.&lt;br /&gt;- Wspominałem ci o tym smutnym incydencie w ogrodzie. - Przypomniał nieco speszony całą sytuacją Hartling.&lt;br /&gt;- To byłeś ty? -  Helena zrobiła tak zwane wielkie oczy. - Jak mogłeś nazwać pana doktora pacanem?&lt;br /&gt;- Nie nazwałem pana doktora - Makary przesadnie zaakcentował pana doktora - pacanem, tylko cymbałem, proszę pani.&lt;br /&gt;- A co to za różnica? Jak mogłeś...? I nie mów do mnie pani. Piotr wie, że jesteśmy na ty...&lt;br /&gt;- No właśnie, jestem Piotr. -  Zreflektował się Piotr. -  Siadaj Makary.&lt;br /&gt;- No to siadam. -  Usiadł Makary. - No to siedzę.&lt;br /&gt;Helena, mimo że przygryzała sobie dolną wargę, nie wytrzymała i roześmiała się w głos. Jej śmiech był tak zaraźliwy, że wszyscy po chwili śmiali się do łez, powtarzając, co chwila słowa, pacan i cymbał.&lt;br /&gt;- Istny dom wariatów. -  Spuentował Makary, wycierając sobie wierzchem dłoni zawilgocone oczy. -  Dawaj Piotr te kleksy i zakończmy te smutne badania.&lt;br /&gt;- Jakie kleksy Makary? Ojej, ale się uśmiałem.&lt;br /&gt;- No te, test Rorschacha.&lt;br /&gt;- O, widzę, że jesteś w temacie. Brawo.&lt;br /&gt;- Co pijecie chłopcy? -  Helena wróciła do roli gospodyni.&lt;br /&gt;- Ja kawę, bez cukru i śmietany.&lt;br /&gt;- A ty, Piotrze?&lt;br /&gt;- To samo, tylko z cukrem i śmietaną...&lt;br /&gt;Po chwili postawiła przed nimi czerwoną tacę.&lt;br /&gt;- Zostawiam panów samych. Idę do swoich zajęć.&lt;br /&gt;Odprowadzili ją wzrokiem do drzwi. &lt;br /&gt;- Makary, pozwól na chwilę...&lt;br /&gt;Makary nachylił się na Hartlingiem i rzekł prosto do ucha.&lt;br /&gt;- Idę po instrukcje. Ale zaraz wracam.&lt;br /&gt;Na chwilę znikają za przymkniętymi drzwiami.&lt;br /&gt;- Proszę cię Makary, nie wygłupiaj się, bądź raz poważny.&lt;br /&gt;- Znaczy, chciałaś powiedzieć, że mam być miły dla Piotra?&lt;br /&gt;- Dokładnie, mądralo...&lt;br /&gt;- Ale kochasz tylko mnie?&lt;br /&gt;- Przestań.&lt;br /&gt;- Ja też tylko ciebie. Piotra nie kocham. W ogóle...&lt;br /&gt;- No właśnie. Dlaczego go nie lubisz?&lt;br /&gt;- Bo ja wiem? Instynkt. To, taki akademicki...Mądrala właśnie! Taki, taki...Medyk.- Makary napuszył się jak prawdziwy medyk&lt;br /&gt;- Przecież go prawie nie znasz. -  Zauważyła. -  No dobra. Idź już.&lt;br /&gt;- Dobra. Idę. -  I zniknął za drzwiami.&lt;br /&gt;A teraz pojawił się w gabinecie.&lt;br /&gt;- Kocha tylko ciebie? -  Piotr pokazał wszystkie swoje zęby.&lt;br /&gt;- Jakaś monogamistka... -  Makary zamknął za sobą drzwi i wrócił na swoje miejsce.&lt;br /&gt;Hartling nadrabiając stracony na śmiech czas, podstawił Makaremu obrazek.&lt;br /&gt;- Z czym kojarzy ci się ten rysunek?&lt;br /&gt;- Ten kleks?&lt;br /&gt;Piotr poruszył krzaczastymi brwiami. - Ten!&lt;br /&gt;Makary schylił się, prawie dotykając nosem obrazka.&lt;br /&gt;- Ten, kojarzy mi się z wiosną. - Stwierdził prostując się na krześle.&lt;br /&gt;Hartling zaniemówił i prawie zakrztusił się kawą.&lt;br /&gt;- Z wiosną? -  Upewnił się patrząc na Makarego jak komornik na szafę.&lt;br /&gt;- Tak...- Potwierdził Makary, niewzruszony niczym szafa.&lt;br /&gt;Psycholog nie wiadomo, dlaczego, zakrył sobie dłonią usta. A kciukiem i palcem wskazującym przytykał sobie dziurki w nosie.&lt;br /&gt;- Przepraszam cię za ten ogród. -  Wydusił z siebie wreszcie. -  Masz rację, jako lekarz dałem dupy. Ale już zgoda, dobrze? Więc, co było a nie jest...I tak dalej. Potraktuj te badania poważnie. Spójrz jeszcze raz.&lt;br /&gt;Makary spojrzał posłusznie raz jeszcze.&lt;br /&gt;- No i? -  Spytał zniecierpliwiony zbyt długim zastanawianiem się pacjenta.&lt;br /&gt;- Z wiosną. -  Odpowiedział Makary. –  Stanowczo z wiosną i z niczym innym.&lt;br /&gt;- Chłopie! Dlaczego z wiosną? -  Uniósł się Donald.&lt;br /&gt;- Ponieważ jest...Czarny. -  Makary odkrywał przed nim tajniki swojej duszy.&lt;br /&gt;Hartling wbił swój wzrok w Makarego. Wyglądał tak, jakby za chwilę miał wybuchnąć, lub, co najmniej palnąć Makarego w łeb.&lt;br /&gt;- Bo jest czarny...? -  Rzekł tylko.&lt;br /&gt;Makary pokiwał głową na znak, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.&lt;br /&gt;- A więc kolor czarny kojarzy ci się z wiosną... -  Te stwierdzenie nie pozwalało mu normalnie funkcjonować. Zburzyło jego cały akademicki ład, i wpłynęło na brak łaknienia.&lt;br /&gt;- I z pociągiem do kobiet. -  Dodał szybko Makary.&lt;br /&gt;- A więc co my tu mamy? Wiosnę i kobietę.&lt;br /&gt;- Nie. Mamy tylko wiosnę i jedynie pociąg do kobiet. Kobiety...A właściwie Dziewczyny...Z tym, że ona jest gdzieś w głębi, za murem. -  Doładował Makary, zastanawiając się, dlaczego Helena zostawiła go sam na sam z tym niezrównoważonym hippisem.&lt;br /&gt;- Za, jakim murem człowieku? -  Hartling rozłożył ręce.&lt;br /&gt;- No może, nie za murem, ale gdzieś w głębi. -  Upierał się Makary. -  Zresztą krzyczysz na mnie, więc sam już nie wiem.&lt;br /&gt;- Jesteś ze mną szczery? -  Psycholog spojrzał, tak po męsku, Makaremu w oczy.&lt;br /&gt;- Jestem.&lt;br /&gt;- Nie wierzę ci.&lt;br /&gt;- To jaki, kurwa, z ciebie psycholog? Skończyłeś uniwerek i myślisz, że teraz jesteś Bogiem!&lt;br /&gt;- Odgrywasz się za przepustkę. - Donald trzymał się jedynej rozsądnej wersji. – I jaja sobie ze mnie robisz...Z psychologii...&lt;br /&gt;- Tylko się nie rozbecz! Widzisz ten obraz. -  Makary pokazał palcem reprodukcję dzieła Paula Delvaux.&lt;br /&gt;- I co w związku z tym?&lt;br /&gt;- Zgadnij jak się nazywa!&lt;br /&gt;Hartling spojrzał na Makarego, ale jakoś tak inaczej, z ulgą.&lt;br /&gt;- Wiosna? -  Spytał raczej niż stwierdził.&lt;br /&gt;- Ano wiosna, panie sierżancie. -  Potwierdził Makary.&lt;br /&gt;Siedzieli jeszcze przez chwile w milczeniu, patrząc, to na siebie, to na obraz.&lt;br /&gt;- To Salvador Dali? - Spytał wreszcie Hartling, jakby słyszał Makarego na samym początku tej historii.&lt;br /&gt;- Nie. To Paul Delvaux.&lt;br /&gt;- Nie znam...&lt;br /&gt;- Już znasz.&lt;br /&gt;- Tak...Już znam. -  Zgodził się z twierdzeniem Makarego. Po czym spojrzał na niego i dodał - Ale ty, to masz odloty...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ODLOTY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy sen przestaje być snem, sam już nie wiesz, czy dobrze to, czy źle? &lt;br /&gt;A niby cóż to takiego, tak zwana rzeczywistość?! Czyż ona nie jest czasem niczym innym, jak tylko zwiewną mgłą?&lt;br /&gt;Makary zdawał sobie sprawę, że z każdym dniem, traci grunt pod nogami. A być może, poznaję tajemną prawdę o sobie... Tajemną...&lt;br /&gt;Czy życie można jedynie umieścić pomiędzy kołyską i trumną...? Zachłysnąć się pierwszym oddechem, drażniącym płuca a potem...&lt;br /&gt;...Uczyć się pierwszych słów, zdań...Aby z czasem stać się, dumnym z siebie, odkrywcą neologizmów...I wszystkich innych IZMÓW!&lt;br /&gt;Jakim prawem upychamy nasze życie w ciasną klatkę gonitwy za sławą?&lt;br /&gt;- Muszę znaleźć własną drogę? -  Myślał. -  Mam już dość gotowych recept!&lt;br /&gt;Hartling! No właśnie...Wszechświat duszy bada za pomocą kleksów! Ignorant!&lt;br /&gt;Czy świat nie zwariował?&lt;br /&gt;Miłość...&lt;br /&gt;Uśmiechnięta twarz Helena rozjaśnia mroki jego duszy...Helena...&lt;br /&gt;Widzi jej twarz zawsze, a szczególnie wtedy, kiedy ma zamknięte oczy...&lt;br /&gt;Jest noc, a on nie może zasnąć...&lt;br /&gt;Na łóżku obok chrapie Dziadek, ktoś inny krzyczy przez sen...&lt;br /&gt;Księżyc w pełni. Swoim światłem muska śpiące twarze. Nieproszony...&lt;br /&gt;...Pomiędzy domem a lasem leży odłogiem pole...&lt;br /&gt;Na wyciągnięcie ręki...&lt;br /&gt;Makary często stawał w oknie i wpatrując się w las, był pewien, że ktoś, na skraju lasu patrzy w okno, w którym akurat stoi...&lt;br /&gt;Wiatr kołysze starymi świerkami, rosnącymi w miedzy...A one szumią jakby chciały coś powiedzieć...&lt;br /&gt;Makary posiada tę wiedzę, lecz nie rozumie magicznego języka drzew.&lt;br /&gt;Słyszy jedynie, jakieś rwane, szepty lasu...&lt;br /&gt;Na ciemnym niebie, zamiast księżyca, promieniuje twarz Heleny.&lt;br /&gt;Nie! To jednak księżyc...&lt;br /&gt;...Choć, jakby lepiej się przyjrzeć...&lt;br /&gt;Makary idzie miedzą, wzdłuż linii nachylonych nad nim świerków...&lt;br /&gt;Ostrzegają go przed czymś, lecz on, już nie dba o nic...&lt;br /&gt;Podąża ku swojemu przeznaczeniu...&lt;br /&gt;Nikt i nic, już go nie uchroni, ani Anioł, ani Hartlingowe kleksy...&lt;br /&gt;Nie uchroni go nawet ta szczenięca miłość do Heleny. Nie pomogą wiersze, które tworzy z taką pasją.&lt;br /&gt;Musi iść.&lt;br /&gt;Musi dojść.&lt;br /&gt;Z drżącym sercem idzie w stronę lasu. Widzi gęste chmury, które ktoś uwięził w koronach drzew. Jest groźnie...Nieznanie...&lt;br /&gt;Smętnie zawodzi wiatr...&lt;br /&gt;A on, dochodzi wreszcie do pierwszych drzew, do starej brzozy, która w dzień wygląda jak panna młoda, a teraz, kiedy noc zawłaszczyła lasem, jest niczym starucha z chatki na kurzej stopce.&lt;br /&gt;A tam...&lt;br /&gt;Oparty o pień brzozy stoi człowiek!&lt;br /&gt;Wtopiony w jej strukturę, wpatruje się w okno, w ten oświetlony punk widzenia Makarego.&lt;br /&gt;- Tam już mnie nie ma. -  Informuję Makary samego siebie, tego wtopionego w drzewo. Odnalazłem ciebie, aby z nas dwóch, uczynić jednego.&lt;br /&gt;- Długo czekałem na tę magiczną chwilę. -  Nie krył swojej radości Alter ego.  Żadna nasza część, z osobna, nigdy nie mogłaby być wolna.&lt;br /&gt;-Masz rację. Tak! Masz całkowitą rację. Dzieliła nas ściana...Nie do pokonania. Dlatego musiałem opuścić bezpieczny świat mego konformizmu. Ten świat, który gnije, nim zdąży zakwitnąć. Tak Makary, już wiem, jestem poetą, jestem częścią drzewa, lotu ważki nad mokradłem, inwokacją kapłana nad świętym kamieniem, blaskiem księżyca padając na moje zamknięte powieki. I to nic, że teraz jestem gdzieś w szpitalu. To nic, że wymyślony Adam Hanuszkiewicz, błąka się w podziemiach metra. Kiedy mnie znów odnajdzie, będę już kimś innym...&lt;br /&gt;- Heleno, a co ty tutaj robisz? W tym szalonym lesie z moich snów...&lt;br /&gt;- Jestem twoim snem Makary, i zawsze nim byłam.&lt;br /&gt;Cisza. Patrzy przez nią...Jestem twoim snem Makary, twoim snem...&lt;br /&gt;- Kocham cię Heleno.&lt;br /&gt;W jej gabinecie panuję półmrok. Jest duszno, gwiazdy wpychają się do akwarium ze złotą rybką.&lt;br /&gt;- Włączę wentylator. Noc dziś taka duszna.&lt;br /&gt;Kosmyki jej włosów tańczą poruszone powietrzem.&lt;br /&gt;Szum. To szumią drzewa czy wentylator?&lt;br /&gt;Nieważne. A może to tylko szum myśli, albo komputera...&lt;br /&gt; -Makary, kochanie. Czy mógłbyś oddać mi przepustkę?&lt;br /&gt;Makary widzi kształt jej myśli. Widzi kolory jej duszy. Co się jeszcze wydarzy tej nocy?&lt;br /&gt;Ciekawe czy goli się pod pachami? Jak smakuje jej pot? Jest duszno...&lt;br /&gt;A może to tylko działanie leków?&lt;br /&gt;Ona jakby walczy z sobą. Otwiera usta, aby uwolnić zaczarowany dźwięk...?&lt;br /&gt;Nie...Jeszcze nie...Jeszcze go więzi w sercu...&lt;br /&gt;Deszcz...Pierwsze, grube krople uderzają o parapet. Głuchy grzmot błądzi po niebie. Jej piersi falują w rytm oddechu. Ma na sobie czerwoną, obcisłą sukienkę. Jest piękna. Jest Nimfą.&lt;br /&gt;- Pamiętasz Małego Księcia? -  Zadaje pytanie Makary.&lt;br /&gt;- Kogo? -  Wyrwana z poza światów, dziwi się jego obecnością.&lt;br /&gt;- Mały Książe, Antoine Saint Exupery. - Uściśla.&lt;br /&gt;- Tak. Pamiętam.&lt;br /&gt;- A baranka, którego namalował?&lt;br /&gt;- Pamiętam...&lt;br /&gt;- Popatrz, jak różne jest widzenie świata.&lt;br /&gt;- A ty...Pokonałeś ścianę? Jesteś już trzynastym bratem?&lt;br /&gt;- Tak, Heleno, jestem. Ale jest jeszcze jedna ściana do pokonania.&lt;br /&gt;- Jaka? Makary, jaka ściana?&lt;br /&gt;- Pomiędzy mną a tobą. Pomiędzy pacjentem a lekarzem, kobietą a mężczyzną, nocą i dniem, rozsądkiem i szaleństwem. Proszę Heleno, oto moja przepustka. Jestem już wolny i nie potrzebny mi żaden przywilej. Bo wiesz Heleno, przywileje są przypisane ludziom słabym, niepewnym, próżnym, zachłannym, normalnym...&lt;br /&gt;- Ściana jest również we mnie Makary. - Odkryła.&lt;br /&gt;- Zburz ją!&lt;br /&gt;- Chciałabym kochać się z tobą, ale to takie nierozsądne. To ten mur...Makary. Prawda?&lt;br /&gt;- Często śnię o wielkim domu, pełnym drzwi, a ja otwieram je i otwieram, przechodzę z pomieszczenia do pomieszczenia i coraz więcej drzwi, bez końca...Drzwi...Nawet nie błądzę...Błąkam się...&lt;br /&gt;- Makary, zaakceptuj ten świat, taki, jaki jest. Zaakceptujmy go razem.&lt;br /&gt;- Czemuż innego nie ma świata? -  Zacytował natychmiast.&lt;br /&gt;- To obrazy Paula Delvaux i wiersze Leśmiana wpływają tak bardzo na twój punkt widzenia świata.&lt;br /&gt;- Być może. Lubię pobłąkać się po wszechświatach, pogubić się w lesie, w sobie...&lt;br /&gt;- Realizujesz się błądząc?&lt;br /&gt;- Tak! Tak Heleno, realizuję się zdobywając niezdobyty szczyt, lecz nie wiem, czy chcę go zdobyć...Popatrz Heleno. Kiedy wreszcie prześpię się z tobą, czar pryśnie jak mydlana bańka.&lt;br /&gt;- Tak. Wiem, o czym mówisz. Myślę tak samo...Nie jesteś czasem głodny Makary?&lt;br /&gt;Błyskawica rozdarła niebo na pół. Makary podszedł do okna.&lt;br /&gt;- Nie. Nie jestem...Bardzo lubię burzę.- Zmienił temat.&lt;br /&gt;Stanęła za nim. Wtuliła się w jego plecy.&lt;br /&gt;- A ja się boję...&lt;br /&gt;Czas zamarł w bezruchu.&lt;br /&gt;- A może jednak coś zjemy. Co? Mój poeto?...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;POETA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poeta nie chciał jeść. Tak właśnie...A może nie chciał, ponieważ był głodny?  Szaleństwo poetów tkwi w ich wyborach, w patrzeniu na zamknięty chlebak i zadawaniu pytań.&lt;br /&gt;- Jest tam, chociaż jakiś okruch, okruszek, czy raczej nie?&lt;br /&gt;Takie pytania trzymały Makarego przy zdrowych zmysłach. O tak! Zastanawiać się. Zadawać pytania. Myśleć. Bo kiedy myślisz to jesteś. Niby nic odkrywczego. Cogito ergo sum. Hartling nie ma takich problemów. Jest ułożonym, wkomponowanym puzzlem, w olbrzymiej, przytłaczającej, zdefiniowanej całości. To pan Piotr. Piotr Hartling. Psycholog. Specjalista od kleksów. Makary coraz częściej drapie się po czubku głowy. &lt;br /&gt;- Stary. To bardzo rozsądne z twojej strony, że oddałeś przepustkę. Tak, to bardzo rozsądne. -  Kiedy on to powiedział? Kto to powiedział? Hartling?&lt;br /&gt;Nie wiedział. Nie wie. I nie wie czy wiedział.&lt;br /&gt;Był jednak głodny. Ssawki buntowały się przeciwko wszelkiemu rodzajom postom, tym religijnym i zdrowotnym. A szczególnie tym, wypływającym z braku gotówki. Jeść.&lt;br /&gt;- Zdechnę z głodu. -  Pomyślał.- Przekroczę granicę życia...&lt;br /&gt;Położył się na podłodze przykryty dziesiątkami kartek z wierszami.&lt;br /&gt;Wiersze zalegały podłogę. Pineskami były poprzypinane do ścian. Są dosłownie wszędzie. To jego wiersze! To on!&lt;br /&gt;Zerwał się nagle, wiedziony jakimś impulsem i zaczął drzeć kartki, najpierw te, które miał na sobie, a następnie te z podłogi. Niszczył je z jeszcze większą pasją niż tworzył. Pan Adam Hanuszkiewicz był teraz niewidzialny, jak prawdziwy Anioł. Siedział na swoim tronie i tylko kiwał głową.&lt;br /&gt;Makary jednak miał świadomość jego obecności. Uspokoił się na samą myśl o Mistrzu.&lt;br /&gt;- To chyba profanacja, co? -  Zapytał wznosząc pytanie w okolice sufitu.&lt;br /&gt;Zaczął zagarniać wszystkie podarte kartki.&lt;br /&gt;- Moje wy, moje... -  Mruczał pod nosem.&lt;br /&gt;Uśmiechnął się. Ale nie był to zdrowy uśmiech, lecz na wskroś chory, szalony, demoniczny.&lt;br /&gt;- A może wydłubię sobie oko! -  Krzyknął wszechświatom.&lt;br /&gt;To miało uczynić go kimś szczególnym, jednoocznym...&lt;br /&gt;Helena zakryła usta dłońmi. Hartling stał spokojnie, z rękoma w kieszeniach wytartych spodni. Tryumfował. Kleksy górą!&lt;br /&gt;- Co ty pleciesz idioto? Co ty pleciesz idioto? -  Karciło Alter ego.&lt;br /&gt;- Cóż? Plotę, plotę...Oddałem magiczny papierek. -  Plótł sobie swobodnie. -  A teraz znów się położę. Tak...Wygodnie...Wiecie, co chcę? Hej, wy! I tak wszystko wiem. Wszystko widzę, jestem bogiem! Będę kontemplował zakurzony sufit. Nie mogę już pisać. Nie mogę wychodzić z Dziadkiem na piwo. Ale nikt mi nie zabroni kontemplować sufitu. Słyszycie? Nikt!&lt;br /&gt;Makary rozłożył się wygodnie. Wyciągnął. Chyba kontrolował swoje szaleństwo. Być może tak właśnie wyobrażał sobie wolność.&lt;br /&gt;- Leżę i patrzę. Leżę na podłodze, na swoich wierszach i patrzę w sufit. A ty, Mistrzu? A ty, Heleno? A ty, akademicki mądralo? Co robicie? Połóżcie się obok. Wiecie, dlaczego to robię? Dlaczego mi odbiło? Ha, ha! Nie odbiło mi. Nic z tego. Jestem poetą, artystą, perfomerem. &lt;br /&gt;- Makary czy ty słyszysz jakieś głosy? -  To odezwała się Helena.&lt;br /&gt;- Głosy? Nie. Nie słyszę żadnych głosów. Tylko pukanie, ktoś puka do drzwi, a może w ścianę. Otwórzcie, powiedz Piotrowi żeby otworzył. Być może to Patrzącywścianę. Wiecie, co? Nikt mnie nie chce drukować. Jestem nie do sprzedania Heleno. Do dupy...&lt;br /&gt;Tak, ktoś wyraźnie puka.&lt;br /&gt;- To Dziadek złapał szczura w piwnicy. -  Z niebios dał się słyszeć głos Mistrza. - A teraz dobija go młotkiem.&lt;br /&gt;Z piwnicy dochodziły przekleństwa. Dziadek musiał złapać jeszcze jednego szczura.&lt;br /&gt;Był zły z powodu nagłego szaleństwa Makarego i teraz wyżywał się na szczurach. Łapał je w zmyślne pułapki własnej roboty. A potem wyjmował żywe i dobijał. Lecz zanim dobił, nadawał im imiona, pierwszy, którego zabił dostał na imię Piotr.&lt;br /&gt;- To przez twoją durną psychodramę. -  I w łeb. Mózg szczura rozbryzgiwał się wkoło, ale Dziadek na to nie zważał. Drugiemu miał dać na imię Helena, ale nie był pewien płci, więc ponownie nazwał go Piotrem.&lt;br /&gt;- A to, za te idiotyczne kleksy!&lt;br /&gt;Makary nie mógł dłużej tego słyszeć, wbiegł do piwnicy, kiedy Dziadek podnosił młotek do kolejnego uderzenia,&lt;br /&gt;- Nie! - Krzyknął Makary, łapiąc Dziadka za rękę. &lt;br /&gt;A więc tak to wygląda!&lt;br /&gt;Dziadek...&lt;br /&gt;Makary wychodzi z piwnicy. Po co w ogóle tam wszedł? Skobel? Żeby tylko nie zapomnieć zamknąć drzwi na skobel. Babcia skarży się za każdym razem, że koty Wiśniewskiej wchodzą i sikają po kątach. A potem w całej piwnicy czuć kocimi szczynami.&lt;br /&gt;Makary jest uczulony na babci uwagi. Chwyta skobel i zamyka drzwi.&lt;br /&gt;Droga przez las minęła szybko. Tak. Wrócił po tylu latach.&lt;br /&gt;Z lubością wciągnął ten swojski i niezmienny od lat zapach klatki, drewnianych schodów, co dwa tygodnie pastowanych czerwoną pastą do drewna.&lt;br /&gt;Zapalił światło na klatce, domknął niskie drzwi, prowadzące do piwnicy, których ktoś zapomniał domknąć i założył skobel...Kiedy robił to po raz ostatni...? Kiedy?&lt;br /&gt;Złapał za drewnianą poręcz, a jego dłoń wyczuła natychmiast wycięte przed laty scyzorykiem litery. ZS+MH=WM. I mimo ze od tego czasu poręcz była malowana już wiele razy, ten niezbyt głęboki ślad nadal był czytelny dla zmysłu dotyku.&lt;br /&gt;Makary westchnął i wprawiając w miłe dla ucha skrzypienie schodów wszedł na pierwsze piętro. Po lewej stronie mieszkała rodzina Stasiuków, po prawej babcia, matka jego matki. Stał teraz przed wejściowymi drzwiami, z litego bukowego drewna, z finezyjną szybką u góry, którą babcia zdobiła koronkową firanką własnoręcznie robioną na szydełku...&lt;br /&gt;Zapukał...&lt;br /&gt;Zosia opiekowała się babcią, od śmierci dziadka. Przyszła do niego sama, w środku nocy, gorąca, otwarta...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CHCEMY MAŁPĘ &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Cześć.&lt;br /&gt;Na scenie pojawia się Małpa. Pali cygaro, jak na małpę przystało.&lt;br /&gt;- No, co jest jełopy! Cześć powiedziałem...Milczą! Nic to. Muszę palić te gówno. Taka rola. Ktoś coś napiszę a ja to muszę zagrać. Takie życie. Hej ty! - Zwraca się do kogoś z widowni. -  Chcesz popalić? Oryginalne, hawańskie. Chyba nie brzydzisz się przodka? No... -  Zwraca się do reszty. -  Pali! Smakuję mu...To się cieszę. A wracając do roli, to taka rólka właściwie, coś na wzór Puchacza w tej powieści. Czas na chwilę oddechu, chwilę uwolnienia się od Makarego. Potraktować to można jako czas na reklamy. Jeżeli doczytałeś do fragmentu CHCEMY MAŁPĘ możesz pójść spokojnie do toalety, albo zrobić kawę. Mnie można sobie odpuścić. Jestem tylko przerywnikiem. Nie liczę się. Chociaż gadająca małpa z cygarem to nie byle gratka. A cygaro z Kuby od Fidela. Mam kolegę w Norwegii, nazywa się Jerzy Gilida, jego największym marzeniem jest zrobić wywiad z Fidelem Castro. Serio. Tak... - Podchodzi do krzesła. Siada.&lt;br /&gt;- Wkurza mnie to wszystko. Wziąłem tę rólkę, bo prosili. Pan Henryk Gwiazdor Henrykowski pijak jest! Wiecie, co? On zżarł plastikową atrapę banana. Ale gwiazdor...Wszystko mu wolno...Teraz leży w szpitalu. A pan Dyrektor lata, jakby sraczki dostał. Panie Makary a może zagra pan rolę Henrykowskiego, zaraz po małpie będzie antrakt, co...? Jakby nie mógł od razu dać mi tej roli. -  Wstaje i podchodzi bliżej. -  To nie ważne, że ja mam talent! Że urodziłem się aktorem. To się nie liczy!...Weźcie pilota do ręki i zacznijcie jazdę po kanałach! Wszędzie Cezary Pazura. Wszędzie go pełno! U nas za Pazurę robi Henrykowski. A więc, nie liczy się talent. A co się liczy? &lt;br /&gt;Ktoś z widowni krzyczy.&lt;br /&gt;- Układy się liczą!&lt;br /&gt;- Tak! Bingo. Bardzo dobrze. Liczą się układy. A po jaką cholerę wy żeście tu przyszli? Bo Teatr Trochę Inny? Bo obecnie na fali, trendy?! Po co? Spójrzcie na siebie. Kto tam przy światłach jest? Dawaj światło na widownie! No...Popatrzcie...Jakie modne ciuchy. Jej! De best! Każdy z was jest małpą. Trójwymiarową małpą. Tak...Wiecie, co? Sram na to wszystko. Pan Hanuszkiewicz zjechał mnie za tą sztukę. Być może miał rację. Ale jak już powiedziałem, sram na to. Niech Dyrektor włazi wam w dupę. On tak umiejętnie się podlizuje. Skoro musi się podlizywać, to niech to robi profesjonalnie. Śmiejecie się! A co tu takiego śmiesznego? Myślicie, że gram swoją rolę? Nie! Sram na moją rolę! Że niby bardzo śmiesznie?! Ludzie, co z wami? Aktor grający ogony zbuntował się a wy myślicie ze trzyma się scenariusza? Gdybyście tak mogli teraz zajrzeć za kulisy, i widzieć Dyrektora jak robi w gacie. Ha, ha! Barany! Dlaczego się śmiejecie? Ja tu przeżywam autentyczny dramat! Jak tylko wyjdę ze sceny wylecę na zbity pysk!&lt;br /&gt;Widownia skręca się ze śmiechu.&lt;br /&gt;- Zwariowali. Jak Boga kocham zwariowali. -  Małpa siada z powrotem na krześle. -  Panie Dyrektorze, niech pan dzwoni natychmiast po Hartlinga. Zwariowali!&lt;br /&gt;Na scenę wbiegają sanitariusze i zabezpieczają Małpę kaftanem bezpieczeństwa.&lt;br /&gt;Słychać jeszcze głos za kulis.&lt;br /&gt;- Zwariowali, jak Boga kocham...&lt;br /&gt;Na scenie pojawia się Pan Dyrektor.&lt;br /&gt;- Dobry wieczór państwu! -  Kłania się w pas. -  Orkiestra! Tusche!&lt;br /&gt;Słychać fanfary.&lt;br /&gt;- Bardzo, ale to bardzo państwa przepraszam. W imieniu zespołu i swoim własnym. Byliście państwo świadkami, załamania nerwowego, młodego aktora.&lt;br /&gt;Z widowni dochodzi szmer niezadowolenia i pojedyncze gwizdy.&lt;br /&gt;- Przypominam sobie, podobną sytuację sprzed laty. U mojej cioci Jadwigi, słynnej sopranistki...&lt;br /&gt;Na scenę zaczynają spadać zgniłe pomidory, ogórki kiszone, oraz śmierdzące recenzje.&lt;br /&gt;- Dowcip!? Oczywiście najpierw dowcip. -  Dyrektor tańczy po scenie, robiąc uniki. -  Spotykają się dwie koleżanki. Jedna ma podbite oko. Kto ci to zrobił? Mój mąż. Tłumaczy. Jak to, twój mąż? Przecież był na delegacji! Ja też tak myślałam. Ha-ha-ha!&lt;br /&gt;- My chcemy małpę! My chcemy małpę! - Skanduje widownia.&lt;br /&gt;- Małpę!? -  Dyrektor podnosi ręce, aby uspokoić widownię. –  Oczywiście, mamy dla państwa super małpę! Małpę jedyną w swoim rodzaju! Małpę Hamleta! Z hawańskim cygarem od samego Fidela. Orkiestra! Tusche!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PATRZĄCYWŚCIANĘ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Ciekawe... -  Wyszeptała Helena, przytykając palec do ust., Aby nawilżyć śliną. Aby przeczytać następną kartkę. Aby, aby, aby....&lt;br /&gt;Deszcz dudnił w blaszany parapet. Patrzącywścianę wpatrywał się w wielkie krople i błądził myślami w zaświatach.&lt;br /&gt;Bębenek?&lt;br /&gt;Ściana deszczu odcięła ich od rzeczywistości. O ile taka istniała. Rzeczywistość...&lt;br /&gt;Bębenek. Blaszany bębenek. Kto to napisał?&lt;br /&gt;- Ciekawe? -  Mruknął pod nosem.&lt;br /&gt;Helena spojrzała na niego z wyrzutem.&lt;br /&gt;- Naprawdę. -  Myślała, że Makary wątpi jej słowom.&lt;br /&gt;Krople...Tykanie zegara...Czy cisza może być wyrzeźbiona tykaniem zegara?&lt;br /&gt;- Grass! -  Ucieszył się Patrzącywścianę. Więc z jego pamięcią nie jest jeszcze tak źle.&lt;br /&gt;- Słucham? -  Helena jest nieco zdezorientowana. Porusza się w zupełnie innym świecie.&lt;br /&gt;- Grass. Facet od blaszanego bębenka. -  Tłumaczy swoje irracjonalne zachowanie.&lt;br /&gt;- Jakiego bębenka Makary? -  Jest całkiem zbita z tropu.&lt;br /&gt;Patrzącywścianę zastanawia się, dlaczego myli go z Makarym.&lt;br /&gt;- Blaszanego... -  Machnął zrezygnowany ręką. Czy ja jestem Makary? Pomyślał.&lt;br /&gt;Ona wzruszyła ramionami. Makary miewał odjazdy. Znała go wystarczająco długo, aby pozwolić sobie na wzruszenie ramion.&lt;br /&gt;Ponownie pośliniła palec i przeszła do kolejnej kartki&lt;br /&gt;Patrzącywścianę utkwił wzrok w jej dekolcie. W rowku jej ściśniętych piersi spoczywał krzyżyk. Złoty krzyżyk. Na złotym łańcuszku. Ale na krzyżyku nie było Pana Jezusa. Był nieobecny. Falujące piersi Heleny nie były odpowiednim miejscem dla Bożego Syna. Krzyżyk był więc pusty. Jezus zmartwychwstał. Alleluja!&lt;br /&gt;Patrzącywścianę był profesjonalistą w swoim fachu. Ale nie był typowym Przechodzimurem. Był kimś o klasę lepszym.. Był jedynym w swym rodzaju Patrzącywścianę. Chociaż teraz, można byłoby się czepiać, że jest patrzącymwszyję. Jej białą szyję, która zapraszała swoim istnieniem do składania pocałunków.&lt;br /&gt;- Widzę. -  Ostrzegła, kontrolując jego wzrok. &lt;br /&gt;Zastanawiał się przez chwilę, dlaczego tak bardzo pragnie jej piersi?!&lt;br /&gt;A potem pomyślał o deszczu. Tak było bezpieczniej. &lt;br /&gt;Bębni. Bębni o parapet...&lt;br /&gt;Wstała. Czerwona sukienka dokładnie przylega do ciała.&lt;br /&gt;- Napijesz się kawy?&lt;br /&gt;Patrzącywścianę kiwa twierdząco głową. Helena tego nie widzi. Odwróciła się od niego? Włączyła ekspres.&lt;br /&gt;- Makary!?&lt;br /&gt;- Tak? - Reflektuję się. -  Proszę...&lt;br /&gt;On sięga po maszynopis. Poprosiła go, aby przez trzy dni pisał, po trzy kartki dziennie. Nieważne co, ważne, aby było z niego.&lt;br /&gt;- Co, już mi zabierasz? Jeszcze nie przeczytałam wszystkiego.&lt;br /&gt;- Nie. Zerkam tylko.- Tłumaczy.&lt;br /&gt;Ekspres zasyczał. Zabulgotał. Nalała. Postawiła na stolik.&lt;br /&gt;- Mam tylko jedną łyżeczkę. - Poinformowała. Usiadła. Zarzuciła nogę na nogę. - Nie wiem, co się z nimi dzieje. Wczoraj jeszcze były trzy...&lt;br /&gt;- Prawdę mówiąc... - Przerwał, ale wiedział, że teraz Helena nie pozwoli mu wycofać się z tego.&lt;br /&gt;- Ulżyj sobie. -  Zachęciła słodkim uśmiechem.&lt;br /&gt;- Myślałem, że... -  Rozłożył ręce. -  No...Że trochę inaczej zareagujesz...&lt;br /&gt;- Ty nie słodzisz? -  Zmieniła temat znając jego skłonności do megalomani.&lt;br /&gt;- Chrzanię! Prawda?&lt;br /&gt;Westchnęła. -  Nie jestem krytykiem literackim Makary. Nawet nie znam żadnego krytyka. Ty ciągle myślisz o tym Żulińskim, podeślij to jemu. Jestem tylko psychiatrą Makary. Nikim innym.&lt;br /&gt;- I tak dalej, i tak dalej... - Przerwał jej wywody. -  Mam już dosyć twoich twierdzeń, że patrzysz na mnie z innego punktu widzenia...&lt;br /&gt;- Każdy ma swój punkt widzenia, sam wspominałeś Małego Księcia...&lt;br /&gt;- Wiesz chociaż, jak ty na mnie patrzysz? Tylko w jeden sposób! Jak psychiatra na pacjenta. A ja przecież nie jestem żadną, zasraną stajnią Augiasza, a ty Herkulesem.&lt;br /&gt;- Boże! Coś ty sobie znowu uroił? Myślisz, że nie widzę w tobie mężczyzny?&lt;br /&gt;- A widzisz?&lt;br /&gt;- Makary... -  Podała mu łyżeczkę, po zamieszaniu cukru w swojej kawie. - Proszę. Pomieszaj sobie.&lt;br /&gt;- Dzięki! Mam już nieźle pomieszane.&lt;br /&gt;- Wariat. -  Uśmiechnęła się mimo woli. – Dlaczego ja cię wogule niańczę?&lt;br /&gt;- Dziękuję za celną diagnozę.&lt;br /&gt;- Przepraszam Makary...Co się dzisiaj z tobą dzieje?&lt;br /&gt;- Nie przepraszaj. Jestem wariatem. Gdyby było inaczej, co ja bym tutaj robił?&lt;br /&gt;Wstała, podeszła do niego, przykucnęła i spojrzała prosto w oczy.&lt;br /&gt;- Dobrze. Jestem pod wrażeniem tego, co napisałeś. Wierzysz mi?&lt;br /&gt;- Kocham cię.&lt;br /&gt;- To nieprawda Makary. Kochasz tylko siebie...Pytam, czy mi wierzysz?&lt;br /&gt;- Dlaczego mówisz do mnie Makary? Jestem Patrzącywścianę...A on, nie wierzy nikomu...&lt;br /&gt;- Ale z ciebie małpiszon... -  Wstała i wróciła do przerwanej lektury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;POWRÓT MAŁPY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Małpa zawsze wraca w ten sam sposób. W kaftanie bezpieczeństwa. Jest nieco skrępowana i bynajmniej nie czuję się bezpieczna. Zerka pogardliwie na widownie, potem przenosi wzrok na krzesło. Siada.&lt;br /&gt;Widownia czeka na popis.&lt;br /&gt;To jest największy stan oczekiwania, jaki tylko można sobie wyobrazić w wystawianej psychodramie.&lt;br /&gt;- Co wy?! - Odzywa się Małpa. - Serio czekacie na popis?&lt;br /&gt;- Czekamy!&lt;br /&gt;- A jak sobie wyobrażacie popis?&lt;br /&gt;- Popis może być tylko lepiej. - Słychać ryk widowni.&lt;br /&gt;- Nie rozumie. - Przyznaje nieco zamotana Małpa.&lt;br /&gt;- My też nie rozumiemy, ale ufamy, że będzie lepiej.&lt;br /&gt;- A, czego wy się spodziewacie od wariata, który robi za małpę?&lt;br /&gt;- My nie chcemy wariata! Chcemy tą śmieszną małpę. -  Widownia tupie w podłogę.&lt;br /&gt;- Mordy w kubeł! - Małpa zrywa się z krzesła. -  Ja wam zaraz dam popis!&lt;br /&gt;- To małpa. To małpa! -  Szumi widownia.&lt;br /&gt;- Właściwie... -  Małpa spaceruje wzdłuż sceny. -  Gdyby nie wasz wybór, wasza presja, byłbym już skończony jak długopis. Wypisany. Nic, tylko wziąć pistolet i strzelić sobie w łeb. Jestem tylko na wasze wyraźne życzenie...&lt;br /&gt;- Zamknij ryja wariacie i dopuść małpę do głosu. -  Wyrywa się jakiś lewacki głos z widowni.&lt;br /&gt;- Ja nie mam ryja, ja mam, mam mordę. Małpa ma mordę. Tak... Dziób ma ptak. Ryj ma świnia, paszczę ma krokodyl, twarz ma człowiek, a jasne oblicze...Ojciec Dyrektor.&lt;br /&gt;- O Jezu! Ale trujesz facet. -  To znowu ten lewacki widz.&lt;br /&gt;- A może ty chcesz dać popis, Wejdź na scenę cwaniaczku i spróbuj swoich sił. - Małpa uwalnia się od kaftana bezpieczeństwa i wiesza go na oparciu krzesła.&lt;br /&gt;Na scenę wchodzi lewak z czerwonym sztandarem. Małpa tylko na to czeka, wyjmuje pistolet i zabija faceta z czerwonym sztandarem.&lt;br /&gt;- BIS! BIS! BIS! -  Szaleje widownia zmiękczając spółgłoskę B.&lt;br /&gt;- Nie będzie żadnych bisów. -  Zastrzega Małpa. - To nie polowanie na czarownice, tylko bezpieczeństwo i spokój. Ład i porządek. Bolek i Lolek. Flip i Flap. Jurek Marek. Marek i Wacek. Jacek i Placek. Jan Maria... &lt;br /&gt;Na scenę wbiega dwóch pracowników MPO, zawijają trupa w czerwony sztandar i wynoszą za kulisy.&lt;br /&gt;- Czy widownia ma jeszcze, jakieś obiekcje? - Pyta Małpa, wciskając pistolet za pasek spodni.&lt;br /&gt;- Nie!&lt;br /&gt;- Dziękuję. I jeszcze tylko słówko wyjaśnienia. To wy, szanowna publiczności, wybraliście mnie. I oto jestem. Dyrekcja chciała mnie wywalić na zbity pysk, ale, wasz słuszny protest, spowodował zmianę tej decyzji. Niesłusznej zresztą, jak sami wiecie. Powinienem tu być, więc jestem. Oczywiście, nie każdemu to się podoba, ale jeszcze, przecież, nikt taki się nie urodził, co by wszystkim...I tak dalej. Aha. I jeszcze jedno. Państwa z trzech pierwszych rzędów, proszę o opuszczenie miejsc. Mój sztab,&lt;br /&gt;który będzie wsparciem dla mojej jakże ciężkiej roli, musi być bardzo blisko mnie.&lt;br /&gt;Bardzo blisko mnie. O! Dziękuję.&lt;br /&gt;- Ale daliśmy się wpuścić w kanał. -  Słychać zakonspirowany szept z okolic siódmego rzędu.&lt;br /&gt;- Ci! Cicho. On tu ma pełno szpicli. Od tej pory, jak nam kazali zamieniać się miejscami już nikomu nie wierzę.&lt;br /&gt;- Nie dajmy się zwariować kolego. Przecież znasz mnie nie od dzisiaj.&lt;br /&gt;- Może tak, może nie.&lt;br /&gt;- Chłopie, równie dobrze, mogę tak myśleć o tobie.&lt;br /&gt;- Chwila. Ja tak długo nie siedziałem w pierwszym rzędzie jak ty.&lt;br /&gt;- Kolego, a niby, co ja miałem do gadania, jak mi w kasie dali taki bilet.&lt;br /&gt;- Proszę ciszej tam, w siódmym rzędzie! -  Małpa wyjęła pistolet i zaczęła wymachiwać nim jak dyrygent batutą. – Ja daję popis a wy biernie słuchacie. Proste? Macie być, do ciężkiej cholery, tylko biernymi widzami.&lt;br /&gt;- W krzesłach musi być podsłuch. Wierz mi kolego.&lt;br /&gt;- Mam w dupie podsłuch.&lt;br /&gt;- Cicho. Błagam cię. Bo zawiną nas w czerwony sztandar. - Biadoli kolega.&lt;br /&gt;- Hej ty, na scenie, przestań pierdolić i wywijać tak tym pistoletem, bo sobie krzywdę zrobisz!&lt;br /&gt;- O mój Boże. O mój Boże... -  Kolega biadoli nadal.&lt;br /&gt;- O ty w dupę! -  Małpa robi się purpurowa ze złości. - Daję ci ostatnią szansę! Zamkniesz się czy nie!&lt;br /&gt;- To ty się zamknij szczylu zasmarkany! - Po czym zrywa się z krzesła i rzuca w Małpę zgniłym pomidorem.&lt;br /&gt;Małpa wyjmuję gwizdek i gwiżdże o pomoc.&lt;br /&gt;- Wsadź sobie w dupę ten gwizdek.  – Do buntu dołącza jeden z pracowników MPO.&lt;br /&gt;- Właśnie! - Buntuję się kolejny widz. -  Mamy wystarczająco dużo pomidorów, aby zmieść nie jedną małpę ze sceny. Nie takiego popisu oczekiwaliśmy.&lt;br /&gt;- Tak! A więc bunt! Przeciwko demokracji! No to jeszcze zobaczymy. Nie mam zamiaru dyskutować z przestępcami. Nie myślcie sobie, ze zrezygnuję z raz obranego kierunku! Marzy wam się come back Henryka Gwiazdora Henrykowskiego, co?&lt;br /&gt;Małpa chowie się za krzesłem, chroniąc przed gradem zgniłych pomidorów. Czeka aż ludziom zabraknie amunicji, albo się zmęczą, znudzą, cokolwiek by się nie stało, Małpa stawia na przeczekanie. I słusznie. To w miarę rozsądna strategia.&lt;br /&gt;Pomidorowy grad, jak było do przewidzenia, skończył się jak wszystko co się zaczęło.&lt;br /&gt;Małpa kłaniając się, wychodzi z kryjówki.&lt;br /&gt;Na scenie pojawia się pan Adam Hanuszkiewicz. Również się kłania.&lt;br /&gt;- Dziękujemy państwu bardzo, za czynny udział w tym popisowym przedstawieniu. Teraz tylko musimy wszystko posprzątać, a potem biegiem na kolację. No to, do roboty!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;JAK CUDNE SĄ WSPOMIENIA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Makary patrzył w ścianę, a właściwie poza nią... Psychodrama...? Jest jak zwykle zamyślony, oderwany od rzeczywistości. &lt;br /&gt;Teraz zaledwie odnotowuje dźwięki dętej orkiestry grającej znane kawałki... &lt;br /&gt;Dom?&lt;br /&gt;Rodzina?&lt;br /&gt;Skoczne marsze dochodzą zarówno z zewnątrz, przez otwarte okno, jak i z odbiornika telewizyjnego. Makary uwielbiał majówki, grillowanie w ogrodzie, gorące kiełbaski i zimne piwo. Wszedł do mieszkania bez powodu, na chwilę. Może tylko wyłączyć telewizor. Nie wie... Przez okno spogląda na ogród. Cała rodzina w komplecie. Są wszyscy. Ojciec rozłożony na składanym fotelu czyta Trybunę. Matka, schowana w cieniu ogrodowego namiotu, robi na drutach. Teść dosypuje węgla drzewnego do ognia. Syn pstryka zdjęcia wygrzewającym się w słońcu psom. Jego żona rozmawia ze swoją matką. Poruszają jakiś biblijny wątek z księgi Hioba. O cierpieniu...&lt;br /&gt;Z przenośnego radioodbiornika słychać przebrzmiałe szlagiery Jerzego Połomskiego. To koncert życzeń...&lt;br /&gt;Są tu chyba od piątku. Ojciec rozłożył się w fotelu i czyta Trybunę. Mama robi na drutach, z uchem przy radiu. Słucha swojego ulubionego koncertu życzeń. Na pierwszy rzut oka, to nudne, sielankowe, przedpołudnie. Brzęczą muchy...Jego żona rozmawia z teściową, poruszają jakiś wątek z księgi Hioba...&lt;br /&gt;Ale to już było...&lt;br /&gt;- Po  co ja tu przyszedłem?&lt;br /&gt;- Makary! - Słyszy głos żony. -  Co tam, tak długo robisz?&lt;br /&gt;- Nic. Już idę.&lt;br /&gt;Wraca. Schodzi po schodach.&lt;br /&gt;- Wziąłeś tabletki? -  Upewnia się żona.&lt;br /&gt;- O! Widzisz...Już wiem, po co poszedłem do mieszkania. -  Śmieje się sam z siebie. Wraca. Łyka kolorowe pigułki. Popija mineralną wodą. Już dobrze. Ale czy na pewno? Co to znaczy: - Już dobrze?&lt;br /&gt;Kiełbaski skwierczą na rozżarzonych węglach. W lodówce schładza się piwo.&lt;br /&gt;- Wziąłeś dwie? -  Upewnia się żona.&lt;br /&gt;- Tak.&lt;br /&gt;- Kiełbaski są już dobre. -  Informuje teść.&lt;br /&gt;- A jak tam twoja powieść? -  Zagaduje teściowa. -  Będzie coś o nas?&lt;br /&gt;- Nie, to nie będzie typowa powieść. Raczej taka luźna projekcja mojej podświadomości. -  Tłumaczy któryś raz z kolei.&lt;br /&gt;- Pójdę chyba na pochód! -  Wyskakuje syn, odkładając aparat. -  Dziadek...&lt;br /&gt;- No?&lt;br /&gt;- Może wybierzemy się razem. Mam już dosyć kiełbasek.&lt;br /&gt;- Pewnie! Jak tylko chcesz. -  Odkłada Trybunę.&lt;br /&gt;Makary patrzy w ogród. A tam oparty o pień starej jabłoni stoi Adam Hanuszkiewicz. Podnosi rękę, aby przywitać się z Makarym. Ten w ostatniej chwili, powstrzymuje się od przywitania gościa. Już dawno się nie widzieli. Żona uważnie obserwuję reakcję Makarego, ale ten zachowuję zimną krew.&lt;br /&gt;Trochę wyprostuję kości. -  Informuję i zmierza w kierunku starej jabłoni.&lt;br /&gt; Pod jabłonią stał motocykl...Ale to nie ta jabłoń...&lt;br /&gt;- Tato, ja idę z dziadkiem na pochód.&lt;br /&gt;- Jak chcesz, to idź... - Zgadza się bez okazywania emocji. Jabłoń?&lt;br /&gt;Makary jest już przy drzewie.&lt;br /&gt;- Cześć. -  Wita się z Mistrzem.&lt;br /&gt;- Znowu rozmawia z drzewem... -  Matka Makarego odkłada robótki.&lt;br /&gt;- Mamo! On się po prostu modli... -  Kobieta tłumaczy zachowanie męża.&lt;br /&gt;- No i co tam u ciebie w realnym świecie? -  Zagaduje Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;- Jakoś muszę sobie radzić.&lt;br /&gt;- Tęsknimy za tobą...Wszyscy...&lt;br /&gt;- Chciałbym do was wrócić, ale już zapomniałem jak pokonuję się ściany.&lt;br /&gt;- Trzeba tylko mocno chcieć Makary, nic więcej.&lt;br /&gt;- Makary! Kiełbaski! -  Słyszy głos teścia.&lt;br /&gt;- Muszę iść. Spotkamy się jeszcze?&lt;br /&gt;- Pewnie tak...&lt;br /&gt;- Pozdrów Helenę, Piotra, no i Dziadka.&lt;br /&gt;- Pozdrowię, dzięki...&lt;br /&gt;Wraca do towarzystwa. Teść podaję mu kartonową tackę z przypieczoną kiełbasą.&lt;br /&gt;- Tato, to my idziemy... –Informuje syn.&lt;br /&gt;- Gdzie?&lt;br /&gt;- Jak to gdzie? Idę z dziadkiem na pochód pierwszomajowy.&lt;br /&gt;- Dobrałeś się z dziadkiem, nie ma, co?... Gdzie jest musztarda?&lt;br /&gt;- Chodź Jonasz. -  Ojciec Makarego już jest gotowy. -  Po pochodzie pójdziemy na piwo.&lt;br /&gt;- Obawiam się, że jeszcze jestem trochę za młody. – Zauważa Jonasz.&lt;br /&gt;- Twój ojciec nie miał takich skrupułów w twoim wieku!&lt;br /&gt;- Tato! -  zaprotestował Makary, odkładając plastikowy widelec z nadzianą kiełbasę z powrotem na tackę.&lt;br /&gt;- Zobacz Jonaszku, jakie niewiniątko z twojego ojca!&lt;br /&gt;- Ja wiem, że mam kłopoty z pamięcią, ale nie pozwolę sobie na wciskanie bzdur!&lt;br /&gt;- Bzdur? Pamiętasz wóz Drzymały, który to był rok? Ale chyba nie byłeś starszy od Jonka...&lt;br /&gt;...Portrety Gomółki, pan od WF. Margaryna...Piwo...Wpadł na ojca...Ten daje mu pięć złoty ze słynnym rybakiem.&lt;br /&gt;- Ale...Ale, skąd wiedziałeś o piwie? Kto ci powiedział?&lt;br /&gt;- Przypomniałeś sobie jednak. Nikt nie powiedział. Sterczały ci za koszuli, jedno piwo by uszło, ale trzy... -  Ojciec miał doskonałą zabawę.&lt;br /&gt;- Tato! Coś mi tu nie gra.&lt;br /&gt;- Co?&lt;br /&gt;- Jak to, co? Nie zlałeś mnie? Wtedy nie było obaw, że podam cię do sądu. - Podważał opowiadanie ojca, bardzo mocnymi argumentami.&lt;br /&gt;- Kto chce jeszcze kiełbaskę? - Teść żył w innym świecie.&lt;br /&gt;- No to chodź, idziemy. -  To było do Jonasza.&lt;br /&gt;- Nie odpowiedziałeś mi. – Nalegał Makary.&lt;br /&gt;- Pierwszego maja! -  Zdziwił się ojciec. -  Nigdy...&lt;br /&gt;Makary, nie rozumiał do końca, co chciał mu przekazać ojciec. A może to i lepiej. Instynktownie wyczuwał, tani sentymentalizm tej opowieści. Ale, czyż jego ojciec, nie był, jedynym, prawdziwym socjalistą, jakiego znał. Westchnął. Mama zabrała się za szydełkowanie, cała reszta zajadała się kiełbaskami. Pod starą jabłonią nadal stał Adam Hanuszkiewicz, a teraz doszła jeszcze Helena, potem Hartling, a na końcu nieco skonfundowany Dziadek. Czekali na niego.&lt;br /&gt;Tak... To chyba jeszcze nie koniec... Makary uśmiechnął się...&lt;br /&gt;Z radioodbiornika wydobywał się ulubiony kawałek matki Makarego. Śpiewał niezapomniany Mieczysław Fogg.&lt;br /&gt;-Jak cudne są wspomnienia dawnych dni, wspomnienia dawnych lat...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;POCIĄG&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy zobaczysz w poczekalni kolejowego dworca, faceta ze stojącym zegarem, nabierz podejrzeń. To nie jest sen. Senna jest tylko bufetowa, ziewając zanosi brudne naczynia do okienka kuchni. 02.25. Nie powinno być takiej godziny...&lt;br /&gt;Makary nie potrafi oderwać wzroku od człowieka z zegarem. Pamięć, którą czasem posiada, a czasem nie, podpowiada mu teraz, że zna tego człowieka...Zna.&lt;br /&gt;Zegar jest wyższy od niego, o jakieś pół głowy, musi mieć ze dwa metry. Zegar, nie podróżny. Po co go taszczy? Musi być bardzo ciężki!...&lt;br /&gt;Bufetowa drzemie na siedząco, nadal jest 2.25. Makary zaczyna się niepokoić. Skąd zna tego gościa z zegarem? Sprzedającywiersze? Ale myśl zginęła, ledwo się pojawiając... Na ławce, przy bufecie, półleżąc śpi inny podróżny, być może włóczęga, bezdomny...Ma długie, siwe włosy, oraz wąsa ala Piłsudski. Ile może mieć lat? 100? 150? 200? Nie ważne...Makary podchodzi do podróżnego z zegarem.&lt;br /&gt;- Przepraszam bardzo, ale odnoszę wrażenie, że, skądś pana znam...&lt;br /&gt;- Całkiem możliwe, znam bardzo dużo ludzi.&lt;br /&gt;- Tak... -  Zasępił się Makary.  - Wszystko uciekło, rozlazło się, nie ma...&lt;br /&gt;- Nie ma... -  Powtórzył podróżny. -  A pan... W daleką podróż?&lt;br /&gt;- Staram się wrócić, ale nie potrafię. Nie wiem gdzie...&lt;br /&gt;- Jak to, nie wie pan gdzie?&lt;br /&gt;- Chciałbym wrócić do szpitala dla psychicznie chorych...Tak...&lt;br /&gt;- Dlaczego właśnie tam?&lt;br /&gt;- Nie wiem. Nie wiem. Która jest właściwie godzina, ten zegar chyba stoi.&lt;br /&gt;- Jest 2.25. Dokładnie. Zaraz przyjedzie pański pociąg.&lt;br /&gt;- Mój pociąg? -  Dziwi się Makary. Pociąg do czego?&lt;br /&gt;- Tak. Niech pan już idzie na peron. Dobranoc.&lt;br /&gt;- Dobranoc. Dziękuję...&lt;br /&gt;Pociąg jak oszalały wjeżdża na peron. Zgrzyt hamulców! Puchacz... Stop...&lt;br /&gt;Stoi przed drzwiami sypialnego wagonu. Jak zna życie, ma bilet drugiej klasy.&lt;br /&gt;Ale drzwi otwierają się, a w ich świetle pojawia się Adam Hanuszkiewicz.&lt;br /&gt;- Proszę. -  Zachęca do wejścia.&lt;br /&gt;- Nie mogę. Mam bilet drugiej klasy, cokolwiek to znaczy...&lt;br /&gt;- Nalegam. Dziś ma pan przedział sypialny. -  Pan Hanuszkiewicz robi miejsce w wejściu. Jak ten mój Makary się zestarzał. Myśli ze smutkiem duszy. Nawet mnie nie poznał.&lt;br /&gt;Makary waha się jeszcze przez chwilę, po czym wchodzi, zauroczony tą chwilą.&lt;br /&gt;- O której ten pociąg ma odjazd?&lt;br /&gt;- O 2.25. Proszę ze mną, pokażę panu przedział.&lt;br /&gt;- Dziękuję.&lt;br /&gt;- Życzę panu przyjemnej podróży. -  Pan Hanuszkiewicz otwiera przedział.&lt;br /&gt;- Dziękuję. -  Makary zamyka drzwi za sobą. Jest sam. Siada na zasłanym łóżku. Pociąg rusza. Jego wzrok pada na umywalkę. Dobrze jest się odświeżyć. Dworce są takie lepkie. Spogląda w lustro. Kto to?&lt;br /&gt;Zdejmuję buty i wyciąga się na łóżku. Ten człowiek z zegarem...Hm. 02.22...Rytmiczny stukot kół przenosi go w przeszłość...Zapada, w krótki niespokojny sen...Obrazy, które budzą się w jego pamięci, nakładają się na siebie. 1 Maja. Psychodrama. Helena. Sprzedającywiersze. Zosia. Pan Stanisław. Areszt. Ojciec.&lt;br /&gt;Zrywa się, nie mogąc poradzić sobie z niepokojem. Gdzie ja jadę? Myśli.&lt;br /&gt;Zakłada buty...Co to?&lt;br /&gt;Co to?! Podchodzi do obrazka, zdobiącego przedział. To Wiosna Paula Delvaux! Jej!&lt;br /&gt;Wychodzi na korytarz. Kilka metrów dalej stoi kobieta. A więc nie jest sam w tym wagonie. Zerka na nią kątem oka, ale ona nie zwraca na niego uwagi. Cóż, mało, kto zwraca na niego uwagę. Makary przez chwilę przypatruję się swojemu odbiciu w szybie, po czym otwiera okno, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Strumień chłodnego powietrza, oprócz głośnego stukotu kół, przynosi jakiś opiłek, który boleśnie wbija się Makaremu w oko. Ten zamyka okno i sycząc z bólu, zaczyna manipulować palcami przy powiece.&lt;br /&gt;Łzawi...&lt;br /&gt;- Co się panu stało? -  Słyszy zatroskany głos kobiety.&lt;br /&gt;- Nic...Coś mi wpadło do oka, głupstwo...&lt;br /&gt;- Proszę pokazać. Jestem lekarzem.&lt;br /&gt;Lekarzem? Makary zna ten głos.&lt;br /&gt;- Niech pan spojrzy do góry. Do światła.&lt;br /&gt;Do światła?&lt;br /&gt;- Mam. - Nieznajoma pokazuję rożek higienicznej chusteczki, ale Makary nic nie widzi.&lt;br /&gt;- Dziękuję bardzo. Pani.&lt;br /&gt;- Drobiazg...&lt;br /&gt;Cisza...Tylko stukot kół...&lt;br /&gt;- Pan daleko? -  Zagaduje.&lt;br /&gt;- Tak...&lt;br /&gt;- Do domu?&lt;br /&gt;- Nie. Nie wiem...&lt;br /&gt;- Przepraszam. -  Tłumaczy. -  Chciałam z panem nawiązać rozmowę. Tak tu pusto...&lt;br /&gt;- Bardzo pani dziękuję . - Makary zachowuje się jak szczeniak. -  Gdyby nie pani...&lt;br /&gt;- Cieszę się, że mogłam się przydać. -  Uśmiecha się. -  Dobranoc.&lt;br /&gt;- Proszę... -  Makary nie ma odwagi kończyć zdania.&lt;br /&gt;- Tak?&lt;br /&gt;- Proszę...Niech pani jeszcze nie odchodzi...&lt;br /&gt;- Lubi pan, nawiązywać znajomości z nieznanymi kobietami w pociągu? -  Jej pytanie było zachętą do konwersacji.&lt;br /&gt;- Nie wiem...Jestem raczej nieśmiały.&lt;br /&gt;- Woli pan, jak kobieta przejmuję inicjatywę?&lt;br /&gt;- Chyba tak...Tak!&lt;br /&gt;- Są takie chwile w życiu, kiedy całkowicie ulegamy ich magii... -  Zamyśliła się. - Miewa pan takie chwile?&lt;br /&gt;Milczał przez chwilę, po czym powiedział coś, co już kiedyś mówił w podobnej sytuacji.&lt;br /&gt;- Myślę, że moje życie składa się z takich chwil...&lt;br /&gt;Spojrzała na niego tym razem jakoś inaczej, tak, że on wręcz odczuwał drżenie jej ciała.&lt;br /&gt;- Kiedy wyciągałam panu ten opiłek...Czym się pan zajmuje?&lt;br /&gt;- Chodzi pani oto, kim jest, czy jak zarabiam na to, kim być?&lt;br /&gt;- Kim pan jest.&lt;br /&gt;- Poetą.&lt;br /&gt;- Ach tak...&lt;br /&gt;Jej dłoń spoczęła na jego policzku.&lt;br /&gt;- Czy zawsze nosił pan brodę?&lt;br /&gt;- Nie... -  To było bardzo przyjemne.&lt;br /&gt;- Jak panu na imię? -  Jej głos zadrżał na chwilę, jakby się obawiała, że usłyszy coś innego niż chce.&lt;br /&gt;- Makary... -  Jej dłoń nadal jest na jego policzku.&lt;br /&gt;Zamknęła oczy. Westchnęła z ulgą.&lt;br /&gt;- HELENA! -  Nie wierzył w moc słowa, które wypowiedział.&lt;br /&gt;Wtulili się w siebie a pociąg wiózł ich w zaświaty.&lt;br /&gt;Zamknęli się w przedziale Makarego. Rozbierali się w pośpiechu, jakby ich życie miało skończyć się za kilka sekund. Kochali się gorąco, odrabiając te wszystkie stracone lata. Skończyli, gdy pociąg zaczął gwałtownie hamować.&lt;br /&gt;W końcu ze zgrzytem kół zatrzymał się! Makary podszedł do okna, zdziwiony nieplanowanym postojem pociągu.&lt;br /&gt;Kiedy spojrzał na zewnątrz, zaniemówił na chwilę.&lt;br /&gt;- Spójrz. -  Zawołał Helenę.&lt;br /&gt;Przyłożyła dłoń do ust na widok, który zobaczyła. Pod wiaduktem, na którym zatrzymał się pociąg, ujrzała wybrukowaną ulicę. Po ulicach spacerowały nagie kobiety skąpane światłem księżyca. Gdzie niegdzie stały szezlongi, na które się kładły w oczekiwaniu na utęsknionych kochanków.&lt;br /&gt;- Wiosna. -  Wyszeptała niczym magiczne zaklęcie.&lt;br /&gt;- Chodźmy. -  Pociągnął ją za rękę.&lt;br /&gt;Przebiegli prze pusty korytarz, Makary otworzył drzwi, zeskoczył na ziemię i podał dłoń Helenie. Schodząc po schodach zsunęła z siebie prześcieradło, i już niczym nie skrępowani, pobiegli przed siebie, na spotkanie wiosny...&lt;br /&gt;Pan Adam Hanuszkiewicz rozprostował, swoje dawno nie używane skrzydła i niezauważony przez nikogo poszybował za nimi...&lt;br /&gt;Wiosna...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-2295480498011548998?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/2295480498011548998/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/03/autor-mirosaw-g.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/2295480498011548998'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/2295480498011548998'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/03/autor-mirosaw-g.html' title=''/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-1730000478011871705</id><published>2009-03-12T12:35:00.000+01:00</published><updated>2009-03-12T12:36:01.729+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='MOJE WIERSZE'/><title type='text'></title><content type='html'>Impresja 1&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pociąg zatrzymał się&lt;br /&gt;na małej stacyjce&lt;br /&gt;bez kas&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;wysiadłem tak&lt;br /&gt;jakbym mówił wiersz&lt;br /&gt;i widziałem czas&lt;br /&gt;który czekał na mnie&lt;br /&gt;pod starą lipą&lt;br /&gt;i zadrżał las&lt;br /&gt;na dźwięk mojego głosu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a nikt z ludzi&lt;br /&gt;mnie nie poznał&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;szedłem tak&lt;br /&gt;dźwigając bagaż&lt;br /&gt;swoich lat&lt;br /&gt;w krajobraz&lt;br /&gt;który nigdy mnie&lt;br /&gt;nie zdradził...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Impresja 2&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...było ich dwóch&lt;br /&gt;uśmiechnięci&lt;br /&gt;młodzi&lt;br /&gt;miron białoszewski&lt;br /&gt;i janek rybowicz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...otworzyłem drzwi&lt;br /&gt;a oni stali w drzwiach&lt;br /&gt;ach...&lt;br /&gt;tacy młodzi&lt;br /&gt;za woalką z mgły i&lt;br /&gt;papierosowego dymu&lt;br /&gt;zawieszeni nade mną&lt;br /&gt;w czasoprzestrzeni&lt;br /&gt;lekko podchmieleni&lt;br /&gt;janek mówił coś o bogu&lt;br /&gt;miron o...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pachnęli piwem&lt;br /&gt;z geesowskiej rozlewni&lt;br /&gt;i nektarem bogów&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...tacy młodzi&lt;br /&gt;miron białoszewski&lt;br /&gt;i janek rybowicz&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Impresja 3&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;za tobą łąko&lt;br /&gt;pogubiona&lt;br /&gt;w meandrach rzeki&lt;br /&gt;w zakolach wspomnień&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;za tobą&lt;br /&gt;kartoflu&lt;br /&gt;spieczony na czarno&lt;br /&gt;lecz jakże smaczliwy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i&lt;br /&gt;za tobą&lt;br /&gt;winko&lt;br /&gt;wyrwane gwałtem&lt;br /&gt;z owocu dzikiej róży&lt;br /&gt;co złocisz się&lt;br /&gt;w balonie melancholii&lt;br /&gt;tęsknię...&lt;br /&gt;...ciebie kartoflu&lt;br /&gt;chrzczę łzą&lt;br /&gt;słonych wspomnień&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-1730000478011871705?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/1730000478011871705/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/03/impresja-1-pociag-zatrzyma-sie-na-maej.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/1730000478011871705'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/1730000478011871705'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2009/03/impresja-1-pociag-zatrzyma-sie-na-maej.html' title=''/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-5110356823810470922</id><published>2008-10-12T16:11:00.000+02:00</published><updated>2008-10-12T16:21:11.021+02:00</updated><title type='text'>Poeta-człowiek inaczej czyl wierszy Krzysia Dylewskiego c.d.</title><content type='html'>Poeta - człowiek inaczej&lt;br /&gt;on&lt;br /&gt;człowiek&lt;br /&gt;czyli poeta&lt;br /&gt;lub też&lt;br /&gt;poeta&lt;br /&gt;czyli człowiek&lt;br /&gt;rozpoczyna dyskusję&lt;br /&gt;podaje temat&lt;br /&gt;zadaje pytania&lt;br /&gt;wypowiada opinie&lt;br /&gt;nawet&lt;br /&gt;niekoniecznie swoje&lt;br /&gt;a ty&lt;br /&gt;zrywasz dialog&lt;br /&gt;nie podnosisz rękawicy&lt;br /&gt;tak poprostu&lt;br /&gt;wychodzisz&lt;br /&gt;czyli uciekasz&lt;br /&gt;gdyż&lt;br /&gt;on&lt;br /&gt;nie ma racji&lt;br /&gt;fałszuje prawdę&lt;br /&gt;bo mówi&lt;br /&gt;inaczej&lt;br /&gt;powiem więcej&lt;br /&gt;on- myśli- widzi- żyje&lt;br /&gt;inaczej&lt;br /&gt;każdy&lt;br /&gt;ma prawo&lt;br /&gt;być inny&lt;br /&gt;ma zwłaszcza&lt;br /&gt;poeta- człowiek inaczej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;w serca mego grobie&lt;br /&gt;złożyłem Cię Panie&lt;br /&gt;dotknij mnie swą miłością&lt;br /&gt;bym miał siłę odwalić&lt;br /&gt;grzechu kamień&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ecce homo&lt;br /&gt;oczy&lt;br /&gt;rozpal nadzieją&lt;br /&gt;nim smutkiem przygasną&lt;br /&gt;łzy obetrzyj radością&lt;br /&gt;nim dojrzeją goryczą&lt;br /&gt;usta&lt;br /&gt;zaraź słowem dobrym&lt;br /&gt;nim zapomną uśmiechu&lt;br /&gt;dłonie obdarz miłością&lt;br /&gt;nim się w pięści zasklepią&lt;br /&gt;nogi&lt;br /&gt;pokrzep otuchą&lt;br /&gt;nim z Drogi zawrócąa gdy ujrzysz&lt;br /&gt;człowieka&lt;br /&gt;wyjdź naprzeciwaby spotkać w nim&lt;br /&gt;Boga&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-5110356823810470922?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/5110356823810470922/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2008/10/poeta-czowiek-inaczej-czyl-wierszy.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/5110356823810470922'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/5110356823810470922'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2008/10/poeta-czowiek-inaczej-czyl-wierszy.html' title='Poeta-człowiek inaczej czyl wierszy Krzysia Dylewskiego c.d.'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6287353697773102144.post-2492337287320484693</id><published>2008-10-11T17:49:00.000+02:00</published><updated>2008-10-11T17:58:39.795+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='WIERSZE JORDANA K. DYLEWSKIEGO'/><title type='text'>WIERSZE</title><content type='html'>Krzysia Dylewskiego, a właściwie Franciszkanina o. Jordana K. Dylewskiego poznałem na N-K, wymieniliśmy między sobą kilka listów, kilka maili, okazało się, że Krzysztof nie jest jedynie służącym Bogu i ludziom zakonnikiem, ale również ( a może przede wszystkim J)poetą.&lt;br /&gt;Krzysztof przesłał mi, również poecie, kilkanaście swoich wierszy, które, co zdarza się sporadycznie, zaciekawiły mnie od pierwszego czytania. Oczywiście dostałem zgodę od Krzysztofa na umieszczenie ich na moim bloogu.&lt;br /&gt;Wszystkim gościom życzę mile spędzonych chwil przy lekturze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;WIERSZE JORDANA K. DYLEWSKIEGO&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nie jestem wolny od myśli przewrotnych&lt;br /&gt;anarchizmem skrajnych, gorszych od herezji&lt;br /&gt;popartych kontestacją wszego, wszem i wobec&lt;br /&gt;bliskich sercu i nerkom&lt;br /&gt;lecz obcym ustom szczękościskiem prawomyślności&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;szukajmy czegoś co nieokreślone&lt;br /&gt;niejasne, mgliste, niewypowiedziane&lt;br /&gt;jakby ułuda, elf, puk, jednorożec&lt;br /&gt;dążąc za Graalem - walczmy z wiatrakami&lt;br /&gt;wszak Dulcynea celem samym w sobie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;jestem tylko tym&lt;br /&gt;kim jestem&lt;br /&gt;gdyż dalej&lt;br /&gt;nie doszedłem- nie mogłem- nie chciałem&lt;br /&gt;- ktoś mi nie pomógł-&lt;br /&gt;inny wręcz przeszkodził&lt;br /&gt;więc&lt;br /&gt;jestem&lt;br /&gt;kim jestem&lt;br /&gt;ale wciąż idę dalej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;chciałem coś powiedzieć&lt;br /&gt;ale już sam&lt;br /&gt;nie wiem co&lt;br /&gt;a nawet i komu&lt;br /&gt;wszak i tak&lt;br /&gt;nikt mnie nie słucha&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w tym co napisałem już nic nie zmienię&lt;br /&gt;nie jak Poncki Piłat&lt;br /&gt;który zmienić nie chciał&lt;br /&gt;w tym co napisałem&lt;br /&gt;nic zmienić nie potrafię&lt;br /&gt;a i tak jest tam za dużo&lt;br /&gt;niepotrzebnych skreśleń&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;na styku nocy i poduszki&lt;br /&gt;wtulam się w sny&lt;br /&gt;których rano już nie poznaję&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6287353697773102144-2492337287320484693?l=abraq.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://abraq.blogspot.com/feeds/2492337287320484693/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2008/10/wiersze.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/2492337287320484693'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6287353697773102144/posts/default/2492337287320484693'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://abraq.blogspot.com/2008/10/wiersze.html' title='WIERSZE'/><author><name>Mirosław G. Majewski</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02137407399407349915</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://1.bp.blogspot.com/_T312CrgkfoA/SwG-T4b6qCI/AAAAAAAAAb0/QaFgT8CVE1A/S220/Jak+to.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
